Pole twórczej kooperacji

Michał Sutowski27/01/2012
Po co państwo?

Po co państwo? Żeby kapitalizm mógł przetrwać – to najoczywistsza odpowiedź, jaka nasuwa się po kryzysie roku 2008

Co prawda wolny rynek, o czym uczy nas Karl Polanyi, „organizowany” był zawsze i to organizowany politycznie, ale w czasach dominacji kapitalizmu finansowego wielu żyło złudzeniami, że systemowi gospodarczemu uda się wreszcie całkowicie oderwać od lokalnych, w tym politycznych kontekstów. Nie udało się – ostatecznie to państwa, na koszt swych podatników, wzięły na siebie długi prywatne „zbyt wielkich, by upaść” instytucji, w dużo mniejszym zaś stopniu długi drobnych konsumentów.

Gdy tak ukochana przez wolnorynkowców twórcza destrukcja okazała się mało twórcza, za to nazbyt destrukcyjna – państwo po raz kolejny dowiodło swej niezbędności. Niezbędności dla tego samego kapitalizmu, i tych samych „rynków”, które zresztą nie widzą potrzeby zwykłej wzajemności – choćby w postaci regularnie płaconych podatków, zamiast regularnych wezwań do kolejnych cięć.

Że kapitalizmowi państwo jest potrzebne, już wiemy. A obywatelom? Czy są jeszcze jakieś potrzeby inne niż zapewnienie płynności finansowej bankom, a które współczesne państwo mogłoby wypełnić? Jeśli rolę wspólnoty politycznej i jej instytucji rozumieć jako rolę cywilizującą „stan natury” (w Hobbesowskim rozumieniu, w wykładni rozszerzonej o konkurencję rynkową), rolę egalitaryzującą stosunki w „stanie natury” (prawem silniejszego) nierówne, to obszarów państwowych zadań należałoby wyróżnić co najmniej kilka.

Po pierwsze, utrzymanie monopolu na przemoc, jeśli już porzucamy marzenia o całkowitym jej wyrugowaniu z życia społecznego. Sprawa oczywista w czasach budowania definicji przez Maxa Webera, skomplikowała się dziś – w czasach rynkowych sukcesów korporacji Blackwater i rosnących jak grzyby po deszczu zamkniętych, strzeżonych przez prywatną ochronę osiedli. Ów monopol na przemoc instytucji publicznych stwarza szanse na równość najbardziej elementarną – wobec prawa i do ochrony życia, zdrowia, mienia. Równość zaburzoną przez wycofanie się państwa ze swoich elementarnych powinności, np. egzekucji prawa i prewencji jego łamania w przybliżeniu tych samych dla wszystkich.

Po drugie, redystrybucja kapitału kulturowego. Nie chodzi o mityczną „równość szans”, zgodnie z którą poprzez powszechnie dostępną edukację, wyścig szczurów (chomików?) stanie się sprawiedliwy. Chodzi o to, że kompetencje kulturowe (nie tylko „cyfrowe”), w dobie społeczeństwa informacyjnego, kapitalizmu kognitywnego, gospodarki opartej na wiedzy (przy całej nieścisłości socjologicznych formuł zużytych publicystycznie), stanowią warunek sine qua non minimalnego choćby rozpoznania własnych interesów, ergo, warunek konieczny partycypacji demokratycznej.

Zmniejszenie ogromnego dziś rozwarstwienia pod tym względem wydaje się trudne do pomyślenia bez jakiejś formy centralnego zarządzania choćby przepływem środków, nie wspominając o programach nauczania czy wytycznych współpracy między placówkami oświatowymi a instytucjami kultury (za którymi wytycznymi znów idą środki, jeśli cały proces ma zmniejszać a nie powiększać istniejące różnice w dostępie do kultury).

Po trzecie, zabezpieczenie społeczne, ochrona zdrowia i opieka – jedynie publiczne finansowanie usług zdrowotnych daje możliwość stworzenia systemu solidarnego, w którym najbiedniejsi i najbardziej chorzy nie ponoszą największych kosztów, lecz zależą one – w pewnych granicach – od naszych dochodów a nie schorzeń. Osobną kwestią jest charakter (komercyjny, non profit) świadczonych usług – doświadczenia amerykańskie wskazują jednak, że w dziedzinie ochrony zdrowia poszerzenie obszaru działalności nastawionej na zysk nie sprzyja ani równemu dostępowi do usług (co dość oczywiste), ani też globalnemu obniżeniu kosztów (co jest już oczywiste mniej, acz równie prawdziwe). Wciąż nie mówimy zbyt wiele o tym, jak wiele obszarów biopolitycznych otworzy się w efekcie rozwoju inżynierii genetycznej, transplantologii etc. – kwestia „państwo” czy „rynek” również nabierze nowych aspektów (dostęp do inżynierii genetycznej jako kolejne źródło nierówności).

W przypadku emerytur nikt (przynajmniej w Polsce) nie wierzy już, że fundusze kapitałowe zapewnią mu dostatnią jesień życia pod palmami. To dobry punkt wyjścia do przemyślenia systemu z większym udziałem państwa, zwłaszcza że demografia (kluczowy argument wrogów zasady repartycji) w Polsce stanowi ograniczony problem, jeśli wziąć pod uwagę żałośnie niską ilość osób pracujących w wieku produkcyjnym i wysoką – potencjalnie produktywnych emerytów.