Newsletter

Polki polubiły dłuższą pracę

Joanna Kluzik-Rostkowska, 15.02.2012
Rząd mógłby zostawić problem wieku emerytalnego swoim następcom. Ci jednak byliby zmuszeni wprowadzać reformy szybciej i w sposób mniej komfortowy dla nas wszystkich

Rząd mógłby zostawić problem wieku emerytalnego swoim następcom. Ci jednak byliby zmuszeni wprowadzać reformy szybciej i w sposób mniej komfortowy dla nas wszystkich

Tak naprawdę dyskusja na temat wydłużenia wieku emerytalnego toczy się w krajach Unii Europejskiej od kilkunastu lat, my też przed nią nie uciekniemy. Z bardzo prostego powodu: demografia jest nieubłagana. Jako społeczeństwo będziemy coraz starsi. W 2043 roku przeciętny Polak będzie miał więcej niż 50 lat!

Kiedy w końcu XIX wieku Bismarck zdecydował się na budowę systemu emerytalnego, więcej osób wpłacało pieniądze do systemu niż było w stanie z niego korzystać. W XXI wieku żyjemy – szczęśliwie – dłużej i osób przechodzących na emeryturę jest więcej. Roczne wydatki ZUS-u wynoszą 165 mld złotych, co jest równe połowie wydatków z budżetu państwa. To oznacza, że nie możemy nagle od podstaw budować nowego systemu, możemy jedynie reformować ten, który mamy.

Dzisiaj na jednego emeryta „zrzucają się” się cztery osoby odprowadzające składki emerytalne ze swojej pensji (50 lat temu było to ponad 7 osób). Wiadomo, że z czasem na jednego emeryta będą składały się tylko dwie pracujące osoby. Co to oznacza? Radykalne obniżenie emerytur lub równie radykalne podwyższenie podatków. Różne kraje Unii dochodziły do tego samego wniosku – racjonalniej będzie podnosić wiek emerytalny.

Rynek pracy też się zmienia i coraz mniej jest zawodów obciążających fizycznie. Coraz częściej pracujemy w sferze usług, jakość pracy się podnosi, żyjemy dłużej. To wszystko ułatwia decyzję o wydłużeniu wieku emerytalnego.

Jaki będzie rynek pracy w 2020 czy też w 2040 roku? Na pewno zupełnie inny niż dzisiaj. Z roku na rok będziemy mieć więcej osób odchodzących na emeryturę niż wchodzących na rynek pracy. Efekt – coraz częściej pracodawca będzie szukał pracownika, nie odwrotnie.

Pojawiające się w debacie niepokoje – jak mam pracować dłużej skoro już dzisiaj nie mam pracy lub czy będę fizycznie w stanie pracować, odnoszą się do tego, co jest problemem dzisiaj. Szanuję te obawy, to wyzwanie dla ministra pracy na najbliższe lata, ale za kilkanaście lat będziemy mieć zupełnie inną rzeczywistość.

Nie mam wątpliwości, że dyskusja o wydłużeniu aktywności zawodowej uruchomi olbrzymią debatę o kształcie polityki społecznej, rynku pracy, demografii, opieki nad osobami starszymi. Ta ostatnia zresztą to olbrzymi rynek usług, w Polsce kompletnie niezagospodarowany, który będziemy musieli dopiero stworzyć.

Debata emerytalna będzie się toczyć głównie w oparciu o wydłużenie wieku aktywności zawodowej kobiet. Kobietom trudniej znaleźć pracę, przeciętnie zarabiają mniej niż mężczyźni. Teraz przechodzą na emeryturę szybciej niż mężczyźni, bo w wieku 60 lat. Efekt – emerytura kobiet jest nawet o kilkadziesiąt procent niższa.

W przeszłości, gdy sytuacja na rynku pracy była bardzo trudna, tj. gdy bezrobocie sięgało poziomu 20 proc., kobietom było jeszcze trudniej niż mężczyznom. Dlaczego? Ponieważ przez pracodawców widziane są przez pryzmat macierzyństwa. To mężczyzna jest z założenia bardziej dyspozycyjny (i mężczyźni na tym często tracą w życiu rodzinnym), a kobiety już na wstępie godzą się na niższe pensje.

Kilka lat temu przeprowadzano badania wśród Polek. Pytano o gotowość wydłużenia aktywności zawodowej. Pokazały one, że im młodsza kobieta, tym większe przyzwolenie na dłuższą pracę. Odpowiedzi, dlaczego tak jest, są dwie. Pierwsza: są młode i nie myślą o emeryturze. Druga: zauważalna jest zmiana struktury zawodów w ciągu ostatnich 20-30 lat. 20 lat temu było zdecydowanie więcej ciężkich prac wykonywanych przez kobiety. Za kolejne dwadzieścia lat będzie ich zdecydowanie mniej niż dzisiaj.

Czy jeśli Polki będą aktywniejsze na rynku pracy, zdecydują się na dzieci? Okazało się, że istnieje prosta zależność. Im bardziej dostępny rynek pracy dla kobiet, tym łatwiej o decyzję o kolejnym dziecku. Dzisiaj, kiedy rodzice decydują się na dziecko, chcą mu zapewnić dobre warunki życia, edukacji, opieki zdrowotnej. Na to potrzebne są pieniądze, a zatem i praca.

Oczywiście, gdy kobiety mówią, że decydują się na dziecko wtedy, gdy mają łatwiejszy dostęp do rynku pracy, nie znaczy to, że kobiety marzą, by piątego dnia po porodzie zostawić dziecko w żłobku i wrócić do pracy. Chodzi raczej o świadomość, że jeżeli ta kobieta uzna, że chce do pracy wrócić, choćby z powodów ekonomicznych, będzie miała taką możliwość.

Z demograficznego punktu widzenia wiek urodzenia pierwszego dziecka nie jest obojętny. Im później się rodzi pierwsze dziecko, a z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia w całej Europie, tym mniejsza jest szansa, że urodzi się kolejne. Także w interesie wszystkich i państwa jest prowadzenie takiej polityki demograficznej, żeby kobiety nie odkładały decyzji o macierzyństwie w nieskończoność. Nie będą też odkładały decyzji o posiadaniu dziecka wtedy, kiedy partnerzy będą im w stanie pomóc w rodzicielstwie. Rynek pracy nie powinien wymagać od żadnego z rodziców 24-godzinnej dyspozycyjności.

Dziś wielkim zadaniem, które stoi przed rządem, jest udzielenie czytelnej odpowiedzi na pytanie – dlaczego decyduje się na tę niełatwą zmianę. Oczywiście, można by zostawić ten problem następcom. Ale to oznaczałoby, że któryś z kolejnych rządów wprowadzałby reformy szybciej i w sposób mniej komfortowy dla nas wszystkich.

Pamiętajmy, że w przypadku wydłużenia wieku u kobiet ten proces będzie trwał bardzo długo, bo aż 28 lat. W Polsce możemy i chcemy dać sobie czas, by nie robić tego skokowo.

*Joanna Kluzik-Rostkowska – była minister pracy i polityki społecznej, członek KP Platformy Obywatelskiej