Newsletter

Błagam, Pepe, odejdź

Artur Madaliński, 20.01.2012
Obrońcy, których jedyną bronią są chamskie ataki na nogi rywali, zawsze będą biegać po piłkarskich murawach

Futbol jest grą piękną także dlatego, że jest – lub chociażby bywa – elegancki. Oczywiście, na swój sposób, na tyle, na ile eleganckie może być wywiedzione z proletariackich angielskich podwórek ganianie za „kawałkiem skóry”. Kto był piłkarzem eleganckim? Wielu znam takich (chociażby Dennis Bergkamp, Michel Platini czy zmarły niedawno Socrates), ale to rzecz na wielką, odrębną całkowicie, opowieść.

Eleganccy bywali jednak i ci, którzy na boisku uchodzą za graczy najtwardszych – obrońcy. Nawet obsesyjnie zakręcony na punkcie swojej defensywy futbol włoski, futbol, w którym fetysz skuteczności i osiągania boiskowych celów silniejszy jest niż wszystko inne, dał światu obrońców tyleż nieustępliwych, co subtelnych. Giacinto Facchetti, Paolo Maldini czy (padnijmy na kolana!) Gaetano Scirea – to defensorzy, którzy swoją grę wynieśli w rejony niedostępne większości obrońców świata nawet dzisiaj.

Dlaczego są wielcy? Czy dlatego, że nie lekceważyli żadnego meczu, że byli niezłomni, że nie podstawiali nóg, a góry wstawiali tam, gdzie inni boją się nie tylko wetknąć nogę, ale nawet kiwnąć palcem? Owszem, również dlatego. Ale źródeł prawdziwej wielkości tych piłkarzy szukać należy w tym, że grali zgodnie z przepisami. Z maestrią godną wielkich artystów wyłuskiwali piłkę spod nóg nacierających napastników. Recz jasna, obrońcy, których jedyną bronią są chamskie ataki na nogi rywali, zawsze będą biegać po piłkarskich murawach.

Wielkim obrońcą nie będzie piłkarz Pepe, który w 67. minucie środowego El Clásico nadepnął na rękę leżącego Leo Messiego. Futbol to nie jest zgromadzenie zakonnic, prawda. Faktem jest jednak i to, że ostatni wyczyn Pepe  należał do najbardziej obrzydliwych. To nie był faul, to było chamstwo, które sędziowie powinni tępić z całą stanowczością. Odciskając swój but w dłoni Messiego, Brazylijczyk obnażył skalę swojej frustracji, powracającej z każdym udanym dryblingiem argentyńskiego geniusza.

„Pepe ma wszystko, Pepe – obrońca idealny, Pepe: piłkarz kompletny” – czytałem w prasie, kiedy przechodził do Realu Madryt. Opinie te – nawet jeśli nieco przesadzone – mają wiele wspólnego z prawdą. Képler Laveran Lima Ferreira (czyli Pepe) jest bardzo dobrym obrońcą, nigdy nie będzie jednak wielkim piłkarzem. Wielkość nie jest bowiem w futbolu jedynie funkcją zdobytych bramek, wygranych meczów czy występów w reprezentacji. To raczej coś mniej uchwytnego, ale też – paradoksalnie – łatwo zauważalnego. To coś, co nie pozwala Ci sfaulować wychodzącego na czystą pozycję rywala, coś, co hamuje Cię przed uderzeniem kogoś w twarz czy nadepnięciem ręki.

Pamiętam ostatni mecz Paolo Maldiniego w barwach Milanu – osiemdziesiąt tysięcy tifosi stało z napisami „Paolo, la nostra gloria” i biło brawo kapitanowi ich drużyny. Smutna, przejmująca uroczystość, która umocniła legendę wielkiego obrońcy. Nie jestem pewien, czy nie słyszałem okrzyków „santo subito!”. Maldini długo stał z pochyloną głową, zanim zdjął swoją opaskę i ruszył w stronę szatni. Schodząc z murawy, il capitano żegnał się z kolegami – uścisnął dłoń każdemu, od trenera Ancelottiego po klubową sprzątaczkę. Maldiniemu rękę chciał podać każdy, bo szanowali go wszyscy, łącznie z odwiecznymi rywalami z Interu, opętanymi kibicami Lazio i napastnikami wszystkich chyba drużyn świata, którym skutecznie uprzykrzał życie.

Kto będzie chciał podać rękę piłkarzowi Pepe?