Newsletter

Przejadamy koniunkturę

Andrzej Rzońca, 09.11.2018

Rząd PiS chwali się, że w budżecie na 2019 r. deficyt będzie niski. Zapomina dodać, że w 7-9 krajach Unii będzie jeszcze niższy, a 14 kolejnych państw będzie miało nadwyżkę. Nawet Grecja! – ostrzega prof. Andrzej Rzońca, główny ekonomista Platformy Obywatelskiej

Fot. Sakuto/Flickr. CC BY-NC 2.0

Instytut Obywatelski: Przedstawiając projekt budżetu państwa na 2019 roku, rząd pochwalił się, że deficyt będzie na rekordowo niskim poziomie: tylko 1,3% PKB. Mamy powody do zadowolenia?     

Andrzej Rzońca: – Zapomniał jednak dodać, że deficyt na przyszły rok – w sumie 28,5 miliarda złotych – będzie wyższy, niż ten, który ma być w tym roku (23,8 mld zł, czyli 1,1 proc. PKB). I to pomimo zakładanego utrzymania dobrej koniunktury na świecie. A jeśli do rządowych wyliczeń dodamy deficyt budżetu środków europejskich, to ujemna pozycja budżetu państwa w 2019 roku wyniesie 44,1 mld zł (czyli równe 2% PKB).

Innymi słowy, w samym szczycie gospodarczej koniunktury – przy gospodarce rozpędzonej eksportem do krajów zachodnioeuropejskich, ciągle jeszcze przeżywających boom gospodarczy – rząd powiększa zadłużenie państwa, zamiast je zmniejszać. Gorzej nawet: planuje wyższe tempo zadłużania niż w mijającym roku! Projekt budżetu państwa na 2019 r. przewiduje, że potrzeby pożyczkowe wzrosną z 39,7 do 46,0 mld zł (tj. z 1,9 do 2,1% PKB).

To jednak mniej niż w 2015 roku, kiedy PiS przejmował władzę…

- Jeśli porównamy planowaną kwotę pożyczek na przyszły rok z tą z 2015 roku, to rzeczywiście okaże się, że pożyczymy o 5,5 mld złotych mniej. Tyle tylko że przez ostatnie trzy lata wzrost gospodarki zapewnił budżetowi wzrost dochodów z podatków o co najmniej 62,7 mld zł! To z ekonomicznego punktu widzenia kuriozum: mamy najlepszą od dziesięcioleci koniunkturę gospodarczą na świecie, wpływy podatkowe napędzane wzrostem gospodarczym rosną, tymczasem rząd nie jest w stanie ograniczyć zadłużania.

Może jednak twierdzić, że kwota deficytu jest najniższa w historii. To nie jest sukces?

- Porównywanie obecnej sytuacji do np. lat 2011 – 2015, gdy Unia Europejska najpierw stawiała czoła drugiej fali kryzysu gospodarczego, a potem mozolnie z niego wychodziła, to oszukiwanie obywateli. Bo zła sytuacja gospodarcza u naszych partnerów handlowych negatywnie ważyła na koniunkturze gospodarczej u nas, a w efekcie na dochodach budżetu. Działo się to w sytuacji, w której budżet wciąż jeszcze nie uporał się ze skutkami ani pierwszej fali globalnego kryzysu finansowego, ani gigantycznych obniżek podatków i składek, które co prawda uchwalono w 2007 roku, ale w pełni weszły w życie w 2009 roku. Przypomnę, że obniżki te zostawiły w portfelach Polaków ponad dwa razy więcej pieniędzy, niż trafia do części z nich z kieszeni innych w ramach programu 500 plus.

Jakie porównanie byłoby więc uczciwe?

- Rząd PiS-u powinien porównać sytuację budżetową z tym, co robią inne kraje Unii, także te z naszego regionu. I wówczas już nie będzie tak różowo. Jeżeli założenia budżetowe zostaną zrealizowane, to Polska będzie miała w 2019 r. 5. najwyższy deficyt w całej Unii! W przyszłym roku aż w 18 krajach członkowskich deficyt budżetowy ma być niższy niż 0,5% PKB, w tym aż 14 krajów ma mieć nadwyżki w finansach publicznych. Nawet Grecja będzie miała nadwyżkę!

To dlaczego poprawia się finansowy rating Polski?

- Owszem, ostatnio agencja S&P podniosła rating Polski do poziomu A- (z z poziomu BBB+) – i rząd nie omieszkał się tym pochwalić. Tyle tylko, że przed 2016 rokiem Polska również miała rating A-, a były to lata, na które przypadły dwa największe kryzysy w gospodarce światowej po II wojnie światowej. Ostatnie trzy lata doskonałej globalnej koniunktury zostały zmarnowane. Dziś tylko trzy kraje naszego regionu mają niższy rating niż Polska: Bułgaria, Rumunia i Węgry. Oto miara naszego sukcesu.

Jak na tle budżetu państwa wyglądają finanse samorządów? 

- Są zrównoważone. Przez ostatnie dwa lata samorządy przygotowywały się do skutecznego wykorzystania dostępnych funduszy unijnych i porządkowały swoje finanse. Przykładem może być Warszawa, której zadłużenie zostało ograniczone do ok. 30 proc. rocznych dochodów. Dla dyscypliny w finansach samorządów nie bez znaczenia było wzmocnienie wiążących je reguł fiskalnych przez rząd koalicji PO-PSL. Wcześniej miały one pokaźny deficyt.

Czy jest szansa, że rząd pójdzie w ślady samorządów i zrównoważy budżet państwa?

- Wątpię, chyba że dojdzie do zmiany władzy. Przyglądając się budżetowi państwa, widać, że rząd PiS nie ma pomysłu na redukowanie deficytu. Jeśli deficyt się zmniejsza, to wyłącznie dzięki wzrostowi dochodów publicznych – a to nie wystarczy! Żeby trwale ograniczyć deficyt, trzeba pilnować wydatków. Nie mogą one rosnąć szybciej niż gospodarka, zwłaszcza w okresie dobrej koniunktury. Tymczasem u nas dzieje się na odwrót: od 2015 roku Polska należy do pięciu krajów UE, w których wzrost wydatków publicznych (innych niż na odsetki od długu publicznego i inwestycje) wyprzedza wzrost PKB, i to pomimo faktu, że dobra koniunktura na świecie podbija dynamikę PKB. Gdyby rząd wykorzystał dobrą globalną koniunkturę w takiej samej części, jak przeciętnie kraje UE, do obniżenia relacji wydatków publicznych do PKB, to w 2019 roku w finansach publicznych byłaby nadwyżka na poziomie 0,6% PKB. Wtedy zobaczylibyśmy zapewne rzeczywistą poprawę ratingu wystawianego Polsce przez międzynarodowe instytucje ratingowe, a nie tylko powrót ratingu do poziomów sprzed 2016 roku.

No ale jak zapewnić, żeby wzrost wydatków budżetu nie wyprzedzał wzrostu gospodarki?

- Rząd PiS „odziedziczył” po poprzednikach narzędzia budżetowe do skutecznego redukowania deficytu, w szczególności stabilizującą regułę wydatkową. Gdyby je zachował, w finansach publicznych od ubiegłego roku byłaby nadwyżka. Zamiast się zadłużać, budżet zacząłby spłacać swoje długi. Niestety, PiS zaraz po objęciu władzy rozwodnił stabilizującą regułę wydatkową, a potem ją obchodził, zawyżając dochody budżetu z uszczelnienia poboru podatku VAT, bo te mógł od razu wydać, a nie odkładać ich na gorsze czasy.

Dlaczego w ogóle powinniśmy się przejmować tym, czy deficyt budżetowy jest wysoki albo niski?

- Bo stan finansów publicznych jest czynnikiem, który może sprzyjać, albo utrudniać redukcję luki w dochodach na mieszkańca, która wciąż dzieli nas od krajów Europy Zachodniej. Finanse publiczne oddziałują na wszystkie czynniki rozwojowe: inwestycje, nakłady pracy, jakość kapitału  ludzkiego (wykształcenie i kwalifikacje pracowników), produktywność, jak i na odporność gospodarki na wstrząsy.

Ale dlaczego wciąż Pan powraca do tych ostrzeżeń?

- Stan finansów publicznych trzeba oceniać systematycznie, przy każdej okazji, przy której pojawiają się nowe informacja i dane. Nieprzypadkowo tak właśnie robi Komisja Europejska, która publikuje regularne raportu o stanie finansów publicznych w każdym z państw członkowskich Unii. Projekt ustawy budżetowej dostarcza nowych informacji.

Nie wynika z nich, żeby coś złego wkrótce miało się wydarzyć. Gdyby było inaczej, nikt nie podniósłby Polsce ratingu…

- To, że agencja S&P przywróciła rating Polski do stanu sprzed 2016 roku nie powinno nikogo usypiać. Utrzymywanie u szczytu koniunktury gospodarczej deficytu budżetowego i to większego niż 1% PKB, czyli średniookresowy cel, a więc poziom, na którym deficyt powinien kształtować się przeciętnie w całym cyklu koniunktury, to ryzykowna polityka fiskalna. Zwłaszcza, że źródłem tego deficytu jest zwiększanie wydatków publicznych na inne cele niż inwestycje wyprzedzające wzrost gospodarki.

Dlaczego taka polityka miałaby być ryzykowna?

- Po szczycie koniunktury zawsze przychodzi jej pogorszenie, po okresie niskich stóp procentowych zawsze następują ich podwyżki. Rząd z jednej strony wydaje lekką ręką dziesiątki miliardów, a z drugiej – świadomie lub nieświadomie produkuje bomby z opóźnionym zapłonem, które w przyszłości „wybuchną”, zwiększając obciążenia budżetu.

Jakieś przykłady?

- Powolna realizacja inwestycji finansowanych z unijnego budżetu powoduje, że za rok – dwa dojdzie do kumulacji tych wydatków (bo trzeba będzie zdążyć przed końcem okresu wydatkowania). Drugim zagrożeniem jest utrzymywanie dynamiki płac w sektorze publicznym poniżej tempa ich wzrostu w sektorze prywatnym. Żądania płacowe pracowników budżetówki kumulują się – i w końcu wybuchną. Głośne w ostatnich dniach protesty policjantów to tylko zapowiedź burzy. Wszystkie czynniki, które dzisiaj poprawiają stan finansów publicznych, za pewien czas będą go więc pogarszać, przyspieszając narastanie długu publicznego.

Gdy przyjdzie kryzys, Polska nie stanie się z dnia na dzień niewypłacalna, ale obsługa zobowiązań będzie wymagała dużych wyrzeczeń: podwyżek podatków lub cięć w wydatkach publicznych. A ewentualne podwyżki podatków pogłębią dekoniunkturę. Zachowanie stabilności wymaga czujności i działania z wyprzedzeniem. U nas nie ma ani jednego, ani drugiego. Ludzie boleśnie się o tym przekonają już przy najbliższym pogorszeniu koniunktury na świecie.