Następny krok

Jarosław Makowski10/10/2011

Zwycięzcą w tych wyborach jest zdrowy rozsądek. Polacy pokazali, że rozumieją powagę sytuacji. Nie jest ona związana ze strachem przed PiS. Na szczęście. Jako społeczeństwo wiemy już, że obecne czasy – znaczone niepewnością i ryzykiem – to nie wymysł rozdygotanych emocjonalnie filozofów.

Przeciwnie: kryzys jest faktem. Dotyka już nie tylko Amerykę, ale niemal całą Europę. Co więcej, dziś musimy się nauczyć żyć z kryzysami w tle – od ekonomicznych zawirowań na rynkach poczynając, a na zmianach klimatycznych kończąc. I to właśnie dlatego większość Polek i Polaków postawiła na Platformę Obywatelską. Ufają, i słusznie, że partia Donalda Tuska lepiej zadba o nasze portfele. Że rząd PO lepiej potrafi „skolonizować niepewną przyszłość”. Że lepiej będzie chronił nasz życiowy byt. I że lepiej przeprowadzi kraj przez drugą falę kryzysu, która puka właśnie do naszych drzwi.

Ale – i to po drugie – Polki i Polacy pokazali też, iż jeśli nie ma twardych racji, bezsensem jest odsyłać rządzącą partię na karną ławkę po jednej kadencji. Dojrzeliśmy do przekonania, że – jeśli chcemy, aby jakikolwiek dziś rząd przeprowadził zamierzoną przez siebie modernizację – potrzebuje drugiej kadencji. Cztery lata to zbyt krótko, żeby zmienić kraj. To reguła, która jest domeną dojrzałych demokracji. Dopiero po drugiej kadencji Polacy powiedzą Platformie: „Sprawdzamy!”

Bo mimo wielu potknięć, jakie były udziałem rządu PO, obywatele zobaczyli, że państwo rzeczywiście zaczęło się modernizować. Zgoda, że nie w takim tempie, w jakim wszyscy byśmy oczekiwali. Ale jakość życia większości z nas – mimo kasandrycznych obrazów kreślonych przez opozycję – systematycznie się podnosi. I na słynne już pytanie: „Jak żyć?”, nie chcemy, by odpowiedź dawali nam politycy. Sami ją znajdujemy. Od polityków mamy prawo wymagać, by tworzyli poprzez stanowione prawo przyjazne warunki do twórczego życia. Dlatego Polacy zachowali się zgodnie z mądrością tkwiącą w starym porzekadle: „lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu”.

Dziś PO otrzymuje z woli wyborców szansę na drugą kadencję. Dostaje ją po to, żeby zrobić następny krok na drodze do „inteligentnego rozwoju”, który staje się wyznacznikiem filozofii rządzenia Platformy. Dostaje szansę, by zrobić następny krok, który realnie przyczyni się do dokończenia procesu „twardej modernizacji”, czyli zbudowania szeroko pojętej komunikacji: od dróg poczynając, poprzez koleje, a na szerokopasmowym internecie kończąc. Choć kryzys z pewnością nie ułatwi rządzącym pracy.

Ale jest to również sygnał, szczególnie zważywszy na dobry wynik Ruchu Palikota, że Polacy oczekują rozpoczętej już przez Platformę „miękkiej modernizacji”: większej aktywności państwa gwarantującego sprawiedliwość społeczną, równość i tolerancję dla mniejszości. Otwartej i skutecznej edukacji. A także rzeczywistego rozdziału Kościoła od państwa, co może przyczynić się tylko do „duchowego” odrodzenia jego autorytetu, a nie politycznej marginalizacji. Partia rządząca w tej kadencji musi więc intensywniej uwzględnić kwestie związane z „miękką modernizację” w promowanym przez siebie modelu rozwoju.

Pozycję niekwestionowanego lidera na konserwatywnej prawicy potwierdził PiS. Co więcej, Jarosław Kaczyński może uważać się za częściowego zwycięzcę tych wyborów. Choć sytuacja jest szczególna: lider partii, który przegrywa szóstą batalię z rzędu, potwierdza zarazem swoje przywództwo w partii. Dzieje się tak dlatego, gdyż Jarosław Kaczyński jest na tyle silny, iż nikt w PiS nie jest mu w stanie rzucić rękawicy w walce o dowodzenie w partii. Jest zarazem na tyle słaby, że nie ma mocy wygrywania kolejnych wyborów. To więc, co może robić, i co także robi, to śnić o „Budapeszcie w Warszawie”…

Kaczyński jako lider całej konserwatywnej prawicy, gromadzący swoich wyznawców pod skrzydłami PiS, nie jest aż taki zły dla Polski. Dziś ostatnią rzeczą, jakiej nasz kraj potrzebuje, jest „prawicowa modernizacja”, którą mogliby nam zafundować konserwatyści kierowani przez innego lidera. Kaczyński zaś gwarantuje to, że pod jego przywództwem Polacy nie oddadzą władzy PiS. Dlaczego? Bo zasmakowali już zmian, jakie niesie ze sobą „liberalna modernizacja” i boją się jej wyhamowania. Z drugiej strony, nie ma PiS bez Jarosława Kaczyńskiego. PiS to dziś skazana na polityczny dryf spółka jednoosobowa.

O ile Palikot pokazał, że duża liczba Polek i Polaków „ma serce po lewej stronie”, o tyle Grzegorz Napieralski potwierdził, że jest skutecznym grabarzem SLD-owskiej lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że nawet najsłuszniejsze ideały, jakie niesie ze sobą socjaldemokratyczny projekt, szczególnie w dobie kryzysu, są mało warte, jeśli mają je realizować liderzy pokroju Napieralskiego, wespół z jego „młodymi akolitami”.

Lidera lewicy zgubiła nie tylko pycha, którą prezentował po wyborach prezydenckich, kiedy mówił, że bez SLD nie da się w tym kraju rządzić. Zgubił go przede wszystkim brak kompetencji i doświadczenia, który dla wyborców w takich czasach, jakie dziś mamy, jest kluczowy. Napieralski więcej uwagi poświęcał atakowaniu PO niż prezentowaniu własnego pomysłu na Polskę. Polacy uznali więc, że ma powodów, żeby głosować na taką lewicę.

I na koniec rzecz najciekawsza, pomijana przez komentatorów niemal całkowitym milczeniem. Klęska formacji Pawła Kowala. Dziś jest już jasne, że projekt konserwatywno-liberalny (konserwatywny obyczajowo i liberalny gospodarczo), jaki przedstawił Polakom PJN, nie ma wzięcia. Jest to znak, że w Polsce nie ma przyjaznego klimatu dla prawicy w wersji „soft”, jaki prezentował PJN. Jeśli prawica, to tylko „hard” – a tę w całości zagospodarowuje Jarosław Kaczyński.

Tak wygląda krajobraz po wyborczej batalii, w którym Platforma Obywatelska odniosła historyczne zwycięstwo, broniąc swoich czteroletnich rządów. To jednak nie koniec. Bo dużo ważniejsze jest to, żeby PO w zwycięskim stylu zakończyła spór o polski charakter modernizacji. Żeby rząd, robiąc następny krok, nadal konsekwentnie przekształcał Polskę w państwo z dobrymi autostradami, czystymi dworcami, szybkimi pociągami i nowoczesnymi szpitalami. Państwo, gdzie jest więcej solidarności, więcej równości, więcej sprawiedliwości i więcej tolerancji. Kraj, w którym obywatele mają powody do optymizmu i dumy.