Newsletter

Obama i zawiedzione nadzieje Europy

Dominika Sztuka, 02.02.2012
Obama zaniedbując Europę otwiera szeroko drzwi Chinom, które chętnie wkraczają na Stary Kontynent. I to tym samym Chinom, z którymi USA postanowiły rywalizować w Azji

Strona 1

Obama zaniedbując Europę otwiera szeroko drzwi Chinom, które chętnie wkraczają na Stary Kontynent. I to tym samym Chinom, z którymi USA postanowiły rywalizować w Azji

Początek nowego roku oraz zbliżające się wielkimi krokami wybory prezydenckie w USA skłaniają do politycznych podsumowań. Republikanie walczący aktualnie o partyjną nominację, by stanąć w szranki z Barackiem Obamą, prześcigają się w krytykowaniu urzędującego prezydenta. I choć surowa ocena dotyczy niemalże wszystkich działań administracji Obamy, to Europejczyków interesuje głównie polityka zagraniczna prezydenta USA, a w szczególności jej europejski wymiar.

Co dla Europy oznacza prezydentura Baracka Obamy?

1.

Ostatnie trzy lata dobitnie pokazały, iż Europa nie jest priorytetem – ani nawet jednym z wielu priorytetów – polityki zagranicznej USA. Uwaga „prezydenta Pacyfiku”, jak sam siebie nazwał, a nie „pierwszego europejskiego prezydenta Ameryki”, jak nazywano go na Starym Kontynencie w pierwszych tygodniach urzędowania, jest skierowana zdecydowanie gdzie indziej. To region Azji i Pacyfiku zajmuje pierwsze w kolejności miejsce z punktu widzenia strategicznych interesów oraz bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych według administracji Obamy. To tutaj toczy się aktualnie walka pomiędzy USA a Chinami, nie tylko o strefę wpływów, ale przede wszystkim o miano światowego supermocarstwa.

„Ten region to nasz główny priorytet”, powiedział prezydent Obama podczas listopadowej wizyty w Australii. Owa wizyta to nie jedynie wynik dyplomatycznego kalendarza, a jego słowa nie są bynajmniej retoryczną kurtuazją. Mamy do czynienia z realną ofensywą Wuja Sama w regionie – na mocy umowy podpisanej pomiędzy USA i Australią, do końca 2016 roku, liczący 2,5 tys. ludzi kontyngent zostanie wysłany do amerykańskiej bazy U.S. Marines na północy Australii. Nie dziwi zatem fakt, iż zbankrutowana Europa coraz wyraźniej odsuwa się na dalszy plan.

Kiedy Barack Obama zwyciężył w wyborach prezydenckich w 2008 roku, nic nie zapowiadało takiego rozwoju sytuacji. „Obamomania” opanowała Europę, chyba nawet w większym stopniu niż miało to miejsce za wielką wodą. Nowo wybrany prezydent bił rekordy popularności zarówno wśród zwykłych Europejczyków, jak i wśród elit w Brukseli, Paryżu czy Londynie. Nie należy się temu dziwić, biorąc pod uwagę jak bardzo znienawidzony był na Starym Kontynencie jego poprzednik, George W. Bush.
Nie wszyscy być może dziś już pamiętają, iż George Bush jr był według ówczesnych sondaży uważany za większe zagrożenie dla pokoju niż Kim Dzong Il czy prezydent Iranu Mahmud Ahmadinedżad, ustępując pola jedynie Osamie bin Ladenowi. Ten „dorobek” Busha nie tylko pomógł Obamie w zdobyciu sympatii mieszkańców Europy, ale również rozbudził nadzieje i oczekiwania stolic państw Europy co do kształtu transatlantyckich relacji.

Nie wszyscy jednak w Europie przyjęli nowego prezydenta USA tak entuzjastycznie. Decyzja o wycofaniu się z projektu instalacji tarczy antyrakietowej z radarem w Czechach i silosami rakietowymi w Polsce podjęta przez Baracka Obamę we wrześniu 2009 roku, została przez wielu odebrana jako „policzek” dla Europy Środkowej. Zwłaszcza, iż zapadła bez wcześniejszych konsultacji z Warszawą czy Pragą.

Swoje niezadowolenie z kursu, jaki USA obrały w regionie wyrazili w liście otwartym do prezydenta Obamy środkowoeuropejscy liderzy, tacy jak Lech Wałęsa czy Václav Havel. Ostrzegali oni przed imperialistycznymi resentymentami Rosji prosząc, by nie lekceważyć Europy Centralnej oraz nie rezygnować z tarczy antyrakietowej jako „symbolu wiarygodności i zaangażowania Ameryki w regionie”.

2.

Krok podjęty przez Obamę ucieszył sporą część opinii publicznej nieprzychylnej tarczy, tak nad Wisłą, jak i u naszego południowego sąsiada. Nastroje uległy jednak zmianie, kiedy stało się jasne, iż Europa Środkowa nie jest już w sferze strategicznych zainteresowań Stanów Zjednoczonych.

Poczucie zlekceważenia tej części Europy przez Wuja Sama wzmagał dodatkowo fakt, iż rezygnacja z tarczy antyrakietowej miała bezpośredni związek z Rosją i planowanym przez administrację Obamy ociepleniem stosunków z Moskwą. I choć Waszyngton podjął wprawdzie w kolejnych latach próby polepszenia stosunków ze stolicami Europy Centralnej (np. podpisanie w sierpniu 2010 roku umowy o redukcji arsenału jądrowego z Rosją w Pradze, czy udział amerykańskiego prezydenta w Szczycie Środkowoeuropejskim w maju ubiegłego roku w Warszawie), to miały one jednak głównie symboliczne znaczenie i nie przyniosły żadnych skutków politycznych. Utrzymanie dobrych stosunków z Rosją oraz strategiczna współpraca obu państw w takich kwestiach, jak wzajemne ograniczanie potencjału jądrowego, czy poparcie Moskwy dla systemu sankcji na Iran stało się priorytetem dla administracji Obamy.

Nie tylko stosunki Stanów Zjednoczonych z Europą Środkową uległy w ciągu ostatnich trzech lat ochłodzeniu. Podobny los spotkał Wielką Brytanię, którą z USA od zawsze łączyły specjalne relacje. W 2009 roku Brytyjczycy mieli usłyszeć od wysokiej rangi przedstawiciela Departamentu Stanu, że ich kraj „znaczy dla Ameryki dokładnie tyle samo, co 190 innych państw na świecie” i wobec tego Londyn nie ma podstaw oczekiwać specjalnych względów od Waszyngtonu.

Istotnie, ciężko byłoby się doszukać dowodów na specjalne traktowanie historycznego sojusznika przez administrację Obamy. Jedną z pierwszych decyzji nowego lokatora w Białym Domu było bowiem odesłanie brytyjskiej ambasadzie w Waszyngtonie popiersia Winstona Churchilla – daru dla narodu USA upamiętniającego ataki z 11 września. Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton nie poparła z kolei stanowiska Wielkiej Brytanii w sporze o Falklandy z Argentyną.