Po pierwsze, to historia amerykańskich instytucji finansowych, które do czasów Ronalda Reagana a nawet George Busha seniora były restrykcyjnie kontrolowane przez rząd i instytucje nadzoru finansowego. Była to lekcja odrobiona przez USA po wielkim kryzysie z początku XX wieku. Instytucje spekulujące pieniądzem, zdominowawszy instytucje regulujące rynek finansowy, zablokowały możliwość interwencji państwa do momentu gdy wszyscy stanęli z kryzysem twarzą w twarz.
Nic też nie zapowiada, by sytuacja się zmieniła, bo polityka rządu USA wobec instytucji finansowych jest polityką uległości bez pomysłu. Podobnie zresztą ma się rzecz w Europie, która gotowa jest raczej regulować dług rządowy niż regulować ryzykowne operacje finansowe, z pożytkiem dla rynku. Gdy zaś tron władzy jest pusty, wygrywa tylko najsilniejszy. Jednostki słabsze przestają się liczyć.
Po wtóre grozi nam wzrost resentymentu, którego główną osią krytyki jest ów niedefiniowalny „neoliberalizm”. Skądinąd trafna krytyka instytucji finansowych i bezwładu rządów w zderzeniu z potęgą międzynarodowych korporacji stopniowo rozlewa się także i na całą rzeszę drobnych i średnich przedsiębiorców.
Tymi złymi są już nie tylko spekulanci i skorumpowani politycy. Żądny ofiar tłum gotowy jest zaliczyć do kategorii „neoliberałów” tych dających zatrudnienie sobie i innym współobywateli wytwarzających ogromną część wspólnego majątku. Pisał o tym niedawno Tomasz Kasprowicz w liście otwartym do Lecha Wałęsy. Grupy społeczne przestają postrzegać zinstytucjonalizowaną politykę jako miejsce prowadzenia sporu. Wychodzą na ulice, szukając nowych pól dla konfrontacji. Państwo ich zawiodło.
W końcu najpoważniejszą potencjalną konsekwencją jest upadek projektu europejskiego. Jaka instytucja wyższego rzędu zbawi Europę przed nią samą, jeśli obrócimy wszystkie argumenty polityczne w kalkulację finansową? Ostatecznie może ustrój polityczny Chin czy Indii jest dla nas bardziej opłacalny? To oczywiście pytanie retoryczne. Państwo ma służyć dając poczucie stabilności obywatelom, a dopiero w dalszej kolejności instytucjom finansowym.
Nie do końca możemy zapobiec powyższym zagrożeniom. One właśnie się realizują. Szukajmy więc wyjścia z tej sytuacji, zaczynając od trafnie sformułowanych problemów. Pytanie stawiające alternatywę: „rynek (filozofia nocnego stróża), czy państwo (rządy regulujące krzywiznę banana)” jest anachroniczne i przez to fałszywe. Próby rozstrzygnięcia tak postawionej alternatywy prowadzą śladami Viktora Orbána, który z partii liberalnej przeszedł na pozycje wprost przeciwne karząc podatkami korporacje międzynarodowe, idealizując mikro-przedsiębiorczość Węgrów na skalę narodową i polityzując niezawisłe instytucje państwa.
Trafne pytania poszukują odpowiedzi na dylematy: „w jakich obszarach państwo ma do odegrania rolę ledwie regulatora?”, „w których stymulatora rozwoju?” oraz „w jaki sposób wymusić skuteczną demokratyczną kontrolę i weryfikację osiąganych przez administrację państwa założeń?”. Złota zasada subsydiarności jako stale ponawiane pytanie o stosowny dla danej kwestii poziom politycznego zaangażowania jest również takim pytaniem.
W końcu ostatnie, trawestujące znane powiedzenie Havla: co w Europejskiej polityce wydaje się być dziś niemożliwe, a jest potrzebne? Jako Europejczycy porzuciliśmy myśli o rozszerzeniu na Wschód, uznaliśmy wspólne instytucje – w tym prezydenta i wspólnego reprezentanta ds. polityki zagranicznej – za polityczne kukły, tolerujemy w sercu kontynentu powrót resentymentalnej polityki nacjonalizmu przeciwnej nowoczesnym ideom liberalizmu, konserwatyzmu i socjalizmu. Pamiętajmy, że za realistyczną historia ostatecznie uznaje taką politykę, która wytrwale uprawiała sztukę tego, co niemożliwe.
*Wojciech Przybylski – wydawca „Res Publiki Nowej”, asystent naukowy w Katedrze im. Erazma z Rotterdamu UW, gdzie koordynuje Debaty Tischnerowskie


