Po czwarte, w kraju półperyferyjnym i technologicznie zacofanym, z ambicjami nadania „impetu cyfrowego” modernizacji, nieobecność państwa w obszarze „twardej” i „miękkiej” infrastruktury może doprowadzić do dramatycznej marginalizacji obszarów z dala od centrum (na co wskazują choćby doświadczenia fińskie); brak publicznie dostępnej sieci transportowej skaże liczne regiony na degradację – a także utratę potencjału gospodarczego, niezbędnego przecież, żeby wszystkie te cuda z podatków sfinansować.
Pewną nadzieję – i wyzwanie – stanowi modernizacja polskiej energetyki, która z przyczyn „obiektywnych” (wiek infrastruktury) musi nastąpić w najbliższych kilkunastu latach – sposób przeznaczenia (atom czy energia rozproszona) ogromnych środków publicznych (!) w tym obszarze zdecyduje nie tylko o polskim bilansie energetycznym i realizacji pakietu klimatycznego, ale o rozwoju bądź stagnacji poszczególnych wspólnot lokalnych i całych regionów.
Cztery powyższe, szkicowo zarysowane obszary, dotyczą funkcji publicznych, jakie w przewidywalnej przyszłości z konieczności wypełniać powinno – uwzględniając uwikłania polityki europejskiej – państwo narodowe. Związki z instytucjami unijnymi są tu oczywiste – na poziomie ram regulacyjnych, ale przede wszystkim środków, bez których np. obecne nakłady na budowę dróg czy remonty linii kolejowych byłyby nie do pomyślenia. Warto uzupełnić ten obraz o trzy uwagi, a raczej trzy warunki, bez których cała powyższa konstrukcja nie ma sensu.
Bez wzrostu gospodarczego nie ma (na polskim poziomie) mowy o istotnie zwiększonej redystrybucji ani inwestycjach rozwojowych – część z nich (np. budowa systemu rozproszonych źródeł energii) daje szanse na połączenie wszystkich tych czynników (miejsca pracy i produkcja, dowartościowanie zacofanych regionów).
Wzrostu gospodarczego ani trwałego rozwoju Polski nie będzie bez utrzymania jak największego budżetu wspólnotowego w okresie kryzysu – stąd zrozumiała i słuszna jest koncentracja obecnego rządu na pogłębieniu integracji gospodarczej, z zastrzeżeniem, o którym poniżej.
Integracja gospodarcza Europy powinna zmierzać w stronę budowy organizmu politycznego zdolnego oprzeć się wpływom rynków finansowych – zarówno wpływom doraźnym (wymuszanie polityk cięć pogłębiających stagnację poprzez terror ratingów), jak i długofalowym reperkusjom związanym z ich ekscesami (nacjonalizacja długów prywatnych, a w efekcie dramatyczny wzrost zadłużenia publicznego).
Bez ograniczenia „kapitalizmu kasyna” nie możliwy będzie stabilny (o zrównoważonym nie wspominając) rozwój ani poszczególnych państw, ani Unii jako całości. Realizacja tego celu wiąże się oczywiście z postępującym i trwałym wydelegowaniem suwerenności państwa narodowego na rzecz tworu, który w najbliższym czasie ma niewielkie szanse stać się demokratycznym państwem ponadnarodowym. Nie zmienia to faktu, że zrzeczenie się części suwerenności jest warunkiem, aby to państwo zachowało podmiotowość. Warto pamiętać, że w roku 1939 byliśmy wyjątkowo suwerenni.
Po co zatem państwo? Po to, żeby polityczna wspólnota, społeczeństwo, zbiorowość zamieszkująca te ziemie etc. mogła się cywilizować – tzn. stopniowo wychodzić ze stanu, w którym zwierzę słabsze pożerane jest (bądź eksploatowane) przez silniejsze. Żeby wolały one ze sobą kooperować niż się zagryzać. Żeby ta kooperacja była twórcza i (duszą wciąż autora miazmaty przemysłowego modernizmu) produktywna. I po to potrzebujemy państwa. Jeśli przy okazji uratuje kapitalizm, wybaczymy.
*Michał Sutowski – sekretarz redakcji „Krytyki Politycznej”, politolog, absolwent MISH UW


