Newsletter

M jak miasto marzeń

Aleksandra Kaniewska, 13.01.2012
„Miasta to nasz współczesny lek na samotność. Są jak ogromne biblioteki, z tym, że zamiast książek, wypełnione ludźmi” – mówi szwajcarski pisarz i filozof, Alain de Botton

Wieczorna lektura „The New York Times” sprzed kilku dni przyniosła dobre nowiny. Łódź znalazła się w rankingu „45 miejsc, które warto odwiedzić w 2012 roku”. „Polskie Hollywood rekultywuje swoją industrialną przeszłość” – napisał amerykański dziennik z iście amerykańską emfazą. Brakowało tu tylko przeciągłego „wow”. A później pochwalił Łódź za świetne wykorzystanie pofabrycznych budynków, m.in. za centrum handlowo-kulturalne Manufaktura czy muzeum sztuki nowoczesnej MS2. Pojawiła się też informacja o Łódź Art Center, planowanym projekcie architektonicznym Franka Gehry’ego oraz filmowym megastudio Davida Lyncha. „Brawo!” –pomyślałam szybko. A za tą myślą podążyła następna, natrętna jak mucha. „Jak to możliwe?” – czyżby ktoś spojrzał na moje rodzinne miasto przez różowe okulary?

Jestem mieszczanką. Z urodzenia i z wyboru. Bo wybór miejsca zamieszkania to prawie jak selekcja życiowego partnera. Zawsze oczywiście można go zmienić. Ale jak trafimy na prawie ideał, mamy ochotę zostać na zawsze. „Miasta to nasz współczesny lek na samotność. Są jak ogromne biblioteki, z tym, że zamiast książek, wypełnione ludźmi” – mówi szwajcarski pisarz i filozof, Alain de Botton. I twierdzi, że w przyjaznym ludziom mieście wszystkie jego składniki – transport, architektura, oferta kulturalna i gastronomiczna – mówią wspólnym, „miejskim językiem”.

Wciąż poszukuję metropolii, w której zakocham się „na dobre”. Na początku była Łódź – miasto szare, przeklęte i zaklęte jednocześnie, z którego uciekłam do Warszawy. Ja i Warszawa od początku nadawałyśmy na tych samych falach. Miłe mi były tłumy w przejściach podziemnych, metro, ciekawsza oferta kulturalna, trochę równiejsze chodniki. Do czasu, kiedy wylądowałam w Nagoi – czwartym największym mieście Japonii, z pięknym portem, imponującymi wieżowcami i bogatym życiem kulturalnym. Nagoja to kolorowa mieszanka przemysłu, handlu i rozrywki, po której dwa miliony mieszkańców przemieszczają się przy pomocy dziesięciu linii metra. Do Tokio, magicznej stolicy wszystkiego, co japońskie, szybkim pociągiem shinkansen jedzie się dokładnie 100 minut. A to całe 350 km.

W Japonii miasta żyją 24 godziny na dobę. W ciągu dnia ulice zapełniają się biegnącymi do biur facetami w garniturach, tzw. sararimen oraz młodzieżą w strojach jak z komiksów. W nocy płoną neonami z wszechobecnych klubów, restauracji, salonów gry pachinko i ekskluzywnych hoteli. Na obrzeżach japońskich miast, do których dojeżdża się w nie więcej niż kilkadziesiąt minut niezawodnymi pociągami, znajdują się oazy zieleni – parki krajobrazowe, lasy, wioski, małe miasteczka pełne gorących źródeł, tzw. onsen i lokalnego rzemieślnictwa. To tam zmęczeni miejskim pędem Japończycy studiują przyrodę i przypominają sobie, że są śmiertelni. Taka już ich buddyjska/shintoistyczna natura.

Po Nagoi i Tokio w moim życiu nastał Londyn, metropolia słynąca z dynamizmu i różnorodności. To tu są najgłośniejsze wystawy sztuki, czy to w Tate Modern czy National Gallery, tu rodzą się nowe subkultury młodzieżowe (do podejrzenia w Shoreditch i na Hackney), wreszcie: tu są najlepsze wyprzedaże na Oxford Street. W Londynie można być wszystkim, czym się tylko chce: hipsterem polującym na stare płyty w dzielnicy Notting Hill, głodnym wiedzy studentem koczującym w British Library, turystą wiezionym po zatłoczonych ulicach czerwonym, dwupiętrowym autobusem. Można być emigrantem, nuworyszem i arystokratą – i znaleźć w tym mieście coś dla siebie. Z drugiej strony, podróż na londyńskie lotniska to doświadczenie jak z pola bitwy. Życie towarzyskie w brytyjskiej stolicy planuje się z miesięcznym wyprzedzeniem. W biednych dzielnicach można stracić torbę, komórkę i poczucie bezpieczeństwa. A od kulturowego kotła często boli głowa. Bo Londyn to miasto, które tak samo łatwo się kocha, jak i nienawidzi.

Miasto ma dawać strukturę, oparcie, platformę do życia. Ma być przyjacielem i partnerem, mobilizującym i inspirującym do działania. Miejscem wymiany myśli, wiedzy, nauki, pracy i odpoczynku. Wiem, że nie ma miast idealnych. Ale wiedza, czego się w miejskiej przestrzeni nie chce widzieć, to zawsze jakiś początek. I tak jak graficy komputerowi w poszukiwaniu ideału tworzą kompilacje kawałków najpiękniejszych kobiecych twarzy, tak ja chcę zrobić listę najlepszych miejskich rozwiązań… Moje miasto marzeń wyglądałoby tak:

1. Z Tokio i Nagoi wzięłabym niesamowite metro, obłędne autostrady poza miastem, religijne podejście do recyklingu, bar na szczycie Park Hyatt Hotel (znany z filmu „Lost in translation”) i uliczne bary z zupą ramen
2. Z São Paulo zabrałabym trochę słońca i zakaz „wizualnego zanieczyszczania przestrzeni miejskiej”, który sprawił, że stolica Brazylii stała się miastem bez obrzydliwych bilboardów
3. Z Londynu przeniosłabym piękną dzielnicę doków – Wapping, cheddar, Royal Opera House, Victoria and Albert Museum i kawał Hyde Parku
4. Z Łodzi skradłabym „Filmówkę”
5. Z Warszawy Starówkę
6. Z Nowego Jorku układ ulic, 5th Avenue ze sklepem Apple’a i Tiffany’s, muzea: Metropolitan Museum of Art, Guggenheim i Museum of Modern Art (MoMA)
7. Z Lizbony: lokalizacje na wzgórzu, muzykę fado i podmiejską perełkę turystyczną, miasteczko Cascais
8. Z Berlina nowoczesną architekturę i ścieżki rowerowe
9. Z Amsterdamu kanały
10. Z Marsylii zupę rybną bouillabaisse
11. Z Oksfordu bibliotekę Bodleian

To tylko początek listy… Macie jakieś inne typy?