Newsletter

Przeciw fantazji „cappuccino city”

Krzysztof Nawratek, 13.01.2012
Jeśli w polskich miastach nie będzie znaczącego przyrostu klasy średniej, cała koncepcja rozwoju miast nie ma prawa się udać

Istotą funkcjonowania współczesnego „miasta globalnego” jest sprawowanie kontroli nad globalnym przepływem kapitału. Nie akumulacja kapitału, a jego przepływ. To jest klucz do zrozumienia, czym dziś jest Londyn, Frankfurt, Nowy Jork i inne wielkie centra finansowe.  Miasta, które można – moim zdaniem – nazwać post-kapitalistycznymi.

Założenie, że miasta te rzeczywiście sprawują kontrolę nad czymkolwiek, i że same są podmiotami globalnej gospodarki, jest złudne. Bycie podmiotem zakłada jakiś rodzaj samoświadomości. Miasto (to znaczy jego władze oraz jego mieszkańcy) musieliby rozumieć siebie jako polityczny podmiot, chcący sprawować nad swoim losem kontrolę. Jeśli tak, to oczywistym jest, że podmiotowość miast globalnych jest pozorna, a ich zdolność do decydowania o własnym losie jest ułudą.

To nie miasta jako takie, lecz te ich fragmenty, które są częścią globalnego systemu finansowego, posiadają (cząstkową) podmiotowość. Ta sytuacja powoduje dwojakie skutki. Po pierwsze, przerywa tradycyjny związek centrum miejskiego z otaczającym go regionem (wg klasycznego modelu Christallera), łącząc nie miasta, a ich fragmenty ze sobą w jedną funkcjonalną całość (NY-Lon). Po drugie, centra finansowe mają ograniczone zapotrzebowanie na przestrzeń. Mówiąc brutalnie – jedno City, jeden Wall Street wystarczą.

Oczywiście, powstają centra regionalne, lecz ich ilość jest również ograniczona. Jeśli przyjmiemy więc, że tylko niektóre miasta mogą zostać miastami globalnymi, opierającymi swój rozwój na przepływie finansów, to co z pozostałymi? Podejmowane próby zastąpienia przemysłu (produkcji) usługami, turystyką czy konsumpcją okazały się nieskuteczne. Dziś setki miast Europy i Stanów Zjednoczonych są bankrutami.

Upadek przemysłu pozostawił w miastach olbrzymie, nikomu już niepotrzebne tereny poprzemysłowe, składowe, infrastrukturę przystosowaną do przewozu wielkich ilości surowców i produktów. Pozostawił też fordystowską strukturę społeczną, opartą na powtarzalności i przewidywalności, która w krajobrazie miasta post-przemysłowego stała się przeszkodą. Mobilność społeczna stoi przecież w oczywistej sprzeczności ze stabilnością rodziny. Jeśli chcemy, by pracownicy przemieszczali się z jednego końca kraju na drugi, i jeśli oboje rodziców musi pracować, by utrzymać rodzinę, to rodzina jako taka, z dziećmi chodzącymi do szkoły, rosnącymi w pewnym ustabilizowanym środowisku rówieśniczym, przestaje funkcjonować.

Koniec miasta przemysłowego w Polsce (i szerzej w Europie środkowo-wschodniej) zbiegł się z końcem realnego socjalizmu. Z tego powodu jakakolwiek próba dyskusji o re-industrializacji jest odczytywana jako próba powrotu do PRL-u i jako taka jest odrzucana.

Nie tylko zresztą w Polsce re-industrializacja nie budzi entuzjazmu – panuje przekonanie, że to co działało w latach dziewięćdziesiątych, będzie działać i w dwudziestym pierwszym wieku. Brytyjscy planiści, gdy mówią o strategiach rozwoju miast, zaczynają od stwierdzenia „gdy tylko znów gospodarka ruszy”, a kiedy z moimi polskimi znajomymi usiłowałem dyskutować o alternatywnej wobec opartego na spekulacji nieruchomościami wizji rozwoju, zbywano mnie machnięciem ręki i „fanaberią”.

Więcej nawet, gdy czyta się fachowe periodyki poświęcone miastom, wydawane w Europie lub USA, pojawiają się analizy masowych manifestacji, ruchu „oburzonych”, wraca (nigdy w zasadzie nie odeszła) fascynacja wszystkim, co poza-instytucjonalne, ale trudno (z kilkoma wyjątkami) znaleźć teksty próbujące odpowiedzieć na pytanie – jeśli nie dogmaty post-przemysłowego wzrostu: usługi, turystyka, handel, zarządzanie i finanse, to co?

Trochę inaczej wygląda świat, gdy czyta się teksty urbanistów zajmujących się miastami Azji (nie tylko Chin, ale również Indonezji czy Japonii) – tu wciąż czytamy o problemach związanych z produkcją, z rozwojem przemysłu w połączeniu z centrami miejskimi, czytamy o transporcie i masowym budownictwie. Nudziarstwo, o którym zachodni urbaniści nie piszą już od niemal trzydziestu lat.

Jeśli w Polsce wizja re-industrializacji jest odrzucana, to pozostaje fascynacja miastami zachodu z początków lat 90-tych, opartymi na usługach, turystyce, konsumpcji i puchnącej bańce na rynku nieruchomości. Początek XXI wieku to również moment fascynacji ideą „klasy kreatywnej” (w Polsce przeżywany z dziesięcioletnim opóźnieniem). Problem w tym, że to są dokładnie te idee, które przygotowały grunt pod obecny kryzys. Co ciekawe, polskie miasta wcale aż tak bardzo post-przemysłowe nie są (choć oczywiście nie ma porównania z przemysłowymi miastami PRL-u), lata dziewięćdziesiąte, a szczególnie początek XXI wieku, przyniosły przecież spore inwestycje w nowe fabryki, by wspomnieć tylko gliwickiego Opla, poznańskiego Volkswagena, łódzkiego Della, podwrocławskie LG, a szczególnie rzeszowską „dolinę lotniczą”. Tyle, że obowiązuje jednak pewien rodzaj wstydu, by „w XXI wieku być miastem przemysłowym”. Po prostu nie wypada. Nie można więc mówić o renesansie idei miasta przemysłowego, a jedynie o akceptacji wizji miasta, w którym jest przemysł.

To rozróżnienie jest kluczowe, ponieważ miasto przemysłowe próbowało zapewnić biologiczną i społeczną reprodukcję swoim mieszkańcom, współczesne neoliberalne miasto, w którym istnieje przemysł zupełnie o to nie dba. Miasto przemysłowe więc, cokolwiek złego by o nim nie mówić, było spójnym splotem polityki, gospodarki, kultury i kwestii społecznych. Neoliberalne miasto post-przemysłowe dumne jest z braku powiązań pomiędzy tym, co społeczne, tym, co polityczne i tym, co związane z ekonomią.

Po latach braku jakiegokolwiek namysłu nad polskim miastem dyskutuje się nad rozwiązaniami, które wskazują miasto kompaktowe jako model rozwojowy. Rozwiązania te zakładają powstrzymanie rozpełzania się miast i tworzenia dzielnic podmiejskich, uwzględniają natomiast powrót mieszkańców do centrów miast, rozwój efektywnego transportu publicznego i zdywersyfikowaną strukturę funkcjonalną dzielnic. Podstawą takiego myślenia jest wizja silnej klasy średniej, nowego mieszczaństwa. I to właśnie założenie jest – moim zdaniem – fundamentalnym błędem owej „nowomieszczańskiej” narracji miejskiej.

To nie klasa średnia w polskich miastach stanowi dominującą siłę. Klasa średnia po 1989 roku jest wciąż w fazie powstawania, a tendencje światowe raczej wskazują na zanik niż rozwój tej klasy społecznej w przyszłości. Przestrzeń polskich miast jest kolonizowana przez globalne korporacje – dla których pracują wysoko-wykwalifikowani i częściowo dobrze opłacani pracownicy – wypychani są z niej natomiast drobni przedsiębiorcy, którzy rozpoczęli swą działalność po 1989 roku.

Konflikt pomiędzy globalnym a lokalnym kapitałem jest widoczny, gdy tereny poprzemysłowe, dziś często użytkowane przez dziesiątki małych zakładów, powstałych w oparciu o uwłaszczony po 1989 roku majątek, są przejmowane przez deweloperów z zamiarem budowy „apartamentowców”, czyli mieszkań, na które aspirujący do klasy średniej „mieszczanie” będą brali kredyty hipoteczne na najbliższe trzydzieści lat. To jest dokładnie ten mechanizm, który zdemolował finanse miast zachodniej Europy w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

Wiele wskazuje na to, że najszybciej rosnącą grupą mieszkańców polskich miast jest prekariat – najczęściej ludzie młodzi, nieźle wykształceni, których zarobki i sytuacja materialna nie pozwala na stabilizację – kupno mieszkania, planowanie swojego losu w dłuższej perspektywie. Jeśli więc w polskich miastach nie będzie znaczącego przyrostu klasy średniej – a moim zdaniem nie ma na to szans – cała koncepcja rozwoju polskich miast, którą próbuje się w oparciu o nią budować, nie ma prawa się udać.

Wydaje się więc, że jedynym racjonalnym wyjściem z klinczu, w jakim znalazły się polskie (i szerzej – europejskie) miasta jest odbudowa ich podmiotowości, umożliwienie re-produkcji (biologicznej i społecznej) mieszkańców, jak i lokalnej akumulacji kapitału. Oznacza to utworzenie filtra pomiędzy miastem i jego mieszkańcami, a trującą rzeką globalnych wpływów.

Łączy się to również z zawieszeniem hegemonii logiki krótkoterminowego zysku, konsumpcji na kredyt i prywatyzacji wszystkiego, co tylko możliwe. Oznacza to również – z braku wystarczającego lokalnego kapitału – stworzenie alternatywnego obiegu gospodarczego, opartego na barterze oraz „opłat czasem” lub też tworzenie lokalnych walut, nie jako turystycznego gadżetu, za to jako elementu budowania miejskiej autonomii, selektywnie związanej z globalnymi fluktuacjami.

Przede wszystkim jednak, oznacza to zmianę priorytetów – zamiast o zysku (przypomnę, że miasta nie są przedsiębiorstwami i do ich zadań nie należy wypracowywanie zysku), miasta powinny myśleć o zaspokajaniu potrzeb swoich mieszkańców. Istniejąca infrastruktura nie musi zostać sprywatyzowana, by mogła przynosić korzyści mieszkańcom. Miasto to jego mieszkańcy, a nie pole żerowania deweloperów.

Upodmiotowienie miasta łączyć się musi ze stopniową re-industrializacją. Nie chodzi jednak jedynie o powrót przemysłu do miast, lecz o odtworzenie zerwanych więzi pomiędzy pracą a życiem, pomiędzy produkcją a lokalną akumulacją, pomiędzy pracodawcą a pracobiorcą, pomiędzy miastem a jego (również rolniczym) otoczeniem, wreszcie: pomiędzy administracją a mieszkańcami. Re-industrializacja oraz produkcja żywności w miastach (lub/i ich najbliższym otoczeniu) powinna zmierzać do swego rodzaju homeostazy, bo dopiero podmiotowe miasto jest w stanie – jako podmiot właśnie, czyli ze świadomością własnego istnienia – brać udział w globalnej wymianie dóbr, kapitału, ludzi i idei.

Nad projektami, które podejmują takie próby, pracują od kilku lat studenci programu Master in Architecture na Plymouth University w Wielkiej Brytanii. Zmieniają się miejsca i konteksty (San Sebastian, Bilbao, Porto, Ryga, Gdańsk, w tym roku Zielona Góra), i z każdym rokiem zmienia się też sposób, w jaki oni – oraz my, wykładowcy – patrzymy na miasta i ich problemy. Coraz mocniej jesteśmy przekonani, że bez radykalnego zerwania z post-modernistyczną fantazją „cappuccino city”, miejsca konsumpcji zaludnianym przez młodych, pięknych i zamożnych ludzi, nie da się znaleźć wyjścia z obecnej kryzysowej sytuacji. Re-industrializacja, produkcja żywności, przetwarzanie odpadów są jednak jedynie środkami, a nie celem samym w sobie. Celem jest zapewnienie mieszkańcom miast dobrego życia i możliwości rozwoju. Wszystko inne powinno być temu celowi podporządkowane.

*Dr Krzysztof Nawratek – urbanista, teoretyk miasta. Dyrektor studiów magisterskich (M.Arch. oraz M.A. in Architecture) w School of Architecture, Design and Environment w Plymouth University w Wielkiej Brytanii. Autor między innymi „Ideologie w Przestrzeni. Próby demistyfikacji” (Kraków 2005), „Miasto jako idea polityczna” (Kraków 2008, wyd. ang. „City as a political idea”, Plymouth 2011), „Miejskie Rewolucje” (w przygotowaniu, wyd. ang. „Holes in the Whole”, Londyn 2012).