Newsletter

Demokracja po rosyjsku

Michał Rzepecki, 06.02.2012
Protestujących przeciw Putinowi przedstawia się jako tych, którzy są inspirowani przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską. I Rosjanie, niestety, dają temu wiarę

Protestujących przeciw Putinowi przedstawia się jako tych, którzy są inspirowani przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską. I Rosjanie, niestety, dają temu wiarę

4 marca odbędą się w Federacji Rosyjskiej wybory prezydenckie. Nagłówek o takiej treści jest – wydawać by się mogło – zwykłym doniesieniem prasowym. Rzeczywiście, w przypadku zdecydowanej większości państw świata taka wiadomość nie budzi większych emocji. Jednak w Rosji wybory prezydenckie nie są „normalną” demokratyczną procedurą.

Szczególny kontekst nadaje wyborom prezydenckim sytuacja po grudniowych wyborach parlamentarnych. Jak przewidywano, po raz kolejny zwyciężyła partia władzy, partia prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina – Jedna Rosja. Odchyleniem od normy było „niewielkie” poparcie, jakie partia ta uzyskała. Jednak dużo większym szokiem wydaje się być rozpoczęcie „wielkich”, jak na skalę rosyjską, protestów opozycji przeciw fałszerstwom wyborczym.

Fałszerstwa, owe „cuda nad urną”, niewątpliwie miały miejsce – wszak jak zwykł mawiać Józef Stalin, „nieistotne kto głosuje, ważne kto liczy głosy”. Obserwując powyborcze wydarzenia w Rosji, kolejne wiece i demonstracje, można żywić nadzieję, że zaczyna w tym państwie funkcjonować społeczeństwo obywatelskie, że Rosjanie przełamali strach i apatię, że będziemy świadkami kolejnej kolorowej rewolucji. To jednak zbyt optymistyczny pogląd.

Obecna elita zbyt mocno dzierży władzę. Ma w swoim ręku aparat siłowy, media, a co najważniejsze – pieniądze na pensje i emerytury. Jak pokazuje historia, byt określa świadomość. Dlatego też dopóki kryzys finansowy, realna bieda nie zajrzy zwykłym Rosjanom w oczy, dopóty nie podejmą oni żadnego realnego działania, mającego na celu zmianę władzy.

Innym argumentem świadczącym o braku skuteczności kolejnych protestów jest niemożność wskazania prawdziwych przywódców owego buntu. Nie są nimi ani liberalny polityk Grigorij Jawliński, ani bloger Aleksiej Nawalny, ani także wybitny szachista Garri Kasparow. Żaden z nich nie jest na tyle charyzmatyczny, żaden nie ma póki co w ręku atutów takich jak Putin. A najważniejszym z nich są pieniądze z Gazpromu, który ma budżet większy niż budżet Polski.

Na miano przywódcy opozycji w Rosji nie zasługuje także Borys Bierezowski – oligarcha, który niegdyś był szarą eminencją Kremla, a po konflikcie z Putinem i przymusowej emigracji do Wielkiej Brytanii stał się jego najzagorzalszym wrogiem. Bierezowski napisał ostatnio list otwarty do rosyjskiego premiera. Zaapelował też do przywódcy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej o podjęcie działań, mających na celu namówienie Putina do dobrowolnej rezygnacji, a do pozostałych kandydatów, by swym startem nie firmowali łamania przez Putina konstytucji.

Przeciwnicy Putina nie zjednoczą się też wokół miliardera Michaiła Prochorowa. Jest on kontrkandydatem Putina do prezydentury. Jednak, jak podają komentatorzy rosyjskiej sceny politycznej, Prochorow to prawdopodobnie kandydat „techniczny”, startujący za zgodą i z inspiracji Kremla. Jego udział w wyborach potrzebny jest na wypadek, gdyby pozostali kandydaci się wycofali – wtedy nikt nie będzie mógł zarzucić braku konkurencji, a tym samym nieautentyczność wyborów. Taki pogląd wydaje się być uzasadniony, jeśli spojrzymy na innego byłego już miliardera, obecnie więźnia, który ośmielił się rzucić wyzwanie Putinowi – Michaiła Chodorkowskiego.

Nawet jeśli sprawujący władzę Putin pozwoli na kolejne demonstracje, a w kontrolowanych przez władzę mediach pojawią się dawno tam nieoglądani przedstawiciele ugrupowań przeciwnych Kremlowi (czyli de facto… Putinowi, który siedziby prezydentów nigdy tak naprawdę nie opuścił, mimo zręcznego triku z Miedwiediewem), takich jak Borys Niemcow czy Władimir Ryżkow, nawet jeśli w wyścigu o prezydenturę wystartuje wielu kandydatów, to tak naprawdę zwycięzca marcowych wyborów jest znany już dzisiaj. Jedynie nieprzewidywalna turbulencja systemu międzynarodowego lub podobne wydarzenie wewnątrz rosyjskiego państwa może pozbawić Putina prezydentury.

Putin wygra pomimo pozornego osłabienia jego popularności. Bo nawet jeśli ulubiona dotychczas przez Rosjan wódka o wdzięcznej nazwie Putinka przestała się sprzedawać, przywódca będzie w stanie po raz kolejny przekonać do siebie Rosjan. Paradoksalnie zadanie to będzie tym łatwiejsze, im więcej osób będzie uczestniczyć w demonstracjach opozycji. Wtedy władza będzie mogła konsolidować społeczeństwo wokół sprawdzonych haseł zagrożenia zewnętrznego, prób wywołania chaosu przez Zachód, mający w Rosji od wieków negatywne konotacje.

Jako inspiratorów protestów podaje się w głównej mierze Stany Zjednoczone Ameryki czy Unię Europejską. Rosjan nie trzeba do tego długo przekonywać – wszak w przeprowadzanych badaniach opinii społecznej nadal wskazują USA jako głównego wroga. Pogląd ten zdają się potwierdzać hasła skandowane na wiecach poparcia dla Putina (a może tylko wynajętych statystów?) dotyczące złego Zachodu, złej Ameryki inspirującej „pomarańczowy ruch chcący doprowadzić do wojny domowej w Rosji”.

W obliczu takiego zagrożenia władza musi pokazać, że Rosja to państwo silne, mające własne zdanie w każdej kwestii. Stąd klarowne komunikaty kierowane do rosyjskiego społeczeństwa: że rosyjska armia w grach wojennych pokonuje wojska NATO, że mimo wyrazów światowego oburzenia współpracuje z Iranem czy Syrią.

Może także dojść do nowej fali zamachów terrorystycznych, sprawców których tylko Putin będzie w stanie zidentyfikować i, jak zwykł to określać, „dopaść nawet w kiblach”. Do podobnych zdarzeń dochodziło już dwukrotnie – w 1999 i 2004 roku. Dziwnym trafem były to lata, gdy Putin szykował się odpowiednio: do zastąpienia na Kremlu skompromitowanego i schorowanego Jelcyna oraz wtedy, gdy ubiegał się o reelekcję. Pierwsze symptomy zagrożenia płynącego ponownie z Kaukazu Putin zdiagnozował planując zaostrzenie ustawodawstwa antyimigracyjnego.

Przedwyborczą sytuację w Federacji Rosyjskiej można byłoby najtrafniej określić słowami, które przeczytałem niedawno w pracy Richarda Pipesa poświęconej XIX-wiecznemu ruchowi rewolucyjnemu w Rosji. Pipes napisał, że „w przeciwieństwie do innych krajów europejskich Rosja wciąż odmawiała swoim obywatelom prawa do decydowania o polityce państwa. Propozycje zmian, choćby bardzo umiarkowanych, były uparcie odrzucane, a jawną krytykę autokratycznego reżimu traktowano jak przestępstwo”.

Po blisko 150 latach od opisywanych przez niego wydarzeń można odnieść wrażenie, iż ani rosyjskie społeczeństwo, ani samo rosyjskie państwo nie zmieniło się wcale. Niestety nic nie wskazuje na to, by organizowane protesty przyspieszyły jakościową zmianę w Rosji. Zmiany takiej nie przyniesie też z całą pewnością wygrana Putina w wyścigu o prezydenturę – wyścigu, którego zwycięzca znany był na długo przed jego ogłoszeniem.

*Michał Rzepecki – dr nauk humanistycznych, politolog, rosjoznawca i amerykanista; pracownik Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

ZOBACZ TAKŻE: „Przerwany spektakl Putina”