Newsletter

Od słów do czynów

Claus Leggewie, 09.02.2012
Portale społecznościowe pełnią tylko funkcję pomocniczą. Nie zastępują demokratycznych procesów. To prawda, o której w dobie internetu zapominamy zbyt łatwo

Portale społecznościowe pełnią tylko funkcję pomocniczą. Nie zastępują demokratycznych procesów. To prawda, o której w dobie internetu zapominamy zbyt łatwo

Weronika Przecherska: Z przeprowadzonych przez pana profesora badań wynika, że Niemcy nie są zachwyceni stanem demokracji w swoim kraju. Jakie są źródła tego niezadowolenia?

Prof. Claus Leggewie: Powody są różne. Niemcy przyzwyczaili się do państwa opiekuńczego. Dziś, kiedy nie jest ono w stanie zapewnić dobrobytu wszystkim, w społeczeństwie powstają podziały. Wykluczeni z powodów ekonomicznych zaczynają wątpić w możliwości państwa. Są rozczarowani i to rozczarowanie odzwierciedla się w ocenie stanu demokracji. Przyczyną niezadowolenia są także partie polityczne i sami politycy. Rządzący składają obietnice, których później nie są w stanie zrealizować. Dlatego tracą poważanie w oczach swoich wyborców. Są jednak także i tacy obywatele, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech, którzy mają awersję wobec politycznej machiny. Pielęgnują resentymenty, traktują polityków jak kozły ofiarne. Szacuję, że w całej Europie taka populistyczna energia buzuje przynajmniej w 25-30 proc. obywateli.

Pańskie badania potwierdzają to, co było widać w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy na ulicach niemieckich miast. Czy to właśnie ci niezadowoleni wyszli na ulice?

Trudno jednoznacznie sklasyfikować protestujących. Oburzali się przecież z różnych powodów. Nierzadko zarzewiem kryzysu była lokalna inicjatywa, jak np. budowa dworca w Stuttgarcie. Protestujący, głównie starsi przedstawiciele klasy średniej, chcieli zablokować budowę niechcianej infrastruktury. Stworzyli wtedy ruch Stuttgart 21. Dużo emocji budziły także kwestie związane ze zmianami energetycznymi. Zaangażowani w tzw. zielone konflikty obywatele wyrażali oburzenie wobec budowania parków wiatrowych. Oczywiście żywy był także bunt protestujących, głównie młodych ludzi na ulicach Frankfurtu, przeciwko kryzysowi finansowemu.

Czy słusznie zarzuca się protestującym, że negują otaczającą ich rzeczywistość, nie przedstawiając jednocześnie żadnych sposobów rozwiązywania problemów?

To przesąd. W Niemczech sporo uwagi poświęca się tzw. Rozjuszonym Obywatelom:  (z niem. Wutbürger – przyp. red.) poirytowanym właściwie z każdego powodu, którzy sami nie wiedzą, czego chcą. W przełomowych wypadkach jednak nie do końca tak jest. Protestujący przeciwko budowie dworca kolejowego w Stuttgarcie przedstawili przecież konkretne rozwiązania komunikacyjnej infrastruktury. Swoje propozycje zmiany systemu mieli także przedstawiciele ruchu Occupy Wall Street. Protestujący w pewnym sensie tworzą historię. W ciągu ostatnich dwóch lat kultura polityczna w Niemczech bardzo się zmieniła. To także zasługa tych, którzy wyszli na ulice.

W swojej najnowszej książce „Mut statt Wut” („Odwaga zamiast wściekłości”) podkreśla pan jednak, że protest to nie wszystko. Zamiast rewolucji ewolucja?

Moja propozycja zawiera się już w tytule książki. Jeśli kieruje nami gniew, nie przedstawimy konstruktywnej alternatywy. Wściekłość to jednak olbrzymi potencjał, który trzeba wykorzystać. Dlatego opowiadam się za większym udziałem obywateli w demokratycznych procesach. Chciałbym, aby angażowali się w projekty już na etapie ich planowania. Wyrażali swoje opinie, nie tylko wtedy, gdy dane rozwiązanie czy projekt bezpośrednio ich dotyka. Nasze demokracje muszą mieć charakter deliberatywny, uczestniczący. Wiem, że już dziś trzeba stawiać pytania, na które będziemy musieli odpowiedzieć w ciągu najbliższych piętnastu, dwudziestu lat. Dzięki temu przewidzimy i unikniemy potencjalnych konfliktów.

Jak wyobraża pan sobie ten nowy rodzaj demokracji?

Rozczarowanie trzeba zrekompensować obywatelskim zaangażowaniem. Dziś demokracja rozgrywa się przed telewizorem, w programach informacyjnych i rozrywkowych. W Niemczech kultura społeczeństwa obywatelskiego dopiero się rozwija. Szacuję jednak, że w każdym państwie zaledwie 1-2 proc. obywateli bierze aktywny udział w procesach demokratycznych. Polityczna komunikacja wypiera polityczną interwencję. Dlatego w mojej książce przekonuję, że obywatele powinni się bardziej angażować w procesy polityczne i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Oczywiście – jeśli mają odpowiednie możliwości finansowe i czas. Także politycy i administracja muszą być bliżej społeczeństwa. Tylko wtedy przepływ informacji między obywatelami a politycznymi decydentami będzie możliwy.

W swojej publikacji zachęca pan także do aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym. Biorąc pod uwagę negatywne nastawienie ludzi do polityki, to chyba nie takie proste…

Nigdy nie mówiłem, że to łatwe zadanie. Środowiska polityczne nie cieszą się przecież ani w Polsce, ani w Niemczech wysokim poważaniem. Jednak w demokracji ważne jest, by kształtować poczucie członkostwa, uczestnictwa. Demonstracje, petycje, akcje typu Flashmob z reguły spełzają na niczym. Takie działania mają charakter epizodyczny, nie mają wpływu na proces legislacyjny.

Petycje, Flashmoby, demonstracje rodzą się dziś w internecie. Także w pańskiej książce pojawia się pojęcie „demokracja Facebooka”. Co to takiego?

To raczej pytanie niż stwierdzenie. Czy zaznaczenie na Facebooku „lubię to” można nazwać demokracją? Zdecydowanie nie. Dzięki mediom społecznościowym obywatele mają możliwość skrzyknięcia się, organizacji. Tak było na przykład w trakcie protestów zorganizowanych przeciwko prezydentowi Christianowi Wulffowi przed zamkiem Bellevue. Jednak to zdecydowanie za mało, by mówić o demokracji Facebooka czy Twittera. Przecież w mediach społecznościowych działają prawdziwi ludzie, ze swoimi pomysłami, wartościami czy marzeniami. Portale pełnią tylko funkcję pomocniczą, nie zastępują realnych demokratycznych procesów. To prosta prawda, o której zachwyceni nowymi technologiami w dobie internetu zapominamy.

Nie może pan jednak zaprzeczyć, że to właśnie w internecie rodzi się bunt, który przechodzi później na ulice.

Oczywiście internet ma funkcję opiniotwórczą, przede wszystkim wśród młodych ludzi poniżej 35 roku życia. To nie tylko medialna infrastruktura, lecz również środowisko. Dzięki temu także polityka może być bardziej innowacyjna. W Niemczech stało się tak za sprawą Partii Piratów . Partii zainteresowanej dużo bardziej wolnością i kontrolą przepływu informacji niż reformami służby zdrowia, kryzysem demograficznym czy ochroną klimatu. To także nasze środowisko – środowisko obywateli i konsumentów. Musimy pamiętać, że środki ustawodawcze czy nowe technologie muszą iść w parze z naszymi działaniami. Wykorzystajmy więc tę siłę, by zmieniać świat na lepsze. Nie czekajmy z założonymi rękoma.

*Prof. Claus Leggewie – niemiecki politolog, publicysta, teoretyk konfliktu. Od kwietnia 2007 roku dyrektor Instytutu Kulturoznawstwa w Essen (Niemcy). Jest autorem książek, m.in. „Walka o europejską pamięć”, „Koniec świata jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji” (wspólnie z prof. Haraldem Welzerem). Jego najnowsza publikacja nosi tytuł „Mut statt Wut. Aufbruch in eine neue Demokratie”.