Newsletter

Pajęczyna Felisberto

Magdalena M. Baran, 20.12.2011
Styl Felisberto sprawia, że to, co niesamowite unosi nas, by po chwili zepchnąć w realność

Nawet po pobieżnej lekturze, przeczytaniu bodaj jednego czy dwóch opowiadań Felisberto, trudno nie wpaść po uszy. Niezwykły, miejscami może nazbyt ozdobny, kiedy indziej do bólu konkretny i szczegółowy styl urugwajskiego pisarza nie pozwala oderwać się od tomiku. Felisberto, niczym uparty pająk, snuje dla swoich czytelników osobny świat, w który pochwyceni nie szamoczemy się, ale czytać chcemy więcej i więcej. Jest ona – przy całej, przedziwnej niekiedy frazie – muzyczna, jakby takty muzyki, pierwszej fascynacji autora, naznaczały każdy napisany wers, dla zachowania rytmu odwracając niekiedy spodziewaną kolejność słów.

W pisarstwie Felisberto istotny bywa każdy przedmiot, ruch, zapach, kształt. Z każdego z osobna i ze wszystkich razem Urugwajczyk buduje świat, w którym karmi czytelników niezliczonymi cudami. To dzięki precyzji opisu, a jednocześnie przełamaniu przewidywalnych związków pomiędzy wspomnianymi przedmiotami i kształtami przekracza granicę między jawą i snem, wciągając w literacką przygodę.

Felisberto szybko staje się swego rodzaju przyjacielem, przewodnikiem po krainie cudów i literackich tropów, dzięki którym zaglądamy nie tylko w głąb jego własnej prozy, ale poznajemy również twórczości innych, może lepiej nam znanych z imienia i nazwiska pisarzy. Między wierszami oddychamy więc niesamowitością zaczerpnięta po trosze z opowiadań Edgara Allana Poe czy elokwencją i czarem tekstów Borgesa. Ze zdumieniem przecieramy oczy, odkrywając bliskie pokrewieństwo z prozą Cortazara, Marqueza, z magią opowieści Italo Calvino, a nawet (bardziej już współczesne) tropy wiodące ku pomysłom Jose Carlosa Somozy, Manuela Vincenta czy Julio Llamazaresa. Podobne echa znajdujemy również w opowiadaniach fantastycznych, a nawet w twórczości (wciąż jeszcze młodego) rodzimego piewcy horroru, Łukasza Orbitowskiego.

Dla miłośnika literatury, czytacza-szperacza, wydany właśnie przez PIW tom opowiadań Felisberto jest zatem niczym stary przyjaciel, na którego przybycie czekało się aż nazbyt długo, a z którym do późnej nocy można rozprawiać o świecie i znajomych postaciach. Dla czytelników nieobeznanych z szerszym literackim kontekstem tomik ten jest jak pajęczyna, z której pochwyceni nie chcą (po trosze już nie mogą) odejść przed przeczytaniem całości, przed radosnym (acz lekko niepewnym) podzieleniem się odkryciem Felisberto z innymi.  Felisberto – bo po lekturze trudno tego maga stylu i niewątpliwego mistrza krótkiej, zagadkowej i wciągającej w wir myślenia opowieści formy – nazywać twardym, dość pospolitym w Ameryce Południowej nazwiskiem Hernández. Wszak magów najlepiej przywoływać po imieniu.

Naiwny będzie jednak ten, kto sądziłby, że proza Urugwajczyka jest w lekturze lekka i łatwa (choć i tak daje się ją czytać). W tomiku znajdziemy opowiadania nie do opowiedzenia, historie, których nie można streścić bez zabicia ich ducha. Trudno bowiem mówić w kontekście opowiadań Felisberta o „suchych faktach”, którym pisarz często nie pozwala dojść do głosu. Opis faktów miewa u niego więcej niż jedno znaczenie. Znajdziemy więc w tomie świat, który mógłby istnieć, a którego (na szczęście) jeszcze nie ma (skądinąd urocze „Meble »El Canario«”), niezwykły sposób patrzenia na ludzi – widząc twarz, oglądamy ludzką duszę („Nikt nie zapalał lamp”), magiczny balkon („Balkon”), który czerwienią i zielenią szybek wróży usposobienie człowieka, „miasteczko wspomnień” z „Zielonego serca”, a także „czasowędrowanie” z „Lukrecji”. To opowieści, gdzie istotny jest najmniejszy nawet szczegół, do bólu wyraźnie, oddany z niespotykaną wręcz dokładnością. Bez trudu można sobie wyobrazić, że moglibyśmy stać się jego częścią („Portier”).

Wszystko to jest wysmakowane, skonstruowane przy użyciu niesamowitych porównań. Na pozór odnoszących się do tego, co nierealne, a jednak opisujących istniejąca rzeczywistość. Jakby autor, puszczając do nas oko, uchylał rąbka tajemnicy, pozwoliwszy nam zajrzeć do wnętrza magicznego świata jego wyobraźni. Przez chwile trwamy w zadziwieniu i „rozmagicznieniu”, by po chwili, obudzeni ostatnim akapitem, spaść… Styl Felisberto sprawia bowiem, że to, co niesamowite – jak choćby ten, co „własnymi oczyma rozświetlał ciemność” – unosi nas, by po chwili zepchnąć w realność. Urugwajczyk wygasza w ten sposób własne opowieści, do głębi czując, że przeciwieństwem magii (podobnie jak sacrum) jest banał.

Felisberto Hernández, „Ciemna jadalnia, balkon i inne niezwykłe opowieści”, tł. N. Pluta, T. Pindel, PIW, Warszawa 2011