Newsletter

Rozwój czy wzrost

Tomasz Kasprowicz, 04.01.2012
Nawet ekonomistom trzeba przypominać, że wzrost PKB to nie wszystko

Wzrost gospodarczy to ekonomiczny fetysz. Jego siła polega zwłaszcza na braku sensownych alternatywnych wskaźników do oceny gospodarczej rzeczywistości. Brak wzrostu często oznacza niepokoje społeczne i strajki.

Wysoki wzrost to czasy dobrobytu. Jednak nawet ekonomistom trzeba przypominać, że zmiana PKB to nie wszystko.

Wzrost gospodarczy w rozwiniętym świecie zwalnia, by według prognoz całkowicie zatrzymać się pod koniec tego stulecia. Jednak biorąc pod uwagę malejącą populację, zerowy wzrost, a nawet niewielka recesja oznaczać będzie… wzrost dobrobytu. Analizowanie wzrostu produktu krajowego w wielkościach absolutnych zamiast w przeliczeniu na mieszkańca powodować może takie pozorne paradoksy – zatem straszenie nas konsekwencjami końca wzrostu jest niezbyt przekonujące.

Ale nawet wyhamowanie wzrostu PKB liczonego per capita nie musi oznaczać katastrofy. Pomimo założeń ekonomii, ludzkie potrzeby są ograniczone, a w pierwszej kolejności zaspokojeniu podlegają te o charakterze materialnym. PKB na głowę w znacznej mierze określa, jak wiele z tych potrzeb jest spełnionych i jeśli ludzie będą w tym zakresie usatysfakcjonowani, to wzrost PKB per capita ustanie. Jednak dla rozwoju społeczeństwa potrzebny będzie postęp w zakresie innych potrzeb.

Jak daleko jesteśmy od takiego scenariusza? Wydaje się, że nie aż tak daleko, skoro mamy cały przemysł wymyślający konsumentom nowe potrzeby i produkujący urządzenia, których większość funkcji nigdy nie zostanie wykorzystana…

Jednak aby dojść do stanu cudownego zaspokojenia, nie możemy doprowadzić do tego, że owoce rozwoju będą przechwytywane przez nielicznych. Wspomniany wcześniej przemysł kreujący konsumeryzm skupia się na ludziach bogatych, kompletnie ignorując potrzeby mniej zamożnych.

Tymczasem powiększające się rozwarstwienie dochodowe w społeczeństwie powoduje, że poziom życia biednych podnosi się bardzo wolno, zaś nadwyżki bogaczy tworzą bańki na rynkach o wiadomych dla gospodarki skutkach. Mamy więc z jednej strony olbrzymią niezagospodarowaną siłę ekonomiczną i społeczną, która pozostaje bierna oraz drugą, powodującą ekonomiczną niestabilność.

Motorem rozwoju Polski i świata zachodniego może być zatem aktywizacja grup dziś wykluczonych i niezaangażowanych. Nie jest to zadanie proste – wiąże się z pracą z grupami o (najczęściej) niskich kwalifikacjach, i równie niskiej motywacji. Jednak nie uda się wypracować stałego wzrostu w oparciu o niewielką grupę najzamożniejszych, ignorując przy tym resztę społeczeństwa.

Rozszerzająca się klasa średnia jest motorem postępu cywilizacyjnego, jednak w ostatnich dekadach obserwujemy raczej jej kurczenie się niż powiększanie. Jeśli uda się odwrócić ten trend, mamy szansę na impuls rozwojowy na długie lata, impuls, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy.

To zadanie w dłuższej perspektywie. Obecnie, z uwagi na kryzys, musimy wykorzystać możliwości, które mogą skutecznie neutralizować jego podmuchy – i tym razem, wyjątkowo, wszelkie narzędzia pozostają w rękach rządu. Od lat zajmujemy ostatnie miejsca w rankingach pod względem łatwości prowadzenia biznesu, poziomu biurokracji czy płacenia podatków. Radykalna zmiana tego stanu rzeczy uczyni dla naszej gospodarki i finansów publicznych więcej niż wszelkie pakiety stymulacyjne i ratunkowe.

Pozostaje mieć nadzieję, że politycy zrozumieją, że ich wpływ na gospodarkę może być bardzo szkodliwy, gdyż zamieszanie spowodowane różnymi pakietami ratunkowymi jest bardzo trudne do zneutralizowania. Jedynie ludzka przedsiębiorczość może pokonać kryzys. Dlatego głównym zadaniem polityków powinno być jej pobudzanie, albo chociaż nieszkodzenie – jako plan minimum.

Motorów wzrostu w naszym kraju nie brakuje ani w krótkim, ani w długim okresie. Ważne, by wzrost nie przesłonił nam samego rozwoju – kierunku pożądanych, pozytywnych zmian kraju. Przedkładanie wzrostu za wszelką cenę zaprowadziło nas w ramiona obecnego kryzysu, którego końca nie widać.

Nie każdy motor wzrostu jest dla nas dobry (więcej na ten temat w rozmowie z Alfredem Bieciem Jakie motory wzrostu dla Polski). Czas konkurowania niskimi płacami nie będzie trwał długo i nie jest dla nas korzystny. Słaby złoty to ubożenie każdego z nas i obniżanie naszych dochodów. Na krótką metę taka sytuacja pomaga polskiemu eksportowi, ale wysoki poziom eksportu wcale nie oznacza dobrobytu, co doskonale pokazuje przykład Chin.

Na czym powinniśmy się skupić? Nadchodzące lata musimy wykorzystać na zbudowanie silnej i wszechstronnej gospodarki, dającej zatrudnienie jak największej liczbie Polaków.