Newsletter

Droga Krzyżowa Mitta Romney’a

Kazimierz Bem, 19.01.2012
Nawet jeśli Romney zdobędzie Florydę i Południową Karolinę, to musi się liczyć z tym, że przynajmniej połowa delegatów na partyjną konwencję będzie mu nieprzychylna

Marlborough, 18 stycznia 2012

Choć wielu publicystów odtrąbiło zwycięstwo Mitta Romeny’a w republikańskich prawyborach, to przed tym politykiem jeszcze długa i bolesna droga do nominacji, o prezydenturze nie wspominając. Nawet wycofanie się z wyścigu kolejnych kandydatów nie ułatwia sprawy tak bardzo, jak by się mogło zdawać.

Mitt Romney rzeczywiście wygrał prawybory w stanie New Hampshire. W przeciwieństwie do Iowa, prawybory w New Hampshire są zazwyczaj dużo bardziej reprezentatywne dla reszty USA. Ale uzyskanie przez niego niemal 40 proc. głosów trudno uznać za miażdżące zwycięstwo. W pewnym sensie można powiedzieć, że Romney zyskał „tylko” 40 proc. To stan bardzo liberalny światopoglądowo, w dużej mierze świecki, gdzie największym Kościołem jest Zjednoczony Kościół Chrystusa (UCC), w którym służę. Romney ma tutaj dom (jeden z kilku) i był gubernatorem sąsiedniego stanu. Wyborców dużo bardziej interesowały sprawy gospodarcze niż kwestia jego religii czy podejście do małżeństw jednopłciowych – notabene w New Hampshire legalnych.

Teraz prawybory przeniosą się do ultrakonserwatywnej Południowej Karoliny. Republikańskie prawybory słyną tu z tego, że są niezwykle brutalne i „brudne”. Kilkanaście lat temu mieszkańców stanu obudził telefon z pytaniem, czy senator z ich stanu może wątpić w bóstwo Jezusa Chrystusa – kandydat był Żydem i wybory po takim telefonie przegrał. Zwolennicy G.W. Busha w 2000 roku sugerowali, że senator McCain miał pozamałżeński romans i McCain prawybory oczywiście przegrał.

Południowa Karolina to teren dla Romney’a trudny: dominują konserwatywni baptyści i metodyści, którzy mormonów uważają za inną – i oczywiście złą – religię. Wcześniejsze liberalne zachowania Romney’a, gdy był gubernatorem Massachusetts, są dla nich obrazą, pomimo tego, że Romney, kandydat na prezydenta, się od nich dystansuje. Zobaczymy, czy uda mu się pozyskać wyborców z południa USA.

Ale to nie kwestie religijne czy światopoglądowe są dla Romney’a największym problemem, ale sama Partia Republikańska. Po 2007 roku zachwyceni ruchem Partii Herbatkowej, bossowie partii pozwolili, by w większości stanów głosy delegatów były dzielone proporcjonalnie, a nie według zasady „zwycięzca bierze wszystko”. To, co miało być demokratyzacją partii, obróciło się przeciwko niej samej, bowiem wyborcy okazali się dużo bardziej radykalni od samych bossów. Nawet jeśli Romney zdobędzie Florydę i Południową Karolinę, to musi się liczyć z tym, że przynajmniej połowa delegatów na partyjną konwencję będzie mu nieprzychylna. Czy nie spróbują go w ostatniej chwili pozbawić nominacji? Albo inny dylemat: czy nie narzucą mu wiceprezydenta?

Drugim problemem jest Ron Paul. Choć to elokwentny polityk o nieskazitelnej konsekwencji, im dłużej pozostaje w wyścigu, tym bardziej wymusza na Romney’u zajęcie coraz to bardziej prawicowych pozycji w kwestiach gospodarczych. Paul chce nie tylko wycofania wojsk z Iraku i Afganistanu, ale także radykalnego zlikwidowania rządu federalnego. Jego szanse na nominacje są żadne, ale Romney chcąc mu odebrać wyborców, musi przejąć część jego programu, licząc się z tym, że potem o tym cichutko zapomni. Problem w tym, że jako polityk zmieniał zdanie już tyle razy w każdej istotnej sprawie, że trudno mu będzie zrobić to ponownie, nie narażając się na zarzut bycia koniunkturalistą. Sprzyjający republikanom tygodnik „The Economist” próbuje go ratować, nazywając to „pragmatyzmem”, ale nawet sam zainteresowany przyznaje, że po tylu woltach nikt tak naprawdę nie wie, jakie poglądy ma „kandydat Mitt Romney”.

Wreszcie, największym problemem okazał się wyrok republikańskich sędziów Sądu Najwyższego. W 2010 roku w wyroku Citizens United, większością 5 do 4 głosów, sędziowie uznali, że nakładanie restrykcji na wielki biznes w kwestii ilości pieniędzy, jakie można podarować w kampaniach wyborczych, jest niekonstytucyjne. Republikanie piali z zachwytu, gdyż wielu miliarderów, w tym bracia Koch, dostali tym samym nieograniczoną możliwość dotowania swoich kandydatów. Teraz orzeczenie mści się na Romney’u. Dlaczego?

Oprócz normalnych pieniędzy na kampanię pod nadzorem sztabu kandydata (gdzie są limity darowizn od koncernów) powstały tzw. PACu, popierające kandydatów „organizacje społeczne”, których te limity nie obowiązują, i nad którymi kandydaci nie mają – albo nie powinni mieć – kontroli. PACu są dużo bardziej prężne i to one finansują spoty reklamowe. Spoty zaś są dla Romney’a bezlitosne: pokazują, oczywiście w tendencyjny sposób, jak kierowana przez niego firma Blaine kupowała inne firmy, zwalniała setki pracowników i w ten sposób je „restrukturyzowała”.

W Południowej Karolinie, gdzie bezrobocie sięga 9 proc., niedługo wyświetlany będzie film „Mit przyjeżdża do miasta”. Jego „dokonania” w jednym z amerykańskich miasteczek ujrzą światło dzienne. Romney’owi nie pomogły również gafy, gdy zwierzył się, że „lubi zwalniać pracowników”.

Niegdyś o republikańskich prawyborach mówiło się, że są szybkie i brudne. Jak na razie o kampanii Romney’a można powiedzieć tyle, że jest długa, nudna i zaczyna się robić krwawa. A demokraci tylko zacierają ręce…