Skazani na politykę

Paweł Śpiewak29/12/2011
Świat na krawędzi?

Tomasz Mincer: Pokutuje przekonanie, że nastał czas post-polityki. Politycy nie kształtują dziś rzeczywistości tylko „zarządzają zmianą”. Czy rok 2012 utwierdzi nas w tym przekonaniu?

Prof. Paweł Śpiewak: Sądzę, że to zupełna nieprawda. Po pierwsze: post-polityka jest jednym z wielu niezdefiniowanych pojęć, którymi aż za łatwo się szermuje. Poczynając od lektury Tukidydesa, a skończywszy na współczesnych gazetach, w tym publicystyce, wiemy, że od tego, jak się politycy zachowają wobec kryzysów politycznych i gospodarczych, na ile potrafią stworzyć narzędzia obrony przed nimi, zależy bardzo dużo. Wiemy, jak ważne są propozycje duetu Merkel-Sarkozy czy premiera Tuska dla Polski i to już wskazuje na znaczenie czynnika politycznego.

Na przykładzie Włoch widzimy, jakie skutki miały fatalne rządy Silvia Berlusconiego dla pogłębienia kryzysu w tym kraju czy rządy ojca byłego już premiera Grecji Jeorjosa Papandreu (Andreasa – przyp. red.). Powtórzę: paradoksalnie to politycy stają się dziś zasadniczymi aktorami w toczącej się grze. Od ich poczucia rzeczywistości, umiejętności podejmowania decyzji zależy niesłychanie dużo. Co nie oznacza, że nie ma innych ważnych graczy: finansistów, bankierów, przedsiębiorców.

Jürgen Habermas wskazuje na ruch Occupy Wall Street, który może dokonać zmiany społecznej, niekoniecznie zaś na szeroko rozumianą politykę partyjną. Co Pan profesor o tym sądzi?

Powiedziałbym, że ruch OWS też jest rodzajem polityki partyjnej – oczywiście nie jest formacją zorganizowaną, nie posiada swoich liderów, ale też jest na swój sposób stronniczy. Tak jak partia oznacza część, tak i ten ruch jest pewną częścią. To rodzaj opinii publicznej, który został w ten sposób zorganizowany – jako ruch protestu. Nie stanowi z pewnością opinii dominującej, ani bardzo wpływowej, a raczej barwną, kolorową opinię, obecną w świecie mediów.

Nie dysponujemy żadnym dowodem na to, że ruch ten odegrał czy odegra jakąś zasadniczą rolę w przekształceniu świata, nie ma przy tym dowodu, że stary rodzaj demokracji zostaje tym samym podważony. Możemy narzekać na demokrację, możemy z wielu powodów ją krytykować, ale nie ma powodu sądzić, że istnieje jakiś alternatywny sposób rozwiązania kwestii wyłaniania elit rządzących państwem i sukcesji. A są to sprawy zasadnicze, od których zależy pokój społeczny. Nie wiemy, jakbyśmy mieli zmienić ten system starej demokracji.

Niemniej w dojrzałych demokracjach zauważa się spadek zaufania do klasy politycznej…

Zgoda. Zajmuję się tzw. modelem demokracji deliberatywnej. Zakłada on takie myślenie o demokracji, w którym krytykuje się partie polityczne, gdzie indziej szukając sposobów artykulacji interesów, innego sposobu ich reprezentacji. Wreszcie: skupia się na innej roli samych wyborców czy osób zainteresowanych poszczególnymi kwestiami (issues), a niekoniecznie na samym wygrywaniu wyborów.

Dyskusja o tym modelu wskazuje, że istnieje potrzeba szukania alternatywy. Jednak nawet, gdy wprowadzimy elementy demokracji deliberatywnej do poszczególnych systemów, nie oznacza to jeszcze, że demokracja deliberatywna jest w stanie w tej chwili już zastąpić istniejący model. Ona może jedynie wzbogacić i uzupełnić funkcjonujące rozwiązania.
Z kolei spadek prestiżu polityków jest zjawiskiem powszechnym. Polska na tym tle wygląda w sposób radykalnie odmienny. Kryzys polityczności jest u nas większy niż w innych krajach Europy czy na świecie.

Czy objawem kryzysu polityczności jest sukces Ruchu Palikota?

Janusz Palikot korzysta w sposób znaczny na owym zmęczeniu obecną polityką i zmęczeniu charakterem konfliktu politycznego. To jest niewątpliwie jego siła napędowa. Również w RP pojawia się wymiar liberalizmu kulturowego, który jest ważny, szczególnie dla młodszego pokolenia. Podobnie jak antyklerykalizm. Uważam, że RP nie ma racji bytu poza jedną: promowaniem lidera Ruchu, który wystartuje w następnych wyborach prezydenckich.

Ruch Palikota nie ma spójnego rysu programowego, choć będzie potrzebny w grach, układankach parlamentarnych, mając 41 szabel. Rzecz jasna Donald Tusk będzie je musiał brać pod uwagę. Ogólne wrażenie o tej partii jest jednak takie: powiedzieć o Ruchu „pospolite ruszenie” byłoby przesadnym komplementem.

Dojdzie do zjednoczenia szabel na lewicy?

Mam nadzieję, że nie. Po pierwsze, Ruch Palikota nie jest lewicowy. Jest to jeden ze swego rodzaju fałszów kreowanych między innymi przez Aleksandra Kwaśniewskiego. On jedynie swoimi wystąpieniami daje więcej tlenu Palikotowi.

Na podstawie wypowiedzi lidera RP, wiemy, że to jedna z bardziej prorynkowych formacji, w której natrafimy na myślenie neoliberalne. Na to z kolei nakłada się dość liberalny program w świecie kultury i właśnie dzięki temu przekaz Palikota zdradza lewicowe powinowactwo. Ale, dalibóg, nie ma tam miejsca na problem sprawiedliwości społecznej, nierówności, dostępu do szkół czy reformy służby zdrowia. Są same hasła, żadnego całościowego programu.

Większym wyzwaniem dla rządzących będzie kryzys gospodarczy czy opozycja, która wykorzysta negatywne nastroje społeczne?

Na szczęście dla Donalda Tuska opozycja postanowiła się sama zmarginalizować. Gdyby Platforma Obywatelska zdobyła 1 pkt procentowy mniej w wyborach, nie wiemy, jak wyglądałby układ sił w parlamencie. Wszystkie możliwości sojuszu bralibyśmy wtedy pod uwagę, łącznie tandem PiS-SLD. Tuskowi wybory dobrze wyszły.

Prawicowa opozycja jest obecnie skazana na walkę wewnętrzną i na radykalizm: kto będzie chciał wprowadzić karę śmierci, kto karę tortur, kto każe kobietom nosić suknie do połowy łydki… Poza tym język tej części opozycji jest tak nierealistyczny i anachroniczny (choć gromadzi ponad dwadzieścia procent elektoratu), że dla premiera nie jest ona żadnym wyzwaniem, a tylko źródłem niedobrej atmosfery.

Nie ma szans na powstanie w Polsce rozsądnej prawicy?

Tego nie powiedziałem. Choć na razie nie widzę takiej możliwości. Jest po prawej stronie wiele ciekawych osobowości, ale póki co zepchniętych w półcień przez tandem Ziobro-Kaczyński.