Newsletter

Przeciw konfederacji ignorancji

Stephen Reicher, 09.02.2012
W tłumie ludzie nie gubią się i nie tracą rozsądku. Przeciwnie, płynnie przechodzą od myślenia o sobie w kategoriach indywidualnych do poziomu społecznych tożsamości zbiorowych

Strona 1

W tłumie ludzie nie gubią się i nie tracą rozsądku. Przeciwnie, płynnie przechodzą od myślenia o sobie w kategoriach indywidualnych do poziomu społecznych tożsamości zbiorowych

Trudno za oryginalną uznać obserwację, że prawica i lewica fundamentalnie różnią się w wyjaśnianiu zbiorowych konwulsji, które wstrząsnęły naszym światem w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Dla prawicy protesty, demonstracje, akcje okupacyjne, a szczególnie zamieszki, są regresywnym wyrazem indywidualnej patologii protestujących. Dla lewicy to z kolei oznaka progresywnej reakcji na społeczne patologie.

Jednak, co ciekawe, nawet lewicowi radykałowie wtórują zapiekłym prawicowcom w analizie powodów, dla których ludzie wychodzą na ulice. Obie strony są przekonane, że mamy tu do czynienia ze zjawiskami patologicznymi, które tłumaczyć można teoriami z zakresu psychologii tłumu czy instynktu stadnego. Czyli: tłum, w swojej bezmyślności i niezdolności do wydawania racjonalnych ocen, przejmuje nad ludźmi władzę. Entuzjazm zastępuje rozum. Innymi słowy, może nawet i ci wykrzykujący jakieś hasła na ulicach miast sygnalizują istnienie głębszych problemów, ale przecież nie potrafią ich rozwiązać. Nie podają żadnych konkretnych propozycji. Przykładem takiego rozumowania jest list prezesa Brytyjskiego Towarzystwa Socjologicznego, który tuż po ubiegłorocznych sierpniowych zamieszkach w Londynie stwierdził: „Tłumy są irracjonalne. Tłumy nie mają motywacji. Powody i motywy ich działania znikają, kiedy ludzie przemieszczają się w nieprzewidywalny sposób”.

Pogląd ten sięga końca XIX w. i pracy francuskich psychologów tłumu, zwłaszcza Gustawa Le Bona, który twierdził, że zanurzając się w tłumie, ludzie tracą samoświadomość i zdolność do rozróżniania dobra od zła. Tym samym stają się jak marionetki – niezdolne do odrzucenia jakichkolwiek sugestii, podatne na wpływy. Uczestnicy tłumnych zgromadzeń, twierdził Le Bon, zstępują kilka szczebli na cywilizacyjnej drabinie. To zrozumiałe, że takich opinii używano, żeby zdyskredytować tłumy i uzasadnić ich represjonowanie. Jeśli więc, jak powiedział kiedyś Martin Luther King, tłumy są głosem uciśnionych, psychologowie tłumu są po to, żeby ten głos uciszyć. Przekaz jest jasny: „nie słuchajcie ich, bo to, co mówią, jest tylko paplaniną szaleńca”.

To oczywiste, że takie podejście jest po prostu błędne. Jak już dawno zauważyli historycy pokroju E. P. Thompsona, zgromadzenia masowe mają własny porządek i wyrażają światopogląd ich uczestników. I to w taki sposób, żeby – nawiązując do słów innego historyka, Williama Reddy’ego – ich cele „błyszczały w oku historii”, czyli były cenną wskazówką, jak protestujący rozumieją funkcjonowanie własnych społeczeństw. Praca psychologów społecznych z ostatnich trzech dekad potwierdza ten pogląd. W tłumie ludzie nie gubią się i nie tracą rozsądku. Przeciwnie, płynnie przechodzą od myślenia o sobie w kategoriach indywidualnych do poziomu społecznych tożsamości zbiorowych. Adekwatnie więc, ich pojedyncze zainteresowania stają się interesem całej grupy, a ich punkt widzenia pojmowany jest przez pryzmat zbiorowych systemów przekonań.

Co więcej, dzięki sile zbiorowości, protestujący stają się podmiotami, które mogą same kształtować historię, a nie tylko żyć w świecie ukształtowanym przez innych. Umieją przełożyć założenia swojej społecznej tożsamości (czyli: wartości, priorytety i poczucie, jak powinien być zbudowany świat) na rzeczywistość społeczną. To proces, który my – psychologowie społeczni – nazywamy „zbiorową autoobiektywizacją”. To właśnie dlatego też tłumy są tak radosne: ich uczestnicy mają poczucie, że są podmiotami własnego losu. To cudowne doświadczenie. Entuzjazm tłumów nie oznacza wcale utraty celowości, ale raczej wspólne przeżywanie celów społecznych. Tym bardziej nie powoduje zbiorowej utraty rozumu, bardziej triumf idei, które przenoszą się dalej w świat.

Abstrahując od czysto normatywnych wniosków wynikających z tej analizy, dość jasno można zobaczyć, że tłumy to bardzo praktyczne narzędzie do zrozumienia naszych społeczeństw. W szczególności do analizy perspektyw grup społecznych, których głosy są zazwyczaj nieobecne w debacie publicznej. Odrzucenie ich jako bezsensownych to jak podkopanie naszej zdolności do rozumienia i odniesienia się do cierpienia naszych społeczeństw. Co więcej, uważam, że możemy się od tłumów wiele dowiedzieć i nauczyć!