Aleksandra Kaniewska: Ostatnie kilka lat spędził Pan w podróży po największych, najbardziej zatłoczonych miastach świata. Tak powstała książka „Arrival City: How the Largest Migration in History Is Reshaping Our World”. Gdyby miał Pan wybór: miasto czy wieś?
Doug Saunders: Zdecydowanie miasto. Uwielbiam ich energię. Wychowałem się w miastach. Najpierw mieszkałem w Toronto, w dzielnicy, którą dziś nazwałbym klasycznym „arrival city”, czyli „miastem przyjezdnych”. Za moich czasów była to okolica zamieszkana przez emigrantów z Portugalii, Włoch i Chin, w większości ze wsi i małych miasteczek. Później przeniosłem się do Los Angeles. Tam też osiedliłem się w dzielnicy mocno zróżnicowanej etnicznie, na południu miasta. Tak było po prostu taniej. A potem wylądowałem we wschodnim Londynie, w dzielnicy Tower Hamlets.
Ma Pan więc duże doświadczenie życia emigranta. Czy zmienia to perspektywę patrzenia na miasto?
Dla mnie było to ważną, a tak naprawdę główną, inspiracją do napisania książki. Bo zauważyłem pewien wspólny wzór, który funkcjonuje w miejskich skupiskach przyjezdnych. Czyli w tych miejscach, które w zależności od równoleżnika nazywa się slumsami, favelami, banlieue, dzielnicami biedy czy dystryktami dla kolorowych.
Kim są przyjeżdżający do „arrival cities”?
Najczęściej pochodzą z obszarów wiejskich. Tak było w Toronto, gdzie po II Wojnie Światowej masowo osiedlali się Portugalczycy, Włosi i Chińczycy. Żaden z włoskich emigrantów nie przyjechał do Kanady z Mediolanu czy Rzymu, ale z wiosek na Sycylii czy południu Włoch. Z kolei, w mojej dzielnicy w Los Angeles, do czasów zamieszek z 1992 roku mieszkali głównie Afroamerykanie. Po kilku latach, kiedy co bardziej zaradni czarnoskórzy mieszkańcy zaczęli przenosić się do spokojniejszych dzielnic i zasilili szeregi klasy średniej, okolica zapełniła się emigrantami z Ameryki Środkowej – Gwatemali, Hondurasu czy Salwadoru. I oni zaczęli tą swoją okolicą zarządzać w jeszcze inny sposób. Zamiast wynajmować, kupowali mieszkania, otwierali małe, rodzinne firmy. Zostali na dłużej, ale rozwinęli się. Stali się obywatelami miasta.
Przedmieścia jako narzędzie mobilności społecznej?
Dokładnie. Wtedy też zacząłem obserwować lokalną ekonomię przedmieść. Bo, niezależnie od kraju, te miejsca służą jako dosłowne i metaforyczne bramy do metropolii. Emigranci z reguły zakładają tu własne biznesy, wykorzystują rosnącą wartość lokalnych nieruchomości do umacniania swojej pozycji na rynku. Działają w oparciu o sieć lokalnych kontaktów. I w ten sposób budują dla kolejnych generacji trampolinę mobilności społecznej. Dzięki niej ich dzieci kończą studia i przenoszą się do lepszych części miasta.
Przedmieścia Toronto czy Los Angeles to jednak chyba nie to samo co kilkumilionowe slumsy w Indiach czy Bangladeszu.
Można tak na początku pomyśleć. Ale kiedy podróżowałem przez Indie, Iran, Chiny, Albanię czy Turcję, zacząłem dostrzegać, że nawet w dziko budowanych squatach emigrantów pod Tiraną, Istambułem i Bombajem, nawet w najbiedniejszych rodzinach, założenia domowych budżetów są takie jak u emigrantów z przedmieść w bogatych krajach. To wtedy stworzyłem sobie pewien zwyczaj. W każdym miejscu na świecie prosiłem ludzi, żeby pokazywali mi, jak wyglądają ich miesięczne budżety. Chciałem wiedzieć, ile pieniędzy zarabiają, ile wysyłają do swoich rodzinnych wiosek, a ile inwestują – w edukację, poprawę warunków życia, itp.
Książka „Arrival City” wywołała w Stanach Zjednoczonych duże poruszenie. Porównuje się ją do „The Death and Life of Great American Cities”, kultowej w latach 60. książki znanej urbanistki, Jane Jacobs. Pana obiektem zainteresowania są miasta, miejskie strategie czy ludzie?
Wszystko po trochu. Ta książka przygląda się ogromnym falom migracji ludzi do ośrodków miejskich – zarówno wewnątrz jednego kraju, jak i między granicami państw. Miasta funkcjonują przecież jak wielkie hale przylotów. Ja badam ekonomiczne mechanizmy, które działają w tych spontanicznie tworzących się skupiskach. Książka otwiera się historią 200-tysięcznego osiedla emigrantów, na obrzeżach chińskiego miasta Chongqing. Przez to miejsce przewijają się Chińczycy z okolicznych i dalszych wsi. A później przenoszę się do wschodniego Londynu, gdzie przyglądam się życiu emigrantów z Bangladeszu. Paralela między tymi dwiema, tak różnymi kulturowo, ale podobnymi pod względem ekonomicznych decyzji społecznościami, jest ewidentna.
W książce twierdzi Pan, że jednym z narzędzi społecznej mobilności, nawet dla indyjskich mieszkańców slumsów, jest wartość nieruchomości. Własność rynkowa w barakach w Indiach?
Podtrzymuję to, co napisałem. Nie mówimy jednak nawet o własności w sensie prawnym, tylko umownym. Nie zapominajmy, że taki 200-tysięczny slums czy osiedle emigrantów mają wewnętrzny, nieformalny rynek – usług, produktów, relacji. I jeśli ktoś jest właścicielem kawałka plastikowego dachu nad głową czy tekturowego namiotu, daje mu to możliwość spekulowania tą „własnością” – pożyczania na jej podstawie pieniędzy, czy szacowania wartości własnego biznesu, nawet jeśli polega on na sprzedaży dziesięciu melonów dziennie.
Tak myślę, że nawet z psychologicznego punktu widzenia, własność daje poczucie odpowiedzialności i celowości.
Dokładnie. Istnieje zresztą cała szkoła myśli ekonomicznej, którą zapoczątkował peruwiański ekonomista, Hernando de Soto. Według niego, zwolennika ekonomii nieformalnej, kluczem do sukcesu społeczeństwa jest prawo do własności. Peruwiańczyk twierdził, że reorganizując wielkie slumsy czy favele, można odblokować miliony dolarów. Jest w tym dużo prawdy. Chociaż ja zauważyłem, że nawet nieformalna własność daje niesamowite rezultaty. Takie „arrival city” świetnie funkcjonują w ramach swoich wewnętrznych rynków nieruchomości i usług, m.in. finansowych.
Pisał Pan kiedyś, co zostało uznane za kontrowersyjne, że w slumsach bardziej niż system toalet przydają się telefony komórkowe.
To była krytyka sposobów pomocy dla tych miejsc, stosowanych przez rządy i instytucje publiczne. Wiele osób nie rozumie, że ingerencja systemowa najczęściej zaburza wewnętrzną ekonomię takich dzielnic biedy. Podam przykład. Myśli Pani, że instalacja toalet w dobrze funkcjonującym, kilkusettysięcznym slumsie to dobrodziejstwo? Wcale nie! Dlaczego? Bo nagle miejsca mieszkalne obok toalet znacznie zyskują na wartości. Na tyle, że mieszkających tam ludzi nie jest już na nie stać. Równowaga zostaje zachwiana. Nikt na tym nie korzysta.
