Newsletter

Szklane wieżowce vs. miasteczko namiotowe

Jarosław Makowski, 21.11.2011
Chciwość nie jest grzechem, chciwość jest zarazą

Dewey Square znajduje się w centrum Bostonu. To niewielki skwer otoczony wysokimi, zbudowanymi z metalu i szkła wieżowcami. Te stanowią – jak łatwo się domyśleć – centra finansowe. Chcesz czy nie chcesz, musisz tam trafić. Tuż przy Dewey Square znajduje się bowiem South Station – główny dworzec miasta, gdzie przecinają się nie tylko linie bostońskiego metra, ale także odjeżdżają pociągi, m.in. do Nowego Jorku i Waszyngtonu.

Nie muszę mówić, jak bardzo skwerek tuż przy bostońskim centrum finansowym szpeci, szczególnie dla ludzi ceniących porządek, kilkadziesiąt kolorowych namiotów. Nie muszę namiętnie przekonywać, że kolorowy tłum ludzi, kobiet i mężczyzn, młodych i starych, zmęczonych, choć zdeterminowanych, z transparentami „Płacę wyższe podatki niż ExxON” („I paid more taxes than ExxON”) zaburza kompozycję eleganckiej na co dzień przestrzeni. I nie muszę w końcu mówić, że na tle wysokich i metalowych wieżowców, namiotowe miasteczko ruchu „Occupy Boston” wygląda jak wrzód na zdrowym ciele.

Co więcej: „szklane domy finansjery” w zderzeniu z kolorowym namiotowym miasteczkiem „The Boston Occupier” mają charakter wręcz symboliczny: oto siła 1 proc. bogaczy („szklane domy”) i 99 proc. biednych („namioty”).

Mniejszość, mając władze (Biały Dom i Kongres) oraz finanse (Wall Street) kontroluje większość, której pozostały skwery i parki. Tak w praktyce wygląda amerykański system gospodarczy, zbudowany na modelu trickle-down economics, czyli na przekonaniu, że przede wszystkim trzeba stworzyć możliwości rozwoju największym graczom, a więc korporacjom i bankom, od których bogactwo będzie „ściekać” do mniejszych podmiotów. Stało się coś zupełnie przeciwnego: bogaci mają jeszcze więcej, biedni jeszcze mniej. Trickle-down economics w praktyce nie działa.

A co z Okupującymi? Czy mają szansę na jakiekolwiek zmiany? Po pierwsze, jak na spontaniczny ruch ludzi, od związkowców, poprzez młodych anarchistów, na profesorach kończąc, są dobrze zorganizowani. W miasteczku obowiązują ścisłe zasady – sprzątanie, ustalone godziny wydawania posiłków, grafik z wykładami, spotkaniami, dyskusjami. I jest nawet kaplica, w której swoje nabożeństwa i medytacje prowadzą różne Kościoły chrześcijańskie i inne religie. Organizowane są akcje charytatywne, gdzie ludzie przynoszą rzeczy, by dzielić się z innymi. Tyle że, obok wielkiego kosza, gdzie znajdują się przyniesione rzeczy, znajduje się też wielki napis: „Bierz tylko to, co jest ci konieczne, a nie to, czego chcesz”.

Czyż nie jest to w istocie najkrótszy i zarazem najcelniejszy antykonsumpcyjny manifest? Szczególnie brzmi on dobitnie przed Black Friday („Czarnym Piątkiem”), dniem po Thanksgiving (Święto Dziękczynienia), w czasie którego Amerykanie ruszą jak jeden mąż na zakupy, wydając znów miliony dolarów na rzeczy kompletnie im zbędne… Przedmioty których, by dobrze żyć, nie potrzebują.

Po drugie, protestujący wydają już swoją gazetę „Occupier Boston”. Co więcej, dzięki takim gadżetom jak smartfony, Okupujący doskonale komunikują swoje działania i postulaty z mieszkańcom Bostonu. Dziś wielkie korporacje produkujące te gadżety nie tylko zarabiają na nich ogromne pieniądze, ale dają Okupującym narzędzia, by ci mogli walczyć z ich monopolem. Choć raz produkt wielkich korporacji nie służy tylko zyskowi.

Po trzecie, „Occupy Boston” budzą sympatię. Gdy tylko pojawisz się w ich miasteczku, od razu zapraszają cię do różnych akcji. Przykładowo: na chodniku znajduje się wielki arkusz papieru, na którym napisano hasło: „Co byś zrobił, gdybyś został prezydentem”. I każdy może dopisać swój postulat, swój pomysł, jak Ameryka powinna się zmienić. Co powinien zrobić następny prezydent. Postulaty są różne: od darmowych studiów, do zamknięcia FED.

Jeszcze do wczoraj mówiono, że inny świat jest możliwy. Dziś, kiedy przyglądam się i rozmawiam z okupującymi Boston, odnoszę wrażenie, że inny świat jest konieczny. Potwierdza to Jim, młody student politologii, informatyki i filozofii: „mógłbym siedzieć w swoim pokoju na kampusie z założonymi rękami, ale chcę być tu, bo wiem, że wielkie korporacje zawłaszczają nasze życie. Chcę, by rząd reprezentował interesy każdego Amerykanina, a nie interesy bankierów i korporacji”.

Do wczoraj powtarzano w Ameryce, że „chciwość jest dobra” („Greed is good”). Rekinom finansjery bardzo zależało na tym, by tak myślał „przeciętny Amerykanin”. Dziś Amerykanie już wiedzą, że chciwość doprowadziła ich kraj do jednego z największych od lat kryzysów finansowych i gospodarczych. Trudno więc nie przyznać racji okupującym Boston, gdy mówią, że chciwość nie jest już nawet grzechem, chciwość jest zarazą („greed is not just a sin, it is a disease”). A z zarazą, jak z każdą groźną chorobą, każdy mądry i sprawiedliwy rząd powinien walczyć.