ACTualnie

Marcin Lachowicz31/01/2012

Postanowiłem sięgnąć do treści kontrowersyjnego dokumentu i na tej podstawie wyrobić sobie zdanie

Według przepowiedni 2012 rok jest rokiem końca świata. Można powiedzieć „No i stało się!”. Oto bowiem w czwartek 26 stycznia 2012 r. Polska ambasador w Tokio podpisała ACTA. Nastąpił koniec internetu. Dla wielu to, rzecz jasna, koniec świata. Od tego dnia codziennie o szóstej rano oczekuję policji. Ba! Może nawet przyślą ABW. W końcu przeglądam filmiki na youtube, wysyłam maile, a nawet słucham muzyki przez internet… niewątpliwie jestem przestępcą.

Do takich wniosków mógłbym dojść, gdybym poważnie i bezkrytycznie potraktował „tłumaczenie” tego, co stanie się w internecie po wejściu w życie ACTA, zawarte np. w polskojęzycznym animowanym filmiku, który obejrzało w serwisie youtube ponad 2 miliony osób. Pytanie, na ile takie emocjonalne tłumaczenie, czym (rzekomo) ACTA jest, przełożyło się na protesty na ulicach wielu polskich miast? Ciekawi mnie też, czy tak opisywana „rzeczywistość” wpłynęła na wyniki sondażu, w którym 64 proc. ankietowanych uznało, że podpisanie ACTA było złą decyzją.

W ramach wspomnianego sondażu odnajdywałem siebie wśród 15 proc. respondentów, którzy nie mieli zdania na temat podpisania ACTA przez rząd. Postanowiłem więc sięgnąć do treści tego dokumentu i na tej podstawie wyrobić sobie zdanie.

Na początek zaskoczenie. Nie jestem przestępcą. ACTA nie jest bowiem ustawą, mimo, iż jeden z dzienników przedstawiał ten dokument jako ustawę. Zatem zgodnie z zasadą nullum crimen sine lege, zawartą w art. 42 Konstytucji RP, nie mogę na jej podstawie zostać pociągnięty do odpowiedzialności.

Co więcej, ACTA jest międzynarodową umową, która została „jedynie” podpisana przez rząd, ale nie została na tę chwilę ratyfikowana. Nie uchwalono bowiem ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację tej umowy. Jakie skutki wywołuje zatem fakt, iż polski parlament (pochodzący z wyborów) nie debatował nad tą sprawą? Oznacza to, że dla mnie – i innych internautów – nic się nie zmienia.

Przez sam fakt podpisania ACTA nie zostały nałożone na mnie dodatkowe obowiązki, zakazy lub nakazy. Brak ratyfikacji oznacza, że ACTA w hierarchii aktów prawnych nie ma pierwszeństwa przed polskimi ustawami. Podpisanie ACTA oznacza, że Polska jako podmiot na arenie międzynarodowej zobowiązała się wobec innych stron tej umowy, że będzie wprowadzać określone w niej przepisy do swojego porządku prawnego (vide art. 9 i 91 Konstytucji RP). Oczywiście, o ile dotąd takich przepisów Polska nie wprowadziła.

Dodatkowo, biorąc pod uwagę ogólnikową treść poszczególnych przepisów ACTA wiem, że nawet po jej ratyfikowaniu dla jej skuteczności niezbędne będzie, aby polski parlament wprowadził odpowiednie przepisy. Ewentualna ratyfikacja oznacza również, że już istniejące przepisy będą interpretowane w świetle postanowień ACTA. Sama ACTA nie oznacza zaś, że ktokolwiek z nas zostanie przestępcą.

Proszę zweryfikować i odnaleźć w przepisach ACTA choćby jeden, który wskazuje, jaka kara grozi (grzywna? więzienie? ile lat?) osobie za złamanie rzekomych zakazów, które wprowadza ta umowa. Na tej podstawie widać, że każdorazowo niezbędne będzie odwołanie się do konkretnego przepisu odpowiedniej ustawy. Niewątpliwie powyższe oznacza, że mogę spać spokojniej.

Mam jednocześnie nadzieję, że na fali sprzeciwu dotyczącego ACTA zauważone zostaną argumenty wskazujące na nieprzejrzyste procedury prac nad aktami prawnymi na arenie międzynarodowej. Liczę również, że internet, umożliwiający umawianie się przez serwisy społecznościowe przeciw ACTA lub drogiej benzynie, wpłynie na zwiększenie dostępnych instrumentów bezpośredniej demokracji.

Komentarze