Dopóki nie zaczniemy doceniać swojego państwa, jego instytucji i osiągnięć, nadal będzie ono znaczyć dla Polaków byt abstrakcyjny
Polacy nie ufają nie tylko sobie, ale i krajowym instytucjom. Parlament Europejski w rankingu instytucji cieszących się zaufaniem rodaków niemal dwukrotnie bije nasz krajowy Sejm (21,6 do 13,2 proc. wg „Diagnozy Społecznej 2011” prof. Janusza Czapińskiego).
Na płaszczyźnie relacji osobistych, Polki i Polacy wolą zakładać raczej złą wolę współbraci, przypisując sobie nawzajem niecne motywy. Tylko 13 proc. z nas zdecydowanie sądzi, że ludzie najczęściej starają się być pomocni. Ten odsetek sytuuje nas na poziomie takich krajów UE, jak Bułgaria i kryzysowa Grecja (za: „DS 2011”).
Również badania „European Social Survey” (2008) wskazują, że zajmujemy jedno z ostatnich miejsc pod względem zaufania społecznego. Do liderów, gdzie kapitał społeczny mierzony poziomem zaufaniem osiąga szczyty naszych marzeń – Danii, Norwegii czy Finlandii – jeszcze wiele nam brakuje. Tymczasem to te kraje postrzega się jako państwa wzorcowo opiekuńcze, przerośnięte czy, zdaniem neoliberałów, przeregulowane.
Najbezpieczniej jest z rodziną, mimo że z nią najlepiej wypada się na zdjęciach. Całkiem nieźle z sąsiadami. Jeżeli osiągamy sukcesy, są to sukcesy indywidualne, nigdy grupowe lub tym bardziej państwowe. Autorzy „Diagnozy…” podsumowują nasze małżeństwo z rozsądku z państwem w następujący sposób: „Polacy opanowali nieźle sztukę gry z państwem i w związku z tym widzą coraz słabszy związek między tym, co robi państwo (władze), a tym, jak wygląda ich własne życie” (zob. „DS 2011”, s. 353).
Jak w takich warunkach możemy „uskuteczniać” nasze państwo?
Zwykło się twierdzić, że polityka podatkowa to jeden z głównych wyznaczników suwerenności państwowej. Szacunek i zaufanie działają w obie strony. Jeżeli podatki są złem samym w sobie, złem koniecznym i jako takie są w ten sposób przedstawiane, nawet przez urzędujących władyków, nie ma mowy o długofalowej polityce zaufania. Jeżeli cenimy nasze państwo, jesteśmy w stanie na nie łożyć, jak na edukację naszych dzieci. Bo gdy nas nie będzie, pozostaną dzieci i pozostanie również państwo. „A troska o trwanie najwyraźniej odróżnia cywilizację od barbarzyństwa”, za Cyceronem sparafrazuje francuska filozofka społeczna Chantal Delsol („Czym jest człowiek. Kurs antropologii dla niewtajemniczonych”, s. 63). To dlatego przed wybuchem II wojny światowej czy jeszcze wcześniej przed odzyskaniem niepodległości, polskie rodziny potrafiły zdobywać się na gest przekazywania precjozów i innych kosztowności na różnego rodzaju fundusze zapomogowe dla wojska lub przyszłej państwowej armii.
Wszyscy wiemy, że od państwa powinniśmy wymagać „szczelności systemów”, zbilansowanego budżetu, dyscypliny finansowej, silnej armii, edukacji na najwyższym poziomie, zdolnej konkurować z ośrodkami pokroju MIT, Harvard czy Oksford. Tylko kto za to zapłaci? Prawicowi publicyści lamentują nad niskim przyrostem populacji, jednocześnie gloryfikując neoliberalne podejście do gospodarki w stylu ciąć – ciąć – ciąć i politykę austerity. Gdzie tu konsekwencja?
Ostatnie wypadki ws. ACTA zmusiły nas do spojrzenia na kwestie uregulowania zasobów kultury w internecie. Jeżeli chcemy, by kultura była w jakiejś istotnej części wyłączona z obiegu rynkowego, musimy ją dodatkowo subwencjonować. Korporacje nie będą dotować sztuki lokalnej (zbyt mały target), kultury wysokiej (dla przypomnienia, pojęcie to różnicuje np. Konwickiego i Dodę) czy generalnie kultury przynoszącej mały obrót finansowy.
Tymczasem to nie kto inny, ale politycy, posiadający jedynie skutecznie zweryfikowany mandat do rządzenia, są w stanie uwiarygodnić nasze państwo w grze o globalnym zasięgu. „Gdyby nie dotacje od rządów, koszt bankructwa całego sektora finansów byłby ciosem dla światowej ekonomii”, pisał dla Instytutu Obywatelskiego ekspert MFW Mark Allen. Bo koniec końców, wiążącą odpowiedzialność i polityczne ryzyko mogą wziąć na siebie tylko politycy. Allen puentuje: „Kryzys finansowy to przede wszystkim porażka polityków, którzy nie potrafili ustanowić właściwych zasad dla prawidłowego funkcjonowania sektora finansowego”. Na tym przykładzie widać, że „to politycy stają się dziś zasadniczymi aktorami w toczącej się grze – twierdzi z kolei prof. Paweł Śpiewak – Od ich poczucia rzeczywistości, umiejętności podejmowania decyzji zależy niesłychanie dużo”.
Nie od dziś wiadomo, że poziom zaufania do klasy politycznej od lat w Polsce jest na bardzo niskim poziomie. Stosunkowo dobrze wypadają na tym tle notowania polskich prezydentów. Dziś rzeczywistość wymaga od nas, byśmy poniekąd dozbroili i obudowali obywatelskimi inicjatywami nasze partie polityczne i samych polityków, bo tylko w ten sposób będą w stanie skutecznie walczyć z przeregulowanym systemem prawnym, zakusami części nieuczciwych koncernów czy nieetycznie postępujących bankierów. To nie oznacza przyzwolenia na regulacje typu Patriot Act, znacząco zawężające swobody i wolności obywatelskie.
Czy nie zinstytucjonalizowane ruchy społeczne, takie jak Occupy Wall Street, czy ostatnio bunt mas w obronie dokumentu, którego większość z protestujących nie widziała na oczy, i nie zapoznała się z dostępną argumentacją, mogą wnieść elementy konstruktywnej krytyki do debaty publicznej? Nic podobnego.
Ostatnie protesty raczej potwierdzają znaną od lat diagnozę naszego społeczeństwa, że jesteśmy zdolni do powszechnych zrywów, nagłych zgromadzeń i spontanicznych protestów, a nie do konsekwentnego, skrupulatnego budowania instytucji od podstaw (por. s. 283 „DS 2011”). W tym sensie internet jako kolejne medium, które nam to ułatwia, nie wydaje się być nową płaszczyzną budowania czegoś trwałego. Czegoś, co się ostanie, z czym będziemy się utożsamiać. Dopóki nie zaczniemy doceniać swojego państwa, jego instytucji i osiągnięć, nadal będzie ono znaczyć dla Polaków byt czysto abstrakcyjny.
