Polityka nie bank

Wojciech Przybylski27/01/2012
Po co państwo?

Gdyby nie proces integracji z Europą, kierunek naszej transformacji mógłby równie dobrze przypominać bieg spraw białoruskich, rosyjskich – w najlepszym razie ukraińskich. O służebnej roli człowieka wobec państwa nadal tam nie zapomniano

Rolą państwa jest instytucjonalizacja rozpoznawalnych potrzeb wspólnoty, która je konstytuuje. Od tego jaką wspólnotą jesteśmy, jak samoświadomi jesteśmy względem własnych potrzeb i jak dalekosiężnie kreślimy plany, jak etyczne i silne duchowo oraz materialnie tworzymy wspólnoty – od tego zależy nasze istnienie i trwanie wśród innych wspólnot. To tworzy naszą polityczność.

Punkt odniesienia debaty o tym, co polityczne w ostatnich dziesięcioleciach w znacznym stopniu uległ przewartościowaniu. Centralną osią polityczności jest już nie tylko państwo rozumiane jako reprezentacja wspólnoty narodowej, ale w coraz większym stopniu ponadnarodowa konstrukcja Europy. Zasadnicze wyjaśnienie przyczyny zawiera się w lapidarnej uwadze Daniela Bella, że państwo narodowe jest zbyt duże do rozwiązywania problemów małej skali i zbyt małe do rozwiązywania problemów skali globalnej.

W przypadku Polski ma tu znaczenie jeszcze jeden czynnik. Gdyby nie determinacja do integracji z państwami europejskimi to potencjał modernizacyjny w kraju wyczerpałby się w miarę szybko po fali dosyć bolesnych, szokowych reform wprowadzanych od 1989 r. Dziś jednak ta sama Europa, która cywilizowała państwa z barbarzyństwa dzikiego rynku zmuszana jest do działania niemal wyłącznie przez nacisk ze strony rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że bezpośrednim impulsem reform w Polsce był katastrofalny stan finansów państwa, który oznaczał, że polityka uzależniona od zobowiązań społecznych musiała znaleźć sposób na finansowanie. Świadomie pomijam tu znaczenie moralnych postulatów i wewnętrznej presji społecznej. Politycy stojący u sterów władzy częściej skłonni są bowiem do działania pod wpływem utylitarnej filozofii niż kierując się abstrakcją „dobra wspólnego”.

To dlatego dla bezpieczeństwa jednostek i wspólnot najkorzystniej obrać demokrację każącą ważyć pożytki z punktu widzenia demosu i litery konstytucji. W krytycznym momencie zasadniczą troską Leszka Balcerowicza była użyteczność dla systemu finansów państwa, a w dalszym planie, jeśli w ogóle, użyteczność społeczna. Nikt inny nie potrafił wskazać lepszej drogi, ale szkody społeczne wynikające z jej obrania do dziś nie zostały podsumowane.

Moment kalkulacji ekonomicznej w sytuacji nowego otwarcia dla Polski stworzył centralną oś filozofii państwa, którą dziś generalizuje się do niewiele znaczącego pojęcia „neoliberalizmu”. Ujmując rzecz krótko, rząd gotów był, za przyzwoleniem społecznym wynikającym z nadziei na lepsze, racjonalizować każdy kierunek polityki społecznej, gospodarczej, kulturalnej i bezpieczeństwa, opierając się na prostej arytmetyce pytań: „za ile?” i „dla ilu?”. Prostą pochodną takich kalkulacji był towarzyszący erozji etosu służby publicznej wzrost korupcji – nie tylko zresztą w Polsce.

Ratunkiem dla filozofii państwa okazała się być integracja europejska wymuszająca przyjęcie standardów opartych o zupełnie, powiedziałbym, normalne, ludzkie kryteria zachowujące ciągłość cywilizacyjną Zachodu, o której pamięć w Polsce się zacierała. Gdyby nie proces integracji z Europą, kierunek naszej transformacji mógłby równie dobrze przypominać bieg spraw białoruskich, rosyjskich, w najlepszym razie ukraińskich. O służebnej roli człowieka wobec państwa nadal tam nie zapomniano.

Integracja europejska nie zawsze była ekonomicznie opłacalna. Dyktował ją plan sztywnych połączeń przemysłu ciężkiego, subsydia planu Marshalla i przeciętnie efektywnych funduszy strukturalnych. Ekonomia była narzędziem dla polityki i dobrze, gdyby wróciła na swoje miejsce. Szereg nieudanych szczytów państw UE, których świadkami byliśmy w ostatnim roku, jest symptomem odwrócenia porządku rzeczy. Banki i finansjera wymuszają bowiem działanie polityczne, którego efektem jest pożyteczna, ogólnie rzecz biorąc, dalsza integracja. Jednak inicjatywa, która niewątpliwie leży dziś po stronie ekonomii, przewartościowuje filozofię Europy w kierunku, z którego chcieliśmy się jako Polska zbawić.

Przemówienie berlińskie Radosława Sikorskiego rozkładającego akcenty pomiędzy aspekty pokojowe i finansowe właśnie o tych zmianach świadczy. Nikt nie wierzy w wojnę w sercu Europy. Plan Monneta i Schumana skutecznie ją uniemożliwił, ograniczając nawet faktyczną zdolność prowadzenia wojny przez Francję i Niemcy poza swoim terytorium do kuriozalnego minimum. Nikt więc na poważnie nie wziął przestróg przed konfliktem wewnętrznym. Wymowa wystąpienia, w zamierzeniu równo rozkładająca akcenty między aspekty moralne (kwestię pokoju i wojny) oraz utylitarne (ekonomiczne pożytki ze wspólnej Europy), została zdominowana przez sprawy pieniądza. Takim też staje się oficjalny język kontynentu.

Dalsza integracja, a więc budowa politycznej przyszłości Europy, przestaje wynikać już z projektu politycznego, a zaczyna poddawać się konieczności finansowej. W świecie, gdzie państwo czyli rząd i organy administracji nieźle radzą sobie we wszystkich pozostałych aspektach służby obywatelom, tworzy to nową, złą praktykę. Europa zaczęła obchodzić tylko tych, którym się to opłaca. Państwo, w szerszym sensie Unia Europejska, przestaje odgrywać symboliczną centralną rolę w kształtowaniu życia wspólnoty, a w ich miejsce robi to bank. Konsekwencje mogą być poważne.