Newsletter

Ustawa i rzeczywistość

Anna Szybist, 11.01.2012
Rozwścieczonego i głodnego psa nie zakuje się w kajdanki i nie włoży do zwykłego samochodu na tylne siedzenie

Już na początku roku krakowianom kochającym zwierzęta zepsuły się nastroje z powodu bezsensownej śmierci poturbowanej sarny znalezionej pod płotem. Sarence nikt nie potrafił pomóc i męczyła się przez kilka godzin. Powód? Brak instytucji, która mogłaby się nią zająć. Urząd Miasta nie podpisał jeszcze umowy z firmą ratującą zwierzęta w podobnych okolicznościach.

Mimo wprowadzenia długo oczekiwanej nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, ten pojedynczy przypadek obrazuje zjawisko o większej skali. Jeśli nawet urzędnicy w gminach zdają sobie sprawę z tego, że problem bezdomnych czy rannych dzikich zwierząt jest również ich problemem, i że każda gmina musi mieć podpisaną umowę z firmą wyłapującą i przetrzymującą zwierzęta (najlepiej ze schroniskiem), to w wielu miejscach takich firm i schronisk fizycznie nie ma.

Urzędnicy są bezradni, policja tym bardziej; pretensje pod ich adresem są jak rzucanie kulą w płot. Jeśli taki przypadek zdarzył się w Krakowie, który o zwierzęta dba bardziej niż małe miejscowości, lepiej nie wyobrażać sobie, co dzieje się poza granicami miasta. Kłopot z tułającymi się zwierzętami jest często rozwiązywany w absurdalny sposób – wpuszcza się je jednymi drzwiami, a drugimi wypuszcza z nadzieją, że gdzieś sobie pójdą (najlepiej do innej gminy).

Żeby to sobie uświadomić, wystarczy spojrzeć na mapę Małopolski po ankietyzacji gmin, gdzie niebieskimi kropkami oznaczono gminy nie mające podpisanej umowy z żadnym schroniskiem. Mapa roi się od kropek… Wielu wójtów planuje budowę międzygminnych schronisk kontenerowych, ale w czasie kryzysu gospodarczego sprawa ta zapewne zostanie zepchnięta na szary koniec listy zadań samorządów. Zatem nasza ulubiona ustawa pozostaje w dużej części martwym tworem.

W ustawie jest zapis głoszący, iż w przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze przebywanie zwierzęcia u właściciela zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant lub strażnik gminny powinien je odebrać. Świetnie. Czy jednak policjant lub strażnik potrafi odebrać zwierzę? Nie jest to przecież zadanie łatwe i standardowe, wymaga nie tylko szkoleń (Komenda Wojewódzka Policji zapewnia, że szkolenia ma w planach), ale odpowiedniego sprzętu i doświadczenia. Rozwścieczonego i głodnego psa nie zakuje się przecież w kajdanki i nie włoży do zwykłego samochodu na tylne siedzenie. Pozostaje też pytanie, co policjant ma zrobić ze złapanym zwierzęciem, jeśli w pobliżu nie istnieje schronisko? Nie wiadomo.

Przełom roku przyniósł jednak i pozytywne zdarzenia. W ramach akcji „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika” krakowskie kawiarnie, biblioteki oraz biuro jednej z posłanek i przedszkole zebrały tonę karmy dla schroniska. W okresie świątecznym wiele firm przywiozło dla psów i kotów dziesiątki kilogramów pożywienia, koce i posłania. Szkoły w ramach akcji „Gwiazdka dla zwierzaka” zapełniły suchą karmą schroniskowe magazyny. Krakowianie stanęli na wysokości zadania, po raz kolejny.

Niestety, w raporcie dotyczącym gmin małopolskich udział firm w pomocy bezdomnym zwierzętom określa się jako „znikomy”. Na tym tle Kraków wypada najlepiej. Teraz trzeba powalczyć o to, aby można było przeprowadzić kampanię społeczną w mniejszych gminach i pokazać, że pies nie jest tylko dzwonkiem do drzwi, ale potrafi na przykład uratować dziecko zagubione w lesie lub ocalić dom przed pożarem. Przed nami sporo pracy…

I jeszcze z serii „Szewc bez butów chodzi”. Poszukujemy domu dla siedemnastoletniego Damiana z przekrzywioną głową oraz czarnej suczki Liwii. Pieski są bohaterami spotu, promującego w tramwajach adopcję. Mieszkają w krakowskim schronisku, w boksie C8. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt: akcjastolik@gmail.com .