Życie życiu nierówne

Aleksandra Kaniewska14/11/2011
Czytam, więc jestem!

Wojna jest „oprawiana” przez media tak, żebyśmy nie zastanawiali się nad relatywną wartością ludzkiego życia. Dlatego ci, którzy według naszych ram kulturowych nie są „opłakiwalni” (z ang. grievable – zasługujący na żałobę), giną śmiercią anonimową. I nikt po nich nie płacze – pisze w najnowszej kolekcji esejów „Ramy wojny. Kiedy życie godne jest opłakiwania?” Judith Butler, amerykańska filozofka, feministka i profesorka retoryki.

Z „reglamentacją” żałoby spotykamy się już u Antygony, która wbrew prawu opłakiwała śmierć jednego z braci. Dla Butler publiczna żałoba jest dobra. Więcej, jest konieczna. Przydaje stracie fizycznej realności. Dlaczego więc jedni ludzie są jej godni, a inni nie? Dlaczego po śmierci jednych się płacze i publikuje nekrologi w znanych gazetach, a na śmierć innych spada zasłona milczenia?

W „Ramach wojny” Judith Butler pokazuje nam się bardziej jako filozofka niż feministka. Z filozoficznym zacięciem przygląda się działalności Stanów Zjednoczonych w Iraku i Afganistanie – analizując wiersze więźniów z Guantanamo czy okrutne zdjęcia torturowanych przez amerykańskich żołnierzy jeńców z obozu w Abu Ghraib. I pyta, pyta, pyta. „Co to jest życie”, „Co to jest pokój”, „Czym są te działania na rzecz pokoju, które sieją zagładę?”.

Pojawiają się tu też ciekawe dylematy ontologiczne – czy lewicowcy i liberałowie, którzy jako zwolennicy pro-choice w kwestiach życia, pozostają w jawnej sprzeczności do opcji pro-life wyznawanej przez konserwatystów, mają w ogóle prawo korzystać z retorycznego argumentu życia?

Nie można zapominać, że Judith Butler jest nie tylko twórczynią teorii queer i jedną z prekursorek myślenia o płci w kategoriach społeczno-kulturowych, ale też profesorką literatury porównawczej i retoryki Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkley. Dlatego tytuł książki „Frame of War”, przetłumaczony na język polski po prostu jako „Ramy wojny”, można rozumieć dwojako.

Rzeczownik frame to po angielsku: ramka, rama, kadr – tu rozumiany jako przekaz medialny, zamknięty wewnątrz jakiejś formy kultury obrazkowej, np. ilustracji. Jednak frame może być również czasownikiem, oznaczającym idiomatyczne sformułowanie: wrobić kogoś. To kolejna płaszczyzna wywodu Butler, która dowodzi, że przy pomocy odpowiednich ilustracji i kontekstu, w jakim są one przedstawione, sugeruje nam się interpretację wydarzeń.

Wojna, życie i śmierć są głównymi motorami rozważań Butler. Ten temat poruszała już w swojej wcześniejszej książce „Precarious Life: The Powers of Mourning and Violence” („Kruche życie: siły żałoby i przemocy”, 2006). Tutaj idzie jeszcze dalej. Pokazuje czytelnikowi, jak słowa i obrazy, zwłaszcza fotografia, tworzą rzeczywistość. Inną od tej, która dzieje się naprawdę. Jak oprawiają w ramy cierpienie, wyzysk i dyskryminację. Dają im „interpretację wizualną”.

Tak jak francuski filozof Jean Baudrillard pisał, że nie było wojny w Zatoce, tak Butler – ironicznie – pokazuje, że w Iraku „nie ma ofiar”. Nie ma, bo ich nie oglądamy, nie słyszymy ich głosów. W amerykańskich mediach nie publikuje się wielu zdjęć ofiar w obawie, że mogą stać się antyamerykańskie i obrócić opinię publiczną przeciw wojnie. Profesor Gail Buckland, nauczyciel historii fotografii z college’u Cooper Union w Nowym Jorku podkreśla, że więcej zdjęć zmarłych żołnierzy amerykańskich ukazywało się podczas Wojny Secesyjnej w XIX wieku niż po 2001 roku.

Ten lęk przed sprawczą siłą obrazu to przydanie fotografii prawdziwej siły rażenia, oddziaływania na emocje i poglądy, w kontraście do tezy Susan Sontag z lat 70-tych, która pisała, że fotografia straciła zdolność budzenia gniewu i zagrzewania do działań. Być może nie miała na myśli obrazów tak obscenicznych jak ten z udziałem rezerwistki Lynndie England, trzymającej smycz zawiązaną na szyi półnagiego, cierpiącego mężczyzny z więzienia w Abu Ghraib. Czy to barbarzyństwo można w ogóle nazwać misją cywilizacyjną? – pyta retorycznie Amerykanka.

W jednym z najciekawszych esejów zbioru, zatytułowanym „Polityka seksualna, tortury i sekularne ujmowanie czasu”, Butler dowodzi kolejnych paradoksów polityki Zachodu wobec imigrantów, islamu, a tak naprawdę każdej mniejszości. Argumentuje, że nowoczesność coraz częściej rozumiana jest jako otwartość wobec polityki równości seksualnej. Na przykład, w Holandii osoby aplikujące o prawo do imigracji prosi się o ocenę zdjęcia całujących się mężczyzn, weryfikując, czy są w stanie żyć w miejscu realizacji swobód osobistych. Według Butler, to kolejny przykład kulturowej homogeniczności wymuszanej na „innych”, czyli migrantach. Jakby zakładanie, że „nasza” kultura jest postępowa, ergo dobra, a islamska – zła i ograniczona.

„Oczywiste, że chcę móc publicznie się całować – pisze autorka. – Tylko czy każdy musi patrzeć na publiczne pocałunki i wyrazić dla nich aprobatę, zanim otrzyma prawa obywatelskie? Nie sądzę” (s. 177). Skoro więc wolność staje się egzekwowaną wobec mniejszości normą, można ją jeszcze nazywać wolnością? Czy nie jest to zaprzeczenie założeń wolności per se?

Walka o prawa seksualnych mniejszości nie powinna wykluczać walki przeciwko rasizmowi czy antyislamskim zachowaniom – konkluduje Butler. To ciekawe akademickie zaproszenie do debaty nad współczesną kulturą obrazkową, polityką i naszą rolą w oddzielaniu prawdy od medialnie zapośredniczonej rzeczywistości. W „Ramach wojny” Judith Butler zadaje więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Ale to niekoniecznie musi być wada tej książki.

Judith Butler, „Ramy wojny. Kiedy życie godne jest opłakiwania?”, tł. A. Czarnacka, Seria Teatru Dramatycznego,  wyd. Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2011