Newsletter

Gotowi na wszystko

Aleksandra Kaniewska, 18.11.2011
To nie akcenty, biedni rodzice czy zbyt mała ilość gotówki powstrzymuje migrantów przed zdobywaniem szczytów, ale bezdenna naiwność

„Bardzo liczę na to, że mi się uda”, „W Anglii strasznie prosto jest się osiedlić, znaleźć pracę i żyć. I to lepiej niż w Polsce”, „Moja mama żartowała, że sprzedałaby swoją nerkę, żebym mógł opłacić studia” – to słowa młodych emigrantów z tzw. Europy Wschodniej (przy okazji: skoro podobno to sformułowanie staje się niepoprawne politycznie, poprawni politycznie Brytyjczycy na pewno zaczną niedługo mówić o nas: Europa Centralna). Wygłaszają je w realizowanym przez BBC dokumencie „Young Foreign, and Over Here”, który wyemitowano na antenie nieco niszowego kanału BBC Three.

W skrócie: w filmie jest kilkoro bohaterów, w tym dwójka z Polski. Pominę niefrasobliwego Węgra, który na poważną rozmowę o pracę zakłada T-shirt ze zdjęciem Andy Pipkina i Lou Todda z „Little Britain” oraz uroczą czesko-słowacką parę, nieświadomie wypuszczającą z ust mocno rasistowskie komentarze. Polskę reprezentują Antoni i Anna. Dwie osoby, dwie klasy społeczne i dwie zupełnie różne strony emigracji.

Antoni to lekko elitarystyczny (patrz: prawie-brytyjski akcent, Ray-Bany, spodnie z szelkami) uczeń dobrego liceum, który dostał się na studia w Oksfordzie, a na czesne zarabia jeżdżąc rikszą po Londynie. Anna, lublinianka z blokowiska, niedawno odebrała dyplom z socjologii. Nie wspomina, żeby miała jakiekolwiek doświadczenie zawodowe, ale marzy o pozycji HR-owca w dużej, brytyjskiej firmie. Ale przede wszystkim, bardzo chce się wyrwać z Lublina. – „Tu nie ma szans” – mówi.

Jedno z nich szuka doświadczenia intelektualnego, uznając (zresztą słusznie), że dyplom oksfordzki to przepustka do wielu światów – polityki, korporacji czy akademii. Drugie ma marzenia typowo emigracyjno-zarobkowe. Odłożyć na dom, nie mieszkać w nudnej Polsce. Któremu z nich uda się podbić Brytanię? Nie wiem. Wiem jednak, że prawdopodobnie wylądują w Anglii „dwóch prędkości”.

Jedna – ta którą znam – to piękne oksfordzkie college, tradycyjne kolacje ze znanymi intelektualistami, ciekawy świat na wyciągnięcie dłoni. Druga – to mozolne godziny na najniższej stawce zarobkowej, mieszkanie w londyńskiej „5 strefie”, ciągłe oszczędności i wiele wyrzeczeń.

Ale – uwaga! – to wcale nie akcenty, biedni rodzice czy zbyt mała ilość gotówki powstrzymują migrantów przed zdobywaniem szczytów, ale ich bezdenna naiwność. Bez świetnej znajomości języka, konkretnego doświadczenia zawodowego, determinacji i kreatywności nikt nie jest w stanie osiągnąć sukcesu nie tylko na Wyspach, ale tak naprawdę gdziekolwiek. A tym bardziej w Polsce.

Kiedy myślę o emigracji, mam takie słodko-gorzkie uczucie. Zna je każdy marzyciel: trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie ulicy, jabłko z dna skrzyni smaczniejsze niż to na wyciągnięcie ręki, amant z romantycznego filmu bardziej seksi niż mąż na kanapie. A zagranica bardziej kusząca niż opatrzona codzienność własnego kraju. To z tego i wielu innych powodów „młodzi gniewni” (albo młodzi zdesperowani) pakują swoje marzenia w wysłużone walizki i jadą w świat. Po lepsze jutro.

Emigracja to temat nie tylko na film, dokument czy książkę, ale na rozprawę doktorską, kampanię społeczną czy wielką narodową sesję terapeutyczną. Myślę, że patrząc na naturalną predestynację Polaków do migrowania poza granice własnego kraju, kurs emigracyjnego przetrwania, czy jakaś inna forma survival guide, przydałyby nam się już w przedszkolu.