Podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej lider centroprawicowej Partii Ludowej (PP), Mariano Rajoy, na wszelkie możliwe sposoby unikał konkretów. Nie mówił więc m.in. o planach cięć wydatków budżetowych, jakie przygotowała jego partia w przypadku wygranej. Na pewno wyciągnął wnioski z wcześniejszych wyborów w Wielkiej Brytanii. Tam zbytnia szczerość Davida Camerona kosztowała konserwatystów większość w Izbie Gmin. Hiszpańska Partia Ludowa taką większość uzyskała, a Hiszpanie, niedługo po tradycyjnie bogatym w prezenty święcie Trzech Króli, dostali od swojego nowego premiera niemiły prezent w postaci planu cięć wydatków oraz podwyżek podatków.
Hiszpanów szczególnie zaboli podwyżka stawek podatku dochodowego, która dotknęła wszystkich podatników, choć w większym stopniu tych najbogatszych.Osoby zarabiające powyżej 300 tysięcy euro rocznie będą płacić aż o 7 punktów procentowych więcej niż do tej pory. I tak na przykład piłkarze FC Barcelony oddadzą fiskusowi aż 56 proc. swojej pensji. Redukcje wydatków czekają ministerstwa rozwoju, przemysłu, gospodarki i spraw zagranicznych. Rząd obciął również subwencje dla partii politycznych, związków zawodowych, a także zamroził płace i wydłużył tydzień pracy pracownikom administracji publicznej. Przekaz jest jasny – wszyscy wspólnie muszą ponieść ciężar reform i oszczędności.
Plan rządu spotkał się z chłodną reakcją rynków finansowych oraz agencji ratingowych. Te uznały, że w niedostatecznym stopniu promuje się wzrost gospodarczy, a same cięcia mogą jedynie pogłębić recesję. Standard & Poor’s obniżył rating Hiszpanii do poziomu A, czyli takiego, jaki ma obecnie Polska. Zresztą, gospodarki obu krajów przebyły ciekawą, ale jakże różną drogę. Jeszcze w 2009 roku Hiszpania miała najwyższe z możliwych AAA, a teraz jej ostatnie A ma dodatkowo negatywną perspektywę.
Uspokojenie rynków finansowych jest obecnie absolutnym priorytetem rządu (oprócz walki z bezrobociem). W najbliższym czasie będzie on musiał wyemitować nowe obligacje na wykup długu zapadającego w pierwszym kwartale. Stworzyło to nowy hiszpański obyczaj – informacje o zmianach cen obligacji, kiedyś interesujące jedynie specjalistów, dziś znajdują się wśród głównych newsów wiadomości telewizyjnych i na pierwszych stronach dzienników. Hiszpanie śledzą przede wszystkim tak zwaną „premię za ryzyko”, czyli różnicę w oprocentowaniu ich dziesięcioletnich obligacji wobec uznawanych za bezpieczne obligacji niemieckich. Tuż po wyborach różnica wynosiła już ponad 4 proc., a koszt obsługi nowego długu aż 6 proc. rocznie. Dla porównania, polskie Ministerstwo Finansów sprzedało w tym samym czasie dziesięcioletnie obligacje z oprocentowaniem 5,25.
Aby uniknąć kolejnej obniżki ratingu, a w konsekwencji wyższego kosztu obsługi zadłużenia, rząd musi ograniczyć nadmierny deficyt budżetowy, do którego przyczyniły się głównie Regiony Autonomiczne. Hiszpania jest krajem bardzo zdecentralizowanym i każdy region (np. Katalonia lub Andaluzja) ma swój własny rząd i budżet. Długo przed kryzysem wiele z regionów prowadziło nieodpowiedzialną politykę finansową – uchwalając wysokie wydatki publiczne na niekoniecznie potrzebne inwestycje, często z korupcją w tle. Przykład?
W zadłużonym po uszy regionie Walencji hiszpańscy podatnicy nadal płacą za nieprzydatne lotnisko w Castellón, upadły park rozrywki Terra Mítica oraz horrendalnie drogi wyścig Formuły 1. Wiele z wydatków finansowały lokalne cajas, czyli kasy oszczędnościowe blisko związane z politykami. To kolejny kosztowny problem rządu centralnego; mające w swoich bilansach zbyt dużo kredytów na nietrafione inwestycje cajas będą prawdopodobnie musiały zostać dokapitalizowane z budżetu centralnego.
Najpoważniejszym problemem hiszpańskiej gospodarki jest jednak niewydolny rynek pracy. Bezrobotnych jest już 5,4 miliona Hiszpanów, czyli 23 proc. osób zdolnych do pracy. Co tragiczniejsze, wśród osób poniżej 25-go roku życia pracy nie ma prawie połowa! Pracodawcy twierdzą, że jedną z przyczyn problemu jest ogromny koszt zwolnień pracowników na bezterminowych kontraktach. Przysługuje im odprawa w wysokości 45 dni pensji za każdy przepracowany rok. Taki system powoduje, że młodzi są zatrudniani głównie na umowy czasowe. I, co zrozumiałe, pierwsi w kolejce do zwolnień.
Przed świętami premier Rajoy dał związkom zawodowym i organizacjom pracodawców miesiąc na uzgodnienie wspólnej propozycji reformy rynku pracy. Ponieważ porozumienia nie udało się osiągnąć, rząd przedstawi własne propozycje. To może zwiastować kolejne niepokoje społeczne, bo reformy będą prawdopodobnie bliższe oczekiwaniom pracodawców niż związków zawodowych. Na razie protesty mają ograniczony zasięg i kierowane są głównie przeciw władzom regionalnym.
Ostatnio cięciom wydatków sprzeciwiali się m.in. pracownicy służby zdrowia w Katalonii, aptekarze w Walencji i nauczyciele w Madrycie. Nie ma jednak wątpliwości, że kiedy plan oszczędnościowy rządu zacznie wchodzić w życie, coraz więcej grup zamanifestuje oburzenie. Ten rok upłynie więc w Hiszpanii pod znakiem protestów. Bo jedno jest pewne – zanim się poprawi, najpierw będzie gorzej.
*Adam Komarnicki – biegły rewident, zajmuje się finansową restrukturyzacją oraz upadłościami przedsiębiorstw, był przewodniczącym emigracyjnej organizacji „Polish Professionals in London”, w której m.in. zachęcał Polaków w Londynie do głosowania w wyborach lokalnych i europejskich (akcja „Polacy Głosują”) oraz stworzył program mentoringowy dla polskich studentów PoProStu. Interesuje się tematyką relacji państwo-obywatel oraz demokracją uczestniczącą. Mieszka w Barcelonie.
