Republikanie o Europie i Unii

Dominika Sztuka19/01/2012

Po raz pierwszy w historii amerykańskich wyborów prezydenckich, Europa stała się jednym z głównych tematów trwających właśnie prawyborów w Partii Republikańskiej. Dodajmy: ilekroć w USA w debacie publicznej pada słowo „Europa”, często oznacza ono Unię Europejską.

W republikańskiej debacie bynajmniej nie chodzi o podkreślanie znaczenia transatlantyckich relacji Starego Kontynentu i Nowego Świata. Pretendenci do przejęcia sterów w Białym Domu straszą wyborców Unią Europejską oraz odżegnują od głosowania na Baracka Obamę, przedstawiając go jako przyjaciela europejskich stolic, który ma usiłować wcielić w życie w Stanach Zjednoczonych – kolebce kapitalizmu – nieudany europejski model państwa dobrobytu. Republikanie przedstawiają Europę jako bankruta – zarówno pod względem ekonomicznym, jak i moralnym, z którym USA, jeśli nie chcą podzielić jej losu, nie powinny mieć nic wspólnego.

Trzeba przyznać, iż z wyborem retoryki republikanie trafili na podatny grunt: sondaż przeprowadzony przez Instytut Gallupa w połowie grudnia zeszłego roku pokazał, iż ponad 70 proc. Amerykanów nie uważa kryzysu w Europie za istotny problem oraz nie popiera udziału USA w próbach uzdrowienia sytuacji w UE. Nie dziwi więc to, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się być zupełnie niemożliwe.

Główna fala krytyki w stosunku do urzędującego prezydenta Obamy nie dotyczy znienawidzonego przez republikanów planu stymulującego czy też reformy systemu zdrowia (tzw. „Obamacare”). Nie skupia się również na polityce zagranicznej czy bezrobociu, które sięga dziś za oceanem 9 procent, ani nawet na 15 bilionach dolarów długu publicznego. Główny zarzut wobec Baracka Obamy to bycie zbyt europejskim, a za mało amerykańskim. Logika republikańskich kandydatów jest prosta: Obama nie powinien być prezydentem USA, ponieważ nie wierzy w amerykańską wyjątkowość oraz w szczególną rolę, jaką Stany mają do odegrania w świecie.

„Obama uważa, że rząd jest odpowiedzią na wszystkie problemy – myli się. Wygląda na to, że inspiruje go Europa. Europa nie działa nawet w Europie, tutaj nie zadziała tym bardziej. Ja wierzę w Amerykę i w amerykańskie rozwiązania” – po wypowiedzeniu tych słów na wiecu wyborczym w Miami w listopadzie ubiegłego roku, Mitt Romney, główny pretendent do otrzymania nominacji z ramienia Partii Republikańskiej, mający również bardzo duże szanse na pokonanie Obamy w ostatecznym starciu, miał problem z kontynuowaniem swojego przemówienia – aplauz ze strony jego zwolenników zagłuszał jego kolejne słowa przez kilkadziesiąt sekund. „Obama jest dla Europejskich liderów zbyt »milusiński«” – powiedział Romney miesiąc później.

Za faworytem prawicowej batalii bardzo szybko podążyli jego kontrkandydaci. „W przeciwieństwie do prezydenta Obamy, ja studiowałem historię – historię Ameryki” – wtóruje Romneyowi Newt Gingrich, były spiker Izby Reprezentantów i jeden z najbardziej wpływowych republikanów spośród pretendentów do prezydenckiej nominacji. Za to jedyna kobieta uczestnicząca w wyścigu do Białego Domu, Michele Bachmann, nawiązuje do poczucia amerykańskiej wyjątkowości, którego Obama ma nie przejawiać: „prezydent Obama odbywając kolejne wizyty zagraniczne przeprasza za Amerykę, ja nie zamierzam nikogo przepraszać za mój kraj”. Z kolei najbardziej konserwatywny spośród wszystkich kandydatów GOP („Grand Old Party”, republikanie – przyp. red.), senator z Pensylwanii Rick Santorum, straszy wyborców: „chcecie zobaczyć, jaką Amerykę szykuje dla was prezydent Obama? Jedźcie do Grecji”.

Republikanie zdają sobie doskonale sprawę, iż w trudnych ekonomicznie czasach wyborcy wybiorą tego kandydata, który zaprezentuje im lepszą perspektywę wyprowadzenia ich kraju z powrotem na drogę dobrobytu. Dlatego wręcz prześcigają się w straszeniu Amerykanów Unią Europejską oraz w utrwalaniu wizerunku Obamy jako tego, który przeniesie rozwiązania ze „zbankrutowanej” Europy do Ameryki.

Również stosunek republikańskich kandydatów do samego kryzysu trwającego w Europie odbiega znacznie od stanowiska administracji prezydenta Obamy. Zarówno urzędujący prezydent, jak i jego główny konkurent Romney zgadzają się, iż wydarzenia w Europie mają olbrzymie znaczenie dla globalnej oraz amerykańskiej gospodarki oraz że uzdrowienie sytuacji na Starym Kontynencie leży w interesie USA. Radykalnie różni ich jednak stosunek do roli, jaką Ameryka miałaby odegrać w walce z kryzysem europejskim. Prezydent Obama zapowiedział bowiem w listopadzie przewodniczącemu Rady Europejskiej, Hermanowi van Rompuyowi, iż Stany Zjednoczone są gotowe pomóc Unii Europejskiej w uzdrowieniu sytuacji. Żadne konkretne propozycje jednak nie padają, choćby dlatego, iż nie jest to możliwe bez zgody Kongresu, gdzie republikanie posiadają większość w Izbie Reprezentantów i bez wątpienia zablokowaliby wszelkie próby zmierzające w tym kierunku. Ponadto, a może przede wszystkim, biorąc pod uwagę negatywny stosunek opinii społecznej, Barack Obama decydując się na taki krok zapewne utraciłby swoje ciągle dość duże szanse na reelekcję w nadchodzących wyborach.

Republikanie robią jednak co w ich mocy, ażeby przedstawić prezydenta Obamę jako chętnego do kolejnego nadszarpnięcia budżetu USA w celu sfinansowania zadłużenia państw UE. Podczas listopadowej debaty prezydenckiej w Michigan Rick Perry, gubernator Texasu, stwierdził: „kryzys zadłużenia w Europie? To nie nasz problem. Niech Europa sama pomoże Włochom czy Grecji”. Dotychczasowy faworyt republikańskiej batalii o prezydencką nominację również nie pozostawia żadnych złudzeń w tej kwestii – „ani centa na pomoc Europie” – powiedział przed styczniowymi prawyborami w stanie Iowa.

Co warte podkreślenia, w postrzeganiu republikańskich kandydatów Unia Europejska to nie 27 państw członkowskich, ale ciągle przede wszystkim tzw. „stara” Unia, składająca się z państw Europy Zachodniej i Południowej, z tradycyjnie wyodrębnioną z niej Wielką Brytanią, ale również – co ciekawe – Europą Środkową. Szczególne znaczenie przypisują republikanie Polsce, podkreślając jak ważne z perspektywy amerykańskich interesów mają być stosunki na linii Waszyngton-Warszawa. Tzw. reset w relacjach amerykańsko-rosyjskich Rick Perry nazywa „policzkiem wymierzonym naszym tradycyjnym sojusznikom, takim jak Polska”. Podobnego zdania jest Mitt Romney, zagorzały przeciwnik polityki administracji Obamy w stosunku do Rosji, która miałaby odbywać się kosztem „sprawdzonych przyjaciół Ameryki”.

Czy obecna sytuacja może mieć negatywny wpływ na stosunki USA-Europa? W zakresie relacji stricte polityczno-militarnych zapewne stosunki transatlantyckie nie ulegną pogorszeniu. Należy bowiem pamiętać, że każda kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Po wyborach, nawet zakładając zwycięstwo republikańskiego kandydata, retoryka „ostygnie”, sytuacja wróci do normy i będziemy mieli do czynienia z business as usual, gdzie amerykańskie problemy wewnętrzne staną się ważniejsze od wszelkich innych. Nie wolno zapominać i o tym, że USA oraz państwa europejskie wspólnie tworzą NATO, z czego z kolei wynikają wspólne dla nich interesy i zagrożenia. Tych ostatnich może być jeszcze więcej, zważywszy na niespokojną sytuację na Bliskim Wschodzie oraz coraz bardziej napięte stosunki Iranu z państwami zachodniej hemisfery, a w szczególności z USA.

Na płaszczyźnie socjologicznej relacje te mogą jednak ulec pogorszeniu. Nigdy wcześniej w Stanach nie przedstawiano Europy czy Europejczyków oraz wszystkiego, co europejskie w tak czarnych barwach, jak obecnie. Trwająca kampania wyborcza za oceanem unaoczniła różnice pomiędzy społeczeństwami USA i Europy, a przede wszystkim rosnące rozbieżności w kwestii wartości, kultury czy religii. A przecież przez dziesięciolecia te właśnie kwestie stanowiły podstawę do współpracy między państwami Zachodu oraz odróżniały je od reszty świata.


*Dominika Sztuka – ekspertka ds. polityki wewnętrznej oraz zagranicznej USA; stypendystka programu „FPI Spring Internship 2011” – think tanku Foreign Policy Initiative w Waszyngtonie, współpracuje z licznymi instytucjami życia publicznego w Polsce i za granicą, w tym z Klubem PO-PSL w Parlamencie Europejskim