Newsletter

Przerwany spektakl Putina

Anna Łabuszewska, 02.01.2012
Jeśli najbardziej twórcza i niepokorna grupa w Rosji, czyli protestujący, będzie odwrócona do władzy plecami, żadna modernizacja w tym kraju nie zajdzie

Przez 10 lat rządów Władimira Putina mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju trwałą umową społeczną. Polegała ona na tym, że „my – Kreml”, grupa trzymająca władzę, rządzimy, a „wy –  ludność”  żyjecie swoim życiem. My się nie wtrącamy do was, a wy do nas. I taki stan rzeczy wydawał się trwały. Nawet tragedie, jak zamachy terrorystyczne czy kryzys gospodarczy, który dotknął wszystkich – nie tylko oligarchów, ale zwykłych ludzi, nie spowodowały podważenia owego układu.

Jakkolwiek istniała grupa, która przeciwko układowi protestowała, nie miał on jednak charakteru czysto społecznego. Owszem, miały miejsce dosyć liczne demonstracje na ulicach Władywostoku czy Kaliningradu. U ich podłoża stał również pewien wymiar „biznesowy”, tylko na niższym, nie oligarchicznym poziomie.

Z kolei ludzie, którzy Rosją niegdyś rządzili, a następnie zostali odsunięci od władzy, jak Michaił Kasjanow czy Borys Niemcow, próbowali później zmontować opozycję o charakterze politycznym. Jednak nigdy nie zdołali pozyskać zbyt wielu zwolenników. Niemniej pewien niesmak w grupie „myślących inaczej” narastał.

Rok temu w artykule „Inna Rosja” w „Tygodniku Powszechnym” opisałam grupę ludzi, nie tylko nie lubiącą Putina wedle kryterium, które Herbert określił „sprawą smaku”, ale również poszukującą odpowiedzi na pytanie, jaka jest alternatywa wobec jego reżimu. Reżimu, który jest autorytarny, zarazem dość miękki. Wsadza do więzienia, ale nie wszystkich. Żeby reszta się bała i nie robiła takich rzeczy, jak właśnie wtrącanie się w sprawy, które władza rezerwuje dla siebie. Dziś, po roku, widzimy koniec tego układu społecznego.

Przełomowym momentem, który spowodował gwałtowny przyrost niezadowolonych, był 24 września. Na zjeździe rządzącej partii Jedna Rosja oznajmiono wszem wobec, że „my z kolegą zamieniamy się miejscami”. Putin będzie prezydentem, a Dmitrij Miedwiediew premierem, cała reszta zaś z takiego obrotu spraw będzie zachwycona. Taki miał być scenariusz, i taki spektakl w wykonaniu władzy miał zostać odegrany.

Obecnie klasa rządząca wygląda na zaskoczoną. Grupa Putina radzi sobie sprawdzonymi metodami. Po pierwszym szoku zwarła szyk. Tworzy podziały w komitetach protestujących. W szeregach niezadowolonych zaczyna się mówić, że nie ma alternatywy, że jest za mało czasu. W marcu wybory, a Putin będzie najważniejszym kandydatem. Może nawet wygra i to uczciwie. Sam główny zainteresowany podsumował to na spotkaniu z dziennikarzami mówiąc, że pod choinkę krajowi da uczciwe wybory. Reżim przewiduje w tym celu specjalne środki w rodzaju kamer w lokalach wyborczych. Przekaz jest jasny: uczciwie mnie wybierzecie, a ja będę za to waszym dobrym prezydentem.

Jednocześnie, jak w czasach Związku Radzieckiego, w Niżnym Tagile, w fabryce czołgów, zawiązał się komitet popierający Putina i potępiający „protestujących nierobów i warchołów, burzących stabilizację”. Obrzydzanie cynaderką…

Putin wybory zapewne wygra. Pytanie tylko, co oznaczają uczciwe wybory? Sam akt głosowania jest zaledwie ostatnim krokiem procesu wyborczego. Poprzedza go rejestracja komitetów, prace sztabów, obsługa medialna, w tym debaty telewizyjne. Samo fałszowanie wyników nie musi jeszcze przesądzić o wyniku wyborów.

Ostatnio przeczytałam w „Wall Street Journal”, że skala sfałszowanych kart w wyborach do Dumy Państwowej wyniosła w przybliżeniu 14 milionów, co w skali całej Rosji wydawać się nie tak znów znaczącą liczbą, niemniej dowodzi, że gdy władza chce, jest w stanie i wie, jak przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

Przyszły, wypracowywany właśnie układ z Putinem jako nowym-starym prezydentem, może sygnalizować pewne społeczne novum: bądź naszym prezydentem, ale nie kłam. Jednak dynamika wydarzeń jest bardzo wysoka, nie wiadomo, co się stanie w lutym 2012 roku (na 4 lutego organizatorzy zwołują kolejną demonstrację w sprawie uczciwych wyborów). Choć na zewnątrz Putin w swych reakcjach pokazuje, że w ogóle cała sytuacja protestu go nie wzrusza, że chmara ta jest całkowicie niezorganizowana i nie wie, czego chce, nie ma też na dobrą sprawę z kim rozmawiać, premier Rosji ma świetne rozeznanie. Ironicznie niezadowolonych lekceważy, niewydarzony cytat z Bułhakowa, że może sam by sobie zaprotestował, jest tego świetnym przykładem.

Problem pojawia się wtedy, gdy popatrzymy na ostatnie posunięcia kadrowe Putina. Nastąpiło zdecydowane wzmocnienie pionu siłowego. I Dmitrij Rogozin, i Siergiej Iwanow oraz Wiaczesław Wołodin za Władisława Surkowa, mistrza intryg, to wszystko są ludzie działający wprost, bez ogródek. Putin nie lubi niespodzianek, ryzyka. Od podejmowania zakulisowych gier ma odpowiednio dobranych ludzi. Takim człowiekiem, elokwentnym, oczytanym, piszącym książki i jednocześnie makiawelicznym, był właśnie Surkow.

Jednak w chwili obecnej protesty nie są postrzegane przez władzę na tyle poważnie, by mogły zagrozić systemowi. Przy czym nie jest to jeszcze kwestia samej ich skali – gdyby się odbywały w regionach, byłyby dodatkowym wzmocnieniem głosu płynącego z Moskwy. Pamiętajmy, że w regionach ludzie są bardzo uzależnieni od lokalnych urzędników, trzymających ludność za gardło. W Moskwie, co zauważalne, pojawiła się grupa ludzi niezależnych. Rosyjski politolog, Stanisław Biełkowski, nazywa ich pół-Europejczykami.

Co ich wyróżnia? Mają to być ludzie, którzy myślą innymi kategoriami niż „nie wtrącająca” się większość. Pół-Europejczyk nie zadowoli się ochłapami rzuconymi przez władzę. Ludzie, którzy zrobili kariery, pojechali w świat, zobaczyli jak można żyć. Teraz chcą, by takie same możliwości rozwoju istniały w Rosji. W regionach pół-Europejczyków jest zdecydowanie mniej. Wynika to poniekąd ze specyfiki samej Moskwy, która wysysa przedsiębiorczych mieszkańców regionów. Dotyczy to nawet Petersburga. W końcu, jak się w Rosji mawia, „karierę można zrobić tylko w Moskwie”.

Pojawiły się też głosy, że Putin będzie musiał po wygraniu wyborów wprowadzić liberalne reformy. Grupa rządząca ma niesamowitą zdolność: jeśli leży to w jej interesie, warto się uelastycznić czy pójść na pewne ustępstwa. A następnie, w opakowaniu liberalizacji i demokratyzacji, wypuścić gotowy produkt na rynek.

Z pewnością ewentualne zmiany nie będą tego zakresu, o który upominają się protestujący Rosjanie. Filary systemu pozostaną nienaruszone. Dlaczego? Prawodawstwo, konstytucja są w Rosji bytami niezależnymi od praktyki życiowej.

Słabością „rosyjskich okupujących” jest brak lidera, jednej osoby, która ze sztandarem idzie i wskazuje reszcie kierunek marszu. Oczywiście, wśród niezadowolonych znajdzie się indywidualności wyróżniające się z tłumu. Gwiazdą najjaśniej świecącą jest Aleksiej Nawalny, znany bloger, „pół-Europejczyk”. Nawalny domaga się przede wszystkim, by przestrzegać prawa. Swoją karierę zaczął od pisania bloga, w którym pokazywał, w jaki sposób korupcja niszczy życie społeczne w Rosji. A konkretnie: jak państwowe pieniądze trafiają do prywatnych kieszeni. Nawalny, mniejszościowy udziałowiec wielkich firm, miał dostęp do ich dokumentów. Publikował je, opatrzone stosownym komentarzem w stylu: „zobaczcie, przy okazji budowy rurociągu rozkradziono cztery miliardy. Pieniądze popłynęły zaś do rajów podatkowych, a wy nie macie przedszkola, drogi itp.”. Działalność Nawalnego jest porównywalna do portalu Wikileaks. Jego inne inicjatywy internetowe spotkały się z dużym społecznym odzewem – na portalu internetowym Rospil.info zbierane są informacje o korupcji, złodziejstwie.

Na niekorzyść Nawalnego przemawia fakt, że jego przekaz nie dociera do mas, tylko do bardziej refleksyjnej i dynamicznej grupy osób. To właśnie tę grupę obserwowaliśmy na prospekcie Sacharowa 24 grudnia. Jeśli ta grupa, najbardziej twórcza i niepokorna, będzie odwrócona do władzy plecami, żadna modernizacja w Rosji nie zajdzie.

*Anna Łabuszewska – analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, pisze bloga „Siedemnaście mgnień Rosji” na www.labuszewska.blog.onet.pl