Skąd ogólna mobilizacja przeciw umowie ACTA? W tych protestach widzę kilka wątków. Na poziomie najbardziej ogólnym, pomijając partykularne kwestie, widać ciekawy problem – to już nie jest tylko protest w internecie. Na ulice wyszło parę tysięcy ludzi. W Krakowie, który jest miastem akademickim, protestowało nawet ponad 15 tys. osób. Śledzących i komentujących sprawę w sieci jest oczywiście zdecydowanie więcej.
Obserwatorów może zainteresować fakt, że to nie jest bunt, który ma miejsce tylko w dużych miastach. Zaktywizowali się też ludzie z mniejszych miejscowości – wystarczy wskazać Limanową czy Tarnów. W tych mniejszych okręgach z reguły trudno jest ludzi namówić do aktywności obywatelskiej. Chyba, że zamykany jest akurat jakiś zakład pracy, który zatrudnia 80 proc. mieszkańców. Co się więc stało?
Istotnym wątkiem, służącym do analizy i zrozumienia tego zjawiska, jest na pewno kwestia wolności. Zauważmy, że w protestach najbardziej widoczni byli ludzie młodzi: licealiści i gimnazjaliści, ale też oczywiście studenci. Mamy w końcu coś, o co pragną powalczyć. Oni mają poczucie, że zabiera im się coś, co zawsze mieli, coś, do czego mają prawo. Odczuwają całą sytuację jako gwałt. Dzieje się niesprawiedliwość, gdyż coś cennego się im odbiera, do czego mieli dotąd dostęp. Zresztą, wolności internetowej młodzi nie musieli w żaden sposób zdobywać, ta swoboda była dla nich dostępna od zawsze.
Wolność w internecie jest dla nich jak tlen, którym zawsze oddychali; gdy może go zabraknąć, boleśnie tego doświadczą. W układzie ścierających się dwóch wartości: wolności i własności intelektualnej, dla młodych ważniejsza jest wolność, jaką daje internet. Niestety młodzi myślą raczej w kategoriach „ja” i „moje” niż „wspólnota” i „my”.
Oczywiście, że nie chodzi o wolność wypowiedzi, ale możliwość ściągania i oglądania filmów czy słuchania muzyki. W tej myślowej układance nie ma jednak drugiej strony – twórców własności intelektualnej. Wprowadzenie nowych zasad funkcjonowania internetu jest przez młodych postrzegane jako ograniczenie ich wolności. Nie dostrzegają natomiast faktu, że ta ich wolność i swoboda w korzystaniu z cudzej twórczości była ograniczeniem dla innych. Ściąganie filmów i muzyki z sieci nie jest postrzegane w kategoriach nieuczciwych działań czy kradzieży. Łatwy dostęp do produktów i możliwość ich ściągania miała charakter demoralizujący. Toteż są oni dzisiaj wściekli i tę złość manifestują publicznie, ukazując oblicze, którego wielu z nas wolałoby nie widzieć. Reagują jak małe dzieci, które miały nieograniczony dostęp do zabawek, a które się im nagle zabiera.
W zeszłym semestrze prowadziłam zajęcia z socjologii wizualnej. Wchodził wtedy właśnie do kin film „Czarny łabędź” z Natalie Portman. Rozmawiałam ze studentami o tym, że trzeba by go zobaczyć, bo ciekawie pokazuje emocje związane ze sztuką oraz relację uczeń-mistrz. I zapytałam, czy zamierzają ten film obejrzeć. Okazało się, że prawie wszyscy już go widzieli! W internecie rzecz jasna. Trudno się w takich momentach mówi o etyce korzystania z pirackich nagrań. To codzienna praktyka setek ludzi. Oni po prostu to robią. Mogłam im tylko powiedzieć, że szkoda jakości obrazu i przekazu, który na dużym ekranie umożliwia zupełnie inne przeżycie tego dzieła.
W Polsce przeprowadza się szereg badań dotyczących młodych ludzi. Ale tak naprawdę bardzo trudno jest ich zanalizować i opisać. Wydaje się, że młodzi mają ogromny potencjał, który obywatelsko nie jest wykorzystany. I stąd nasza polska młodzież jest taka trochę bezrefleksyjna. A ponieważ żyjemy w kulturze indywidualizmu, młodzi mocno koncentrują się na sobie, na własnej karierze, na własnych przyjemnościach. Nawet jeśli działają np. w wolontariacie, to staje się on dla nich elementem systemowym i instytucjonalnym. Najważniejszy staje się nie cel takiej pracy, tylko to, jak poprawi się wygląd CV. Wolontariat nie jest już „czarną łapą” znaną z dawnych czasów – anonimowym działaniem na rzecz idei czy osoby, ale czymś, co się opłaca, co się kalkuje robić. W ten sposób wartość obywatelską czy po prostu ludzką czyni się wartością rynkową.
Myślę, że ten protest przeciw ACTA paradoksalnie powiedział nam więcej o młodych niż próby różnych badań i analiz. Dowiedzieliśmy się, co dla młodego pokolenia jest ważne. To pierwsza tak ważna kwestia z zakresu życia publicznego, którą ci młodzi, w większości nie pamiętający przemian 1989 roku czy „Solidarności”, zakomunikowali światu. Zamach na wolność w internecie, a tak widzą te zmiany, dotyka ich bardziej, niż cokolwiek, co się ostatnio dzieje. Dlaczego internet? Okazał się on być dla dość biernego, polskiego społeczeństwa wentylem bezpieczeństwa. Każdy może skomentować coś, co mu się nie podoba. Założyć fanpage na Facebooku. To kultura „click” – pozornego wpływu na rzeczywistość.
Warto zapytać, dlaczego protest jest tak silny w Polsce? Przecież sygnatariuszami umowy ACTA jest wiele krajów: USA, Japonia, Kanada, Australia, większość krajów UE. Czyli wszystkie kontynenty i kultury. Jest to o tyle ważne, że wolność w różnych miejscach może być różnie postrzegana. Ma inną historię.
W Polsce akurat wolność jest etosem, wartością, o którą się walczy. Począwszy od powstań, zaborów przez wojnę, aż do Solidarności. Ten element historyczny sprawia, że walka o wolność staje się polityczna, zaczyna dotyczyć władzy. Pojawiają się kolejne skojarzenia – na przykład z cenzurą. Samo słowo ACTA jest dla Polaków mocno rezonujące. Kojarzy się aktami, lustracją, spiskiem. Zresztą, cała kultura rockowa, która rodziła się w Polsce w latach 80-tych, była walką o wolność artystyczną, walką z systemem. I dziś ci sami ludzie – Zbigniew Hołdys czy Kora – mogą mieć dylemat, po której stronie się opowiedzieć. Czy po stronie wolności totalnej, czy respektowania praw własności artysty? W pewnym sensie jest to walka między wolnością intelektualną a wolnością uniwersalną.
W krajach, które aprobują ACTA protestów społecznych jest mniej. Wynika to zapewne z większego zaufania wobec działań polityków i władzy. Stany Zjednoczone są w stanie przekonać swoich obywateli, że ACTA służy społeczeństwu, zapewnia im bezpieczeństwo, chroni dorobek intelektualny i artystyczny. W naszym kraju brak zaufania do władzy rodzi w tym przypadku raczej podejrzenia, lęki i obawy, że wykorzystanie ACTA będzie służyło raczej do działań przeciw obywatelom.
Można się zastanawiać, dlaczego młodzi nie wyszli na ulice z powodu umów śmieciowych. Odpowiedź jest prosta. Debata o internecie jest dla nich „tu i teraz”. To teraźniejszość i codzienność, w której żyją. Teraz chcą oglądać ściągane z sieci seriale i muzykę. Natomiast problem umów śmieciowych pewnie bardziej martwi ich rodziców. Bo jak dwudziestokilkulatek ma się zastanawiać, co się stanie za 50 lat albo jaką będzie miał emeryturę? Dopiero kontekst sprawia, że zaczyna się myśleć w pewnych kategoriach.
Dziś młodzi z kwestiami zatrudnienia radzą sobie na własny sposób – pracują w wielu miejscach, czasem na czarno, tak samo, jak studiują kilka kierunków na raz. Nic dziwnego, że często są bezrefleksyjni. Obowiązuje przecież kultura tzw. „fluorescencyjnego pisaka” – czytam tylko to, co jest zaznaczone. W ten sposób ucieka kontekst. Nikt nie szuka źródeł, tylko opracowań. I stąd też ogromna rola mediów w tłumaczeniu świata. Widać to też przy proteście dotyczącym ACTA.
Dyskutuje się na ten temat na podstawie wtórnych tekstów medialnych. Mało kto sięga po pierwotne źródło, ale czyta komentarze medialne do aktów prawnych. A później komentarze do komentarzy. To niestety specyfika funkcjonowania współczesnej kultury i mediów. Na jednych zajęciach zapytałam studentów o poglądy na temat in vitro. Każdy miał jakieś. W większości oparte o doniesienia różnych mediów. Ale czy ktoś odniósł się do którejś z propozycji partyjnych, był na stronie Jarosława Gowina czy Małgorzaty Kidawy-Błońskiej? Okazało się, że nie.
Może więc w tej walce o ACTA widać zalążki kiełkującej obywatelskości młodych ludzi? W naszej współczesnej kulturze łatwo jest protestować. Zygmunt Bauman – komentując protesty pod Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej – określił to zjawiskiem roju. Jak to działa? Tak jak w naturze. Ludzie przyjdą w jedno miejsce, pobzyczą w tych rojach. Ale za chwilę wrócą do swoich spraw, rozproszą się. A miodu z tego za wiele nie będzie.
*dr Małgorzata Bogunia-Borowska – socjolog kultury i mediów, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jej zainteresowania naukowe i badawcze dotyczą współczesnych procesów kulturowych i społecznych oraz społeczeństwa konsumpcyjnego. Autorka i redaktor wielu książek m.in.: „Dziecko w świecie mediów i konsumpcji”, „Socjologia codzienności”, „Barwy codzienności. Analiza socjologiczna”.
Opracowanie i redakcja: Aleksandra Kaniewska.
