Zwiedzał Pan też sporo polskich miast. Ma Pan swoje ulubione?
Lubię Warszawę, Gdańsk i Wrocław. Zrobiliście kawał dobrej roboty w utrzymaniu historycznych centrów miast, które służą jako takie symboliczne spoiwo dla mieszkańców. Nawet jeśli mieszkają w blokach na obrzeżach miasta, jest miejsce, które łączy wszystkich. Myślę, że polskie miasta rozwijają się najlepiej z całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Chociaż nie ma u was jeszcze tak żywej debaty, jak na Zachodzie, o tym, że przez tworzenie obszarów biedy miasta izolują ludzi. Myślę, że procesy urbanizacji i emigracji w Polsce będą dopiero zachodzić. I wtedy pojawi się u was problem „arrival cities”. Samorządy lokalne powinny więc zawczasu o tym pomyśleć. Zamiast bać się przepełnionych emigrantami miast, spójrzmy na różnorodność jako na najlepszy z motorów ich rozwoju.
A co z osiedlami komunalnymi? Z jednej strony, bardzo ich brakuje. Z drugiej, są obawy, żeby nie stworzyć podmiejskich gett.
Władze miejskie powinny pamiętać, że każda inwestycja w obszary komunalne zwiększa wartość nieruchomości. I tym samym, zwiększa szanse na stworzenie ciekawej, społecznej mieszanki. Podam przykład strategii, którą stosuje się od niedawna w Kanadzie i Holandii. Na istniejących już osiedlach komunalnych przygotowuje się inwestycję w kilkanaście droższych apartamentów: świetnie wyposażonych, w dobrej lokalizacji, np. na ostatnich piętrach. Remontuje się je i przygotowuje do sprzedaży. Kto miałby w nich mieszkać? Młoda klasa średnia, której nie stać na mieszkania w centrum. Czyli: ludzie przedsiębiorczy lub z duszą artystyczną, świeżo po studiach. Sprzedaż tych mieszkań pomaga sfinansować kolejne inwestycje w tym obszarze – park, plac zabaw, dobrą windę. Tworzy się zróżnicowana społeczność lokalna, która może otwierać sklepy, pracownie. Zaczyna kwitnąć biznes lokalny. To tzw. value capture instrument – alternatywna metoda finansowania publicznych inwestycji infrastrukturalnych. Inaczej: przechwytywanie wartości nieruchomości.
Jakieś znane miejsca, w których taka gentryfikacja biednych dzielnic się powiodła?
Świetnym przykładem są dawne, etniczne dzielnice londyńskie: Brick Lane czy Shoreditch. Albo Lower East Side w Nowym Jorku czy Spitafields Avenue w Toronto. W tych dzielnicach obok potomków dawnych emigrantów mieszka teraz młoda klasa średnia. To nowa inżynieria społeczna.
Co Pan myśli o Warszawie? To jedno z najszybciej zmieniających się polskich miast. Nie zawsze na lepsze, czego przykładem są często nietrafione projekty architektoniczne.
Warszawa to długa historia burzenia miasta i odbudowywania go w autorytarny sposób. Oczywiście, jest tu mnóstwo uroczych miejsc i dzielnic. Dla mnie jednak, tak w Warszawie, jak i w innych polskich miastach, problemem jest niewykorzystana przestrzeń. Badania miejskie wskazują, że mała gęstość zaludnienia nie wpływa dobrze na funkcjonowanie społeczności. Zwłaszcza, że każda okolica powinna mieć własną lokalną ekonomię. Wiele razy zdarzyło mi się odwiedzać w Polsce dwie osoby mieszkające na jednym osiedlu i wędrować od jednej do drugiej przez kilkanaście minut, nie widząc po drodze żadnego sklepu ani restauracji. To problem zwłaszcza blokowisk. Tam nie ma lokalnego życia społecznego, wszędzie trzeba dojeżdżać. Widzę tu pokłosie odgórnego planowania komunistycznego, które zakładało, że w jednym miejscu ludzie będą mieszkać, a w innym robić zakupy. A bawić się w jeszcze innym. Ale to tak nie działa. W centrum niepotrzebne są szerokie bulwary ze sklepami, bo w tygodniu nikomu nie będzie się chciało jechać tam po pracy, żeby zrobić zakupy.
Mieliśmy ostatnio gorącą dyskusję na temat centralnych punktów miast – czy powinny być ekskluzywne, dla najbogatszych, czy tańsze – dla wszystkich?
Na pewno nie chcecie tworzyć tzw. „efektu Moskwy”. Tam w centrach handlowych wszystko jest luksusowe, piękne i strasznie drogie. A już poza nimi, cała reszta obskurna i przygnębiająca. Tak naprawdę, warto zachęcać do tworzenia nieformalnych miejsc relaksu, handlu i rozrywki, miejsc zaskakujących i świeżych. Ludzie muszą mieć możliwość tworzenia własnej ekonomii lokalnej bez arbitralnie wyznaczonych zasad. To się naprawdę dobrze sprawdza. Należy zaufać młodym mieszczanom i ich intuicji.
*Doug Saunders – kanadyjski dziennikarz, europejski korespondent dziennika Globe and Mail, laureat National Newspaper Award, kanadyjskiego odpowiednika nagrody Pullitzera, autor książki „Arrival City: How the Largest Migration in History Is Reshaping Our World”
Zobacz także: Recenzja książki Paula Schaeffera „Druga ojczyzna. Imigranci w społeczeństwie otwartym” .


