Newsletter

I po wyborach

Anna Szybist, 27.10.2011
Nie wystarczy już rozebrać się w spocie, zaśpiewać głupią piosenkę czy być czyimś „aniołkiem”

Kandydowałam do Sejmu z ostatniego miejsca na liście w okręgu 13. Moje hasło wyborcze, w które głęboko wierzę, głosiło: „Od działalności społecznej do polityki” (w domyśle: a nie odwrotnie). Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wielu wyborców też tak uważa. Urzekł mnie zwłaszcza pewien człowiek z wygoloną głową, który siedząc na ławce na Plantach powiedział: „Bardzo przepraszam, nie mogę na panią zagłosować, bo jestem nacjonalistą, ale znam panią z programu w TV o psach i serdecznie pozdrawiam”.

Goniąc ludzi z psami po trawnikach, w celu wręczenia ulotki, poznałam wielu posiadaczy czworonogów schroniskowych oraz dużo pięknych historii o odratowanych cudem stworzeniach. W poszukiwaniu miłośników zwierząt, zapędzałam się z ulotkami dosłownie w krzaki (np. w krakowskim Parku Jordana), gdzie pewnego dnia spotkałam dwie starsze panie z jamnikami. Przedstawiłam się, panie mnie wycałowały i zakrzyknęły, że słuchają mnie w „Klinice zdrowego chomika” w Radiu Kraków, i że znają akcję „Nie wstawaj od stolika bez persa lub jamnika”.

Wyborcy się zmieniają. Nie wystarczy już rozebrać się w spocie, zaśpiewać głupią piosenkę czy być czyimś „aniołkiem”, aby zdobyć społeczne zaufanie. Widząc moją ulotkę z psem, ludzie pytali wprost: „A co pani dotychczas zrobiła dla zwierząt?”. Bardzo mnie to ucieszyło.

Kampania bezpośrednia jest nie do przecenienia. Dzięki niej udało mi się opowiedzieć wielu osobom, jak wygląda praca w schronisku dla bezdomnych zwierząt, o tym, że pieski są leczone i szkolone, mają nie tylko kawałek podłogi i karmę, ale kochających wolontariuszy i nadzieję na znalezienie domu.

Wielu pytało o nowelizację Ustawy o Ochronie Zwierząt, i o nieszczęsny przepis tyczący trzymania psów na uwięzi nie dłużej, niż 12 godzin: „Jak go wyegzekwować?”, „Czy trzeba będzie donosić na sąsiadów?”.

Pojechałam do kilku miejscowości podkrakowskich, gdzie z drżeniem serca spacerowałam po targowiskach. Lecz, jak się okazało, nie znalazłam tam szczeniąt w klatkach, a temat zwierząt wzbudził wiele sympatii. Paru sprzedawców pochwaliło się nawet warunkami, w jakich przebywają ich czworonogi. Niestety, wokół domów w Wolbromiu, Bolesławiu czy Skale zobaczyłam wiele zbyt krótkich łańcuchów…

Ku mojej radości, przed wyborami powstało kilka stron na portalach społecznościowych, podpowiadających wyborcom nazwiska kandydatów na posłów i senatorów, którym los zwierząt nie jest obojętny. Podobną kampanię informacyjną prowadziły organizacje pozarządowe.

Żyjemy w czasach specjalizacji. Kandydat na posła powinien wiedzieć, czym chce się zajmować w Sejmie. Polki i Polacy zaczynają rozumieć, że najskuteczniejszymi narzędziami do przeprowadzania konkretnych reform przez kompetentne osoby są samorząd i parlament. Widzą, że ludzie do polityki „nie pchają się” dla pieniędzy. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Mimo, iż do Sejmu się nie dostałam, oddano na mnie 2661 głosów – jest to wspaniała motywacja do dalszych działań na rzecz poprawy losu zwierząt.

W czasie kampanii spotkałam pewną dziewczynę, która zaproponowała: „Niech pani zrobi tak, żeby każdy poseł miał psa”. A może chociaż psa lub kota, zaadoptowanego wirtualnie? No to do dzieła!