Newsletter

Wzór na sukces

Paul Tough, 28.10.2011
W świecie ekspertów do spraw edukacji jedno jest już pewne: uczenie za pomocą dialogu warte jest sto razy więcej niż najlepiej opracowane testy

Aleksandra Kaniewska: Kończy Pan właśnie pracę nad książką „The Success Equation”, która ukaże się w przyszłym roku. I już zapowiada się na ogromny sukces wydawniczy. O czym będzie ta książka?

Paul Tough:  O dzieciach i sukcesie. Czyli o tym, jakie umiejętności i doświadczenia prowadzą młodych ludzi do sukcesu, a jakie do porażek. Chcę zobaczyć, czy jest jakaś korelacja między umiejętnościami, sposobem uczenia się i realizacją życiowych celów.

Jedną z ważnych kwestii, która wynika z rozmów z naukowcami, nauczycielami i prowadzącymi szkoły jest fakt, że umiejętności miękkie takie, jak konsekwencja czy komunikatywność, są bardzo ważne. Tak samo ważne jak twarda wiedza. W książce próbuję te wszystkie umiejętności nazwać i konkretnie opisać.

Czy jest łatwo przeprowadzić analizę sposobów uczenia w kraju tak zróżnicowanym jak Stany Zjednoczone?  

Podczas pracy nad książką przyglądałem się dwóm, demograficznie różnym grupom. Jedna to uczniowie z bogatych rodzin, którzy chodzą do drogich, prywatnych szkół. Druga to dzieci ze szkół publicznych, pochodzące z biedniejszych rodzin, często z trudną sytuacją domową. Szukaliśmy wspólnego mianownika, czyli podobieństw między tymi teoretycznie bardzo różnymi populacjami. Naszym głównym celem było znalezienie części składowych „równania sukcesu”. Czyli drogi do osiągnięcia satysfakcjonujących wyników w nauce i sukcesów w dalszym życiu.

I udało się ten klucz znaleźć?  

Niestety, nie jest to takie proste. Na pewno wiemy, co w procesie nauczania niespecjalnie się sprawdza. Dominic Randolph, dyrektor znanej nowojorskiej szkoły Riverdale Country School twierdzi na przykład, że standardowe testy szkolne nie mierzą wszystkich niezbędnych dla młodego człowieka umiejętności. Jest cały szereg zachowań, które psychologowie społeczni zbiorczo nazywają „charakterem”. To one mają ogromny wpływ na to, z jakim wynikiem kończymy szkołę, czy później dostajemy się do renomowanego college’u i na studia, a także czy jesteśmy potencjalnie wartościowym pracownikiem. I to niezależnie od tego, czy pochodzimy z zamożnej czy biednej rodziny.

Niestety, żeby nazwać umiejętności, które najlepiej sprawdzają się we współczesnym świecie, brakuje nam odpowiedniego słownictwa. Nie bardzo wiadomo też, jak powinno się ich uczyć w sposób powtarzalny, czyli taki, który tworzyłby jakiś schemat programowy. Przecież sprawdzanie charakteru to nie to samo, co testowanie umiejętności liczenia czy znajomości historii.

Wyobraża Pan sobie przedmiot „praca nad charakterem” na liście zajęć? Brzmi to trochę dziwnie…

No właśnie… Ale są instytucje edukacyjne, które badają pracę z charakterem. Nowojorska sieć szkół KIPP wprowadziła niedawno tzw. kartę oceny psychologicznej (ang. character report card). Dwa razy do roku ocenia się uczniów według kilku specyficznych kryteriów zachowania i osiągnięć, które całościowo składają się na tzw. „charakter”. Może to dziwnie brzmieć, bo karta ocen kojarzy się z poważnym dokumentem ze skalą i kryteriami wymagań. A badanie charakteru, o jakim mówimy, bardziej przygląda się psychologii działania młodego człowieka, jego motywacji i nastawieniu do życia. Pozwala to nauczycielom, rodzicom, administratorom szkoły i uczniom na wartościową rozmowę o tym, jak powinna wyglądać edukacja, jakie umiejętności przydają się w prawdziwym życiu oraz jak ich uczyć.

Na pewno są cechy charakteru, które przydają się w życiu bardziej niż inne.

Dokładnie tak jest. I wraz z rozwojem psychologii społecznej, coraz więcej o nich wiemy. Badania pokazują na przykład, że już od pierwszych lat gimnazjum dzieci z wyższym wskaźnikiem samokontroli mają lepsze wyniki w nauce. Ale jak uczyć samokontroli?

Na pewno nie przez wygłaszanie rad w stylu: „Musicie dobrze się zachowywać, unikać pokus, odrabiać pracę domową”. To na młodzież nie działa. Nie tworzy pola do rozmowy o tym, w jaki sposób samokontrola pozytywnie wpływa na życie i przyszłą karierę oraz jak ją pielęgnować. W świecie ekspertów do spraw edukacji jedno jest już pewne: uczenie za pomocą dialogu warte jest sto razy więcej niż najlepiej opracowane testy.

To, że szkoła nie zawsze uczy tego, co powinna, pokazuje przykład ludzi jak Steve Jobs, który rzucił studia i został jednym z największych wizjonerów w świecie technologii. W jednym z artykułów w magazynie „New York Times” pisze Pan o wytrzymałości i determinacji jako prostej recepcie na sukces.

Myśli Pani pewnie o tzw. „grit”, czyli wytrwałości i determinacji. To koncept stworzony przez Angelę Duckworth, profesor socjologii z Uniwersytetu Pensylwanii. Prof. Duckworth argumentuje, że to połączenie samokontroli i pasji, czyli umiejętność pełnego zaangażowania i poświęcenia się swoim długookresowym celom. Ważne są konsekwencja i upór.

Nie chodzi więc o to, żeby dzieci jednego dnia pasjonowały się polityką, a drugiego jazdą na snowboardzie, tylko uparcie dążyły do wybranego przez siebie celu, jakikolwiek on będzie. Niestety, większość szkół nie sprawdza i nie wytwarza umiejętności samokontroli i wytrwałości. A są one niezbędne do szczęśliwego i spełnionego życia!

Ale czy można się ich w ogóle nauczyć?

Przez ostatnie miesiące przyglądałem się pracy pewnej nauczycielki ze szkoły w Nowym Jorku. Uczyły się tam dzieci z ubogich rodzin, m.in. wielu Afroamerykanów. I to właśnie w tej szkole powstała jedna z najlepszych w mieście drużyn szachowych.

Nauczycielka pokazała młodym ludziom, jak dążyć do osiągania marzeń – wytrwale i z pasją. Nie było to łatwe zadanie. Wiele dzieci z nieuprzywilejowanych środowisk ma problemy z koncentracją, brak motywacji do nauki, na które składają się często problemy w domu czy brak dobrego przykładu wśród rówieśników. A w tej konkretnej szkole „młodzi gniewni” potrafią godzinami siedzieć po zajęciach i grać w szachy.

Nawet więcej: nie tylko grają, ale też uczą się, jak zostać szachowym mistrzem. To właśnie jest nauka determinacji. Przez sport, książki, dyskusje polityczne, kreatywne pisanie czy muzykę. Nie ma jednej drogi. Taki mentalny trening umysłu sprawia, że uczeń będzie miał większą determinację, żeby dalej studiować matematykę, prawo czy medycynę.

Nie chce Pan chyba powiedzieć, że w szkołach dzieci powinny zdobywać tylko umiejętności miękkie?

Oczywiście, że nie. Na przykład, neurobiolodzy twierdzą, że równie ważne są cechy wykonawcze (ang. executive skills), czyli kontrola i elastyczność poznawcza oraz dobra pamięć. I te umiejętności, w przeciwieństwie do zdolności miękkich, można zmierzyć. Co ciekawsze jednak, te zdobywa się głównie w rodzinie, a nie w szkole. I dlatego dzieci z doświadczeniami traumatycznego dzieciństwa radzą sobie z nimi dużo gorzej niż te z kochających i wspierających je domów. Przez kilka miesięcy obserwowałem kilka szkół w Chicago z niskim odsetkiem uczniów kończących szkoły. Okazuje się, że ten problem przechodzi z generacji na generację. I nowe reformy wprowadzane w szkołach niewiele tu pomagają.

Czyli szkoły, nawet najlepiej prowadzone, nie są w stanie pomóc takim dzieciom?

To ogromne wyzwanie dla twórców polityki społecznej i edukacyjnej. Idealnie byłoby jednocześnie wdrażać mądre programy dla szkół i dla rodzin. Ale większość obywateli nie jest zainteresowana tym, żeby politycy ingerowali w to, co dzieje się w ich domach. Najlepszy z możliwych wydaje się więc system, który łączy edukację w szkole ze wsparciem dla dzieci i rodzin poza szkołą, zwłaszcza w pierwszych okresach życia dzieci.

Czyli chodzi o edukację w najszerszym tego słowa znaczeniu: w szkole, w rodzinie, edukację społeczną i obywatelską? Edukację, tak naprawdę, przez całe życie.

Dokładnie. To w pewnym sensie jest pytanie semantyczne: czy powinniśmy nazywać to edukacją i starać się, żeby taka edukacja w sensie systemowym zaczynała się wcześnie, już od przedszkola? Czy mówimy o rozwoju dziecka w najszerszym tego słowa znaczeniu, w którym od początku i rodzice, i nauczyciele wyznaczają sobie pewne cele? W obu przypadkach, do obowiązku szkół należy dokładne zdefiniowanie narzędzi mentalnych koniecznych do pracy z dziećmi. I podzielenie ich na te, które oferuje szkoła. I te, które można znaleźć poza nią.

A jak technologia wpisuje się w ten model osiągania sukcesu? Pomaga czy przeszkadza?  

Technologia sama w sobie nie jest ani przeszkodą, ani korzyścią. Wszystko zależy od tego, jak jest wykorzystywana. Generalnie, jestem jednak odrobinę sceptyczny. Martwi mnie sposób, w który technologię wykorzystuje się w procesie rozwoju dzieci, w domach i w szkolnych klasach.

W Stanach Zjednoczonych kilka lat temu zapanowała ogromna moda na wykorzystywanie DVD (m.in. serii Baby Einstein), które miały stymulować intelektualne możliwości dzieci od wczesnych miesięcy życia. Po serii badań okazało się jednak, że dzieci wcale nie uczą się lepiej przy pomocy gadżetów. Najlepsze jest dla nich interakcja, kontakt z druga osobą, najlepiej z rodzicem. To pokazuje, że technologia nie zastępuje komunikacji międzyludzkiej i mentoringu.

A iPhone’y, elektroniczne tablice, komputery dla uczniów? Czyż nie pomagają lepiej zrozumieć trudnych i często abstrakcyjnych tematów?

Być może. Dla mnie najważniejszym składnikiem jest tutaj inteligentny i kreatywny nauczyciel, który potrafi korzystać z materiałów i najnowszych technologii tak, żeby rzeczywiście zająć się młodzieżą. I zmotywować ją do chłonięcia wiedzy. Zbyt często bowiem negatywną stroną zajęć z gadżetami jest to, że część dzieci zajmuje się zabawą, a nie nauką. A nauczyciel jest zadowolony, że uczniowie siedzą cicho. To nie o to przecież chodzi. Technologia to ogromny potencjał kreatywny. Musi być jednak mądrze używana.

Największe wyzwanie edukacji XXI wieku?  

Wydaje mi się, że jest to brak równości w dostępie do dobrej edukacji. W niektórych szkołach wykorzystuje się pełen potencjał młodych ludzi, a w innych dzieci są zostawione samym sobie. Jak sprawić, żeby zdobycze nauki o zdolnościach poznawczych i emocjonalnych, technologii i kreatywności połączyć w najlepszy uniwersalny program dla szkół nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie?

To dopiero jest wyzwanie…

*Paul Tough - dziennikarz zajmujący się edukacją, rozwojem dzieci i polityką społeczną, publicysta „New York Times Magazine”. Autor książki „Whatever It Takes: Geoffrey Canada’s Quest to Change Harlem and America” oraz „The Success Equation” (2012)