Newsletter

Kryzys w rozlanych miastach

Paweł Kubicki, 14.12.2011
Z centrów polskich miast w zastraszającym tempie znika życie

Kryzys w polskich miastach staje się coraz bardziej realny. Samorządy rzadko jednak szukają głębszych przyczyn swoich problemów. Idąc na łatwiznę stosują anachroniczne neoliberalne rozwiązania: na masową skalę podnoszą opłaty i tną wydatki, zwłaszcza w sferze polityk społecznych i kulturalnych.

Konsekwencją takich działań jest radykalne obniżanie się poziomu i jakości życia w mieście. Jeśli ktoś do tej pory wahał się, czy wyprowadzić się z miasta do gmin podmiejskich, polityka władz miejskich skutecznie go do tego zachęci. Jak na ironię, w tym samym czasie włodarze dużych miast, całkiem słusznie, dopatrują się przyczyn kryzysu w spadku dochodów z podatków PIT i CIT.

Masowa suburbanizacja i tzw. urban sprawl – rozlewanie się miasta poza jego granice administracyjne – to problemy dobrze znane w krajach o silnie rozwiniętej tkance miejskiej. Po kryzysie naftowym z początku lat 70-tych ubiegłego wieku uznano te problemy za jedno z największych zagrożeń dla miast. Rozlane organizmy miejskie, skazane na indywidualny transport, przestały dobrze funkcjonować.

Przedmieścia okazały się pułapką, z której trudno się wydostać, a centra miast od dawna opuszczone przez mieszkańców zaczęły świecić pustkami. Dlatego już od wielu lat prowadzi się tam szereg działań, mających na celu przeciwdziałanie tym procesom i przywracanie życia społeczno-kulturowego. Miasta kompaktowe, projektowane na skalę pieszego, powinny zachęcać do życia i korzystania z dostępnych w nich atrakcji.

W Polsce niestety procesy te idą w zupełnie odwrotnym kierunku. Ostatnia dekada to okres gwałtownego rozwoju polskich miast. Jeszcze kilka lat temu można było sądzić, że rozwój ten przekłada się na kwestie społeczne i kulturowe. Wiele polskich miast kipiało optymizmem i społeczną energią, kwitła kultura miejska. Jak grzyby po deszczu wyrastały offowe galerie, klubokawiarnie, restauracje. Dziś zaczyna to wyglądać zupełnie inaczej. W śródmiejskim pejzażu dominują zamykane wieczorem na głucho banki, a na każdym rogu straszą jarmarcznymi neonami 24-godzinne sklepy monopolowe. Z centrów polskich miast w zastraszającym tempie znika życie. Dlaczego?

Po pierwsze, to konsekwencja opóźnionej modernizacji, która dokonała się bardziej na wzór amerykański niż europejski. Rodząca się miejska klasa średnia kopiowała American Dream – ze szczytowego okresu epoki fordowskiej – dom z ogródkiem pod miastem i samochód dla każdego domownika. Nieliczne głosy o zupełnej nieefektywności takiego rozwoju w XXI wieku zbywano dogmatem o prymacie rynku i własności prywatnej. Symboliczna stała się wypowiedź z 1997 roku rzecznika prasowego Zarządu Dróg Miejskich w stolicy: „Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć”.

Po drugie, polska suburbanizacja wiązała się ściśle z procesem integracji europejskiej, z wejściem – jak wówczas powszechnie sądzono – do bezpiecznej strefy dobrobytu i stałego wzrostu. To sprawiło, że po raz pierwszy na tak masową skalę dostępny stał się kredyt hipoteczny. W tym samym czasie polski rynek został dosłownie zalany używanymi samochodami z UE dostępnymi na każdą kieszeń. Te dwa oczywiste mechanizmy stymulujące suburbanizację wystąpiły w Polsce z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem.

Na domiar złego akcesja nastąpiła w czasie, kiedy bańka nieruchomości na Zachodzie  rozdęła się do maksimum, a Polska dysponowała wówczas najszczuplejszymi i jednymi z najgorszych zasobów mieszkaniowych w ówczesnej UE. Mieszkania, zwłaszcza w aglomeracjach, zaczęły drożeć w astronomicznym tempie. Decyzja o wyprowadzce pod miasto stawała się coraz częściej koniecznością.

O ile w pierwszej fazie suburbanizacji pod miasto przenosili się głównie pionierzy kapitalizmu, w niewielkim stopniu związani z miejskim stylem życia i kulturą miejską, o tyle w drugiej zaczęło dotyczyć to przede wszystkim „nowych mieszczan”: głównych twórców i konsumentów miejskiego stylu życia, wypychanych m.in. przez drożyznę. W obu przypadkach miasta ponoszą dotkliwe straty.

Z roku na rok maleją wpływy z podatków PIT i CIT. Dzieje się tak, gdyż pod miasto wypychana jest przede wszystkim klasa średnia – najważniejszy podatnik. W ślad za nią podążają firmy. Wciąż jednak „gapowicze” korzystają z infrastruktury miejskiej (drogi, szkoły itp.), nie dokładając się w postaci podatków do wspólnej kasy.

Co charakterystyczne, jedynym dużym miastem notującym znaczne przychody z PIT i CIT jest Rzeszów, który od 2006 roku zwiększył swoją powierzchnię ponad dwukrotnie (sic!), wchłaniając okoliczne gminy wraz z „uciekinierami”. Takie rozwiązanie jednak w dłuższej perspektywie niczego nie zmienia, generuje za to większe koszty funkcjonowania infrastruktury miejskiej.

Podczas gdy podstawy gospodarcze miast coraz bardziej opierają się na usługach, polska wersja suburbanizacji okazuje się być coraz bardziej zabójcza. Potencjalni konsumenci szeroko rozumianej kultury miejskiej, zamiast „bywania na mieście”, z konieczności wybierają wielogodzinne tkwienie w samochodach i wizyty w centrach handlowych na peryferiach.

Antykryzysowa polityka samorządów, polegająca na drastycznych podwyżkach usług komunalnych i cięciu wydatków na kulturę, przypomina gaszenie ognia za pomocą benzyny. Zamiast przyciągać mieszkańców z powrotem, skutecznie wypychają pod miasto kolejnych. Samorządy wydają ogromne środki na promocję zewnętrzną, adresowaną do turystów i tzw. klasy metropolitalnej, zapominając, że najcenniejszym zasobem są mieszkańcy silnie utożsamiający się z miastem. Pouczająca jest tutaj historia Nowego Jorku.

Kiedy Nowy Jork popadł w głęboki kryzys w latach 70-tych ubiegłego wieku, turyści przestali tam przyjeżdżać, klasa metropolitalna przeniosła się do bezpieczniejszych i modniejszych miast. Z upadku podnieśli go jego mieszkańcy: ci, którzy z niego nie wyjechali. Słynne logo i slogan „I Love New York” powstały właśnie w najtrudniejszym dla miasta okresie.

Najlepszym wyjściem z kryzysu okazało się budowanie silnej tożsamości mieszkańców. Mieszkańców przywiązanych do swego miasta. W NYC zrozumiano, że życie miasta to codzienne interakcje na ulicach, placach, w kawiarniach czy udział w kulturze miejskiej.

Rewitalizacja, tak dziś potrzebna polskim miastom, nie polega na brukowaniu placów i deptaków kostką typu bruk-bet. Po dekadzie takiej polityki, na „zrewitalizowanych” placach i deptakach będzie hulał wiatr, a jedyną rozrywką staną się zadymy kiboli na popadających w ruinę stadionach.