Redaktorzy opiniotwórczego amerykańskiego tygodnika „Time” nie dali się uwieść uroczej Kate Middleton. Nie przekonał ich też trzymający Europę w ryzach duet Merkozy. Podobnie jak artysta Ai Weiwei, represjonowany przez chińskie władze za pornografię i niepłacenie podatków (czytaj: poglądy). Nie mówiąc już o znanej ze swych ekscesów celebrytce Kim Kardashian. Spośród trzydziestu czterech kandydatów nominowanych na człowieka 2011 roku redaktorzy „Time” wybrali Protestującego. „Protestujący – od Arabskiej Wiosny po Ateny, od Wall Street po Moskwę”, krzyczała okładka opatrzona zdjęciem ciemnookiej dziewczyny.
Chusta zakrywająca twarz, żółta czapka i przeszywające spojrzenie wystarczyły, by media zidentyfikowały oburzoną. 25-letnia pracująca w galerii sztuki Sarah Manson szybko stała się symbolem rozgoryczonych niesprawiedliwością protestujących. Zapewne nie spodziewała się tego, demonstrując przed ekskluzywnym wieżowcem w Los Angeles. Takie myśli nie towarzyszyły jej też pewnie podczas późniejszego aresztowania.
„Protest to wyraz kryzysu demokracji”, pisał na blogu prestiżowego portugalskiego tygodnika „Expresso” Daniel Oliveira. Jednak nie tylko obywatele zadłużonej południowej Europy popadają w marazm. Nawet Niemcy, uchodzący za wzór i propagatorów demokratycznych procesów, nie są zachwyceni stanem swojej demokracji. Więcej, są nią rozczarowani. Irytują ich nieudane próby rozwiązywania kryzysu finansowego i katastrof ekologicznych. Mają dość despotycznych polityków podejmujących decyzje bez pytania obywateli o zdanie.
Tak wygląda diagnoza stawiana przez niemieckiego politologa Clausa Leggewiego w książce „Mut statt Wut. Aufbruch in eine neue Demokratie” („Odwaga zamiast wściekłości. Przełom nowej demokracji” – tł. wp). Lektura jego najnowszej książki nie napawa optymizmem. Świadectwem kryzysu są także badania przeprowadzone przez Leggewiego, Christopha Giesa i Julię Friedrichs. Pokazują, że tzw. zwykli obywatele nie rozumieją zachodzących procesów politycznych, widzą za to pogłębiającą się przepaść między nimi a politykami. I stopniowo stają się coraz bardziej rozgoryczeni.
Symbolem tej niechęci staje się tzw. Wütburger – „Rozjuszony Obywatel”. Określenie użyte po raz pierwszy przez redaktora naczelnego działu politycznego tygodnika „Der Spiegel” Dirka Kurbjuweita zrobiło w Niemczech zawrotną karierę. W 2010 roku Stowarzyszenie Języka Niemieckiego (Gesellschaft für deutsche Sprache) przyznało mu tytuł Słowa Roku. Wütburger daleko w tyle pozostawił takie hity jak Wikileaks czy wuwuzele.
Dla Leggewiego ów „Rozjuszony Obywatel” jest jednak „znakiem nadziei”, szansą na lepsze jutro w zderzeniu z homo oeconomicus, który przedkłada zyski nad morale. Niemiecki politolog wie, że wściekłość to zbyt mało, by zmieniać otaczającą nas rzeczywistość. Ruch społeczny jest w oczach Leggewiego świetnym rozwiązaniem. Jednak pozbawiony instytucjonalnego zaplecza pogrąża się w nicości. Dlatego „Mut statt Wut” to przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie, jak okiełznać niezadowolenie obywateli i wykorzystać je do ulepszania demokratycznych procesów.
Złość jest przecież motorem zmian. Jednak to za mało, by tych zmian dokonać. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć okładkową historię grudniowego „Time”. Bohaterka artykułu – jedna z protestujących – pytana o pomysły na przyszłość odpowiedziała: „Wiem, czego nie chcę”. Negacja otaczającej rzeczywistości to pierwszy krok do zmiany. Aż i dopiero. Wściekłość jest jednak źródłem odwagi, to w niej Leggewie dostrzega szansę.
Niemiecki politolog opowiada się za aktywnym uczestnictwem obywateli w demokratycznych procesach. W rozmowie z Instytutem Obywatelskim diagnozuje, że demokracja rozstrzyga się dziś przed telewizorem, w programach informacyjnych i rozrywkowych. Leggewie ocenia, że w każdym społeczeństwie jest ok.1-2 proc. aktywnych obywateli. Dlatego polityczna komunikacja wypiera dziś polityczne zaangażowanie i interwencję obywatelską.
Niemiecki politolog stwierdza z goryczą, że dzięki rozwojowi technologii możemy się dziś bez przeszkód komunikować czy ingerować w rzeczywistość. Ba, możemy być nawet skandalistami. Niestety, jednocześnie zapominamy, jaki mamy wpływ na nasze demokracje. Nie pamiętamy o swoich prawach. I nie zdajemy sobie sprawy ze środków, z których możemy skorzystać. Trudno zaprzeczyć tym tezom, analizując chociażby odnotowywaną frekwencję wyborczą.
„Yes, we must!” – mówi w swojej książce z całą stanowczością Claus Leggewie. W rozmowie dodaje, że jego najnowsza publikacja pełna jest instytucjonalnych innowacji. Przekonuje, że wielkie zmiany, by mogły być długotrwałe, wymagają czasem nieco więcej „konstruktywnej fantazji i inicjatywy, a także rozważenia, co opłaca nam się bardziej – bezpośrednie uniknięcie zła czy długotrwałe dobro” (por. s. 192) – niż samo wyjście na ulice.
Leggewie proponuje eksperyment: społeczną umowę, polegającą na wzmocnieniu państwa oraz upoważnieniu obywateli do „współdziałania, współdecydowania i współokreślania”. To chyba całkiem fair. Od czego zacząć? Polecam dziesięć „Tez na zachętę” umieszczonych przez badacza na końcu książki. Politolog namawia do obywatelskiej aktywności. Promuje odporność wobec chwytliwych haseł populistów. Wreszcie przekonuje, że trzeba się angażować w politykę na wszystkich jej poziomach.
Brytyjczyk Colin Crouch w książce „Postdemokracja” już kilka lat temu bił na alarm, że demokracja przestaje istnieć. Przestrzegał, że system ten nie jest w stanie odpowiedzieć na wyzwania naszych czasów. Również Leggewie mówi o „nowej demokracji”. Paradoksalnie od czasu, gdy brytyjski premier Winston Churchill wypowiedział słynne już zdanie, niewiele się zmieniło: nie wymyśliliśmy i – prawdopodobnie – nie wymyślimy lepszego systemu. Możemy go jednak, poprzez aktywne uczestnictwo i budowanie społeczeństwa obywatelskiego, ulepszać i usprawniać. Dlatego książka Clausa Leggewiego mimo wszystko napawa optymizmem.
„Im bardziej demokratyczny będzie nasz świat, tym większa będzie szansa na globalną współpracę, która pozwoli nam zająć się palącymi problemami naszej planety” – pisze – (to) zaś zapewni kolejnym pokoleniom lepszą przyszłość, zarówno na południu, jak i północy” (por. s. 188). Ta optymistyczna diagnoza jest chyba najlepszą rekomendacją najnowszej publikacji niemieckiego politologa. Tym bardziej, gdy wokół tylko strach i niepewność.
Claus Leggewie, „Mut statt Wut. Aufbruch in eine neue Demokratie”, wyd. Körber Stiftung, Hamburg 2011.
