Newsletter

Jeszcze możemy być równi

Aleksandra Kaniewska, 29.12.2011
To nie anomalia, że ludzie szeregują się na pewnej drabinie – możliwości finansowych, władzy, statusu. Robią to także małpy. Jeśli te różnice stają się ogromne, mamy problem

Obłędnie bogaci i okrutnie biedni żyją w różnych światach. Pierwsi jeżdżą wygodnymi limuzynami, noszą torebki od Hermesa i nie wiedzą, ile kosztuje bilet tramwajowy. Ci drudzy marzą – o własnym M2, wakacjach nad morzem i ciepłych butach na zimę. A po najtańsze mięso jeżdżą autobusem. Mogą mieszkać w tym samym mieście, ale nigdy się nie spotkają. Nie uścisną sobie dłoni.

Jakość życia, jakość bycia

„Rodzimy się w jednym społeczeństwie, ale żyjemy w innych klasach społecznych, na różnych planetach” – tak o nierównościach społecznych mówi prof. Richard Wilkinson, epidemiolog i ekonomista, współautor książki „Duch równości” (2009), wydanej niedawno przez Wydawnictwo Czarna Owca. Razem z Kate Pickett argumentuje w niej, że równość społeczna jest dla wszystkich warstw bardzo ważna. Wręcz – poprawia jakość życia każdego mieszkańca. W jaki sposób?

W egalitarnych społeczeństwach, w największym skrócie, zdarza się dziesięć razy mniej morderstw, trzy razy mniej chorób psychicznych, a sześć razy mniej osób ląduje w więzieniach. Nawet prawdopodobieństwo, że będziemy otyli jest trzy razy niższe!

„Nie ma co udawać – dziś 1 procent Amerykanów z górnej warstwy społecznej rocznie zarabia jedną czwartą całego przychodu kraju. Jeśli zaś spojrzeć na ich dobrobyt, ten sam 1 procent ludzi kontroluje 40 procent amerykańskiego bogactwa” – pisał w maju tego roku w „Vanity Fair” prof. Joseph Stiglitz, ekonomista-noblista z Columbia University. Kilka miesięcy później, w połowie października, na Wall Street, w słynnym finansowym dystrykcie Nowego Jorku rozbito namioty. Symbolizującego sektor finansów byka za rogi postanowiło wziąć ubożejące 99 procent amerykańskiego społeczeństwa. I tak powstał ruch społeczny Occupy Wall Street. Zainspirowani hasłem prof. Stiglitza, protestujący zaczęli domagać się bardziej demokratycznych stosunków w instytucjach państwowych, lepszej redystrybucji dobrobytu i większych regulacji w rozbuchanym sektorze finansowym. Domagali się też większej równości społecznej.

Jak małpy

O upadku klasy średniej, krwiożerczym kapitalizmie, liberalnej demokracji i nierównościach społecznych dużo się ostatnio pisze po obu stronach Atlantyku. Politolodzy z Uniwersytetu Yale, Jacob Hacker i Paul Pierson, w książce „Winner-Take-All Politics” twierdzą, że gospodarka USA stała się systemem, w którym „zwycięzca zgarnia wszystko”. Z kolei Jan-Werner Müller, Niemiec kształcony w Wielkiej Brytanii, w świetnej książce „Contesting Democracy, Political Ideas in Twentieth-Century Europe” pokazuje drogę, jaką przeszła demokracja w Europie od czasów faszyzmu. Twierdzi w niej, że współczesna demokracja liberalna nie wystarczy, by porwać masy.

Na szczęście, książka Wilkinsona i Pickett jest bardziej optymistyczna, bo pokazuje, że demokracja jako system ma rację bytu. Co więcej, jest niezbędna do dobrego funkcjonowania społeczeństwa. A drogą do prawdziwej demokracji jest równość (i vice versa). Co więc tworzy nierówności?

Według autorów (obydwoje są epidemiologami, stąd książka „Duch równości” to bardziej zbiór twardych danych niż esej socjologiczny), istnienie nierówności jest jedną z cech struktury społecznej. To wcale nie anomalia, że ludzie szeregują się na pewnej drabinie – możliwości finansowych, władzy, statusu. Robią to także pewne gatunki małp. Jednak jeśli te różnice stają się ogromne i dysproporcjonalne, mamy problem.

Geografia biedy

„Ubóstwo to określony status społeczny, relacja między ludźmi” – pisze w książce „Stone Age Economics” znany amerykański antropolog, Marshall Sahlins. A więzi społeczne rozluźniają się z kilku powodów, m.in. nierównomiernego rozłożenia zarobków, słabej redystrybucji czy nierównego dostępu do edukacji. Czyli: na pozycję społeczną mocno wpływa zasobność portfela.

Pokazują to też statystyki. W krajach uznawanych za egalitarne, na przykład w Japonii czy Szwecji, najbogatsze 20 procent społeczeństwa jest mniej niż czterokrotnie bogatsze od najuboższych 20 procent. Z kolei w krajach o największych nierównościach, czyli Singapurze, USA, Portugalii i Wielkiej Brytanii, najbogatsi są nawet dziewięć razy bogatsi od biednych. Ta nierówność finansowa przekłada się na nierówność społeczną. A ta na dalsze nierówności: edukacyjne, polityczne, a nawet zdrowotne.

Bardziej obrazowo? Wyobraźmy sobie dwie kobiety – Anne i Claire. Pierwsza jest Szkotką, urodziła się w Glasgow, na jednym z tamtejszych osiedli komunalnych. Druga od urodzenia mieszka w najbogatszej londyńskiej dzielnicy, Chelsea. Jak długo i jak przyjemnie będą żyły? Na pierwsze pytanie znamy odpowiedź. Claire ma szansę dożyć 87 lat (tyle wynosi średnia długość życia dla jej dzielnicy). Anne – tylko 75 lat. Te dwanaście lat różnicy to tzw. „Glasgow effect”. Smutny efekt geografii biedy. Na drugie pytanie nie znam odpowiedzi. Ale mogę się jej domyślić.

Równość a kultura

Książka Richarda Wilkinsona i Kate Pickett to ogromny agregat danych z kilkunastu państw. Pokazuje, jak nierówność społeczna, zarówno wyrażona przez tzw. współczynnik Giniego, jak i liczbę więźniów (dla porównania: w USA na 100 tys. mieszkańców przypada 576 więźniów, w Japonii – 40), wpływa na nasze życie. Jest jednak wątek, którego wielu socjologom, antropologom i innym teoretykom nauk społecznych może brakować.

Jako wzór miejsc o wysokim wskaźniku równości autorzy podają Szwecję i Japonię. Przyznają przy tym, że w obu tych miejscach owa równość osiągana jest innymi sposobami. Szwecja czyni to przez redystrybucję opartą na podatkach i rozbudowanym państwie opiekuńczym. A Japonia – przez większą równość zarobków.

Czego brakuje w tym równaniu? Argumentu kulturowego. Co ze szwedzką równością, wynikającą z setek lat spokojnej historii, która pozwoliła instytucjom państwowym rozwijać zaufanie społeczne i poczucie solidarności? Co z inspirowanymi buddyzmem japońskimi zasadami współpracy społecznej i tożsamości grupowej? Czy to nie one pośrednio wpływają na krzewienie idei empatii i wzajemności w społeczeństwach?

W pewnym sensie „Duch równości” sugeruje, że to równość społeczna wpływa na kulturę narodową. Problem w tym, że może być też na odwrót. Że specyficzna kultura lokalna, na którą składać się mogą m.in. historia, jednorodność etniczna, językowa i kulturowa, sprawia, że utrzymanie równości jest dużo prostsze.

Niezależnie od tych wątpliwości, opracowanie Wilkinsona i Pickett to pozycja obowiązkowa. Nie tylko dla polityków. Pokazuje nam, jaka smutna przyszłość może nas czekać bez równości. To prognoza gorzka jak mocna kawa. Na szczęście także z kroplą mleka. Warto tu sparafrazować słynne zdanie Simon de Beauvoir z książki „Druga płeć”: „Nie rodzimy się kobietami, ale stajemy się nimi”. Bo po urodzeniu wcale nie jesteśmy równi.

Richard Wilkinson, Kate Pickett, „Duch równości. Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej”, tł. P. Listwan, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.