Newsletter

Jak uniknąć emerytalnego zawału?

Andrzej Rzońca, 16.02.2018
Konsekwencje „deformy” systemu emerytalnego, przeforsowanej przez PiS, będą dramatyczne. Większość emerytów będzie otrzymywać głodowe świadczenia, a mimo to w finansach publicznych pojawi się gigantyczna wyrwa. Mamy mało czasu, żeby zapobiec katastrofie - mówi w rozmowie z Instytutem Obywatelskim prof. Andrzej Rzońca*

Instytut Obywatelski: W ubiegłym roku na emeryturę przeszło 417 tys. naszych rodaków. Najwięcej w historii Polski, cztery razy tyle co w latach 2012-13. Wszystko wskazuje na to, że Polacy postanowili skorzystać z obniżenia wieku emerytalnego przez PiS. Stać nas?

Fot. Sakuto/Flickr. CC BY-NC 2.0

Andrzej Rzońca: – Nie stać. W latach 2000-2015 oczekiwana długość życia w zdrowiu wydłużyła się w naszym kraju o trzy i pół roku, bardziej niż w 25 krajach OECD, organizacji skupiającej najwyżej rozwinięte państwa na świecie. Polska jest jedynym krajem w tej grupie, który w odpowiedzi na wydłużanie się oczekiwanej długości życia w zdrowiu i jednoczesne szybkie ubywanie osób w wieku produkcyjnym, obniża wiek emerytalny. Gdzie

indziej się go podnosi. W Danii, Finlandii, Holandii, Portugalii, Słowacji i we Włoszech podniesienie wieku emerytalnego powiązano z oczekiwaną długością życia. A przecież każde z tych 6 państw, jak i większość pozostałych krajów OECD jest bogatsza od Polski.

Najbardziej ekstrawagancko zachowujemy się w przypadku wieku emerytalnego kobiet. Obniżamy go do najniższego poziomu wśród krajów OECD. Tymczasem już przed tą decyzją, były one na emeryturze o niemal dwa lata dłużej niż w innych krajach OECD – przeciętnie prawie ćwierć wieku. W tej grupie państw jeszcze tylko dwa: Izrael i Szwajcaria uznały, że stać je na utrzymanie niższego wieku emerytalnego kobiet niż mężczyzn, ale i one ograniczają tę różnicę. Tylko w Polsce będzie to pięć lat.

Tylko w bieżącym roku obniżenie wieku emerytalnego obciąży finanse publiczne na kwotę dziewięciu miliardów złotych. Przez kilka kolejnych lat ta suma będzie rosła o ponad dwa miliardy zł rocznie. W 2022 roku rachunek za obniżenie wieku emerytalnego wyniesie już 18 mld zł. O tym, co się stanie za 15 lat – a przecież nie jest to jakaś bardzo odległa perspektywa – strach mówić. Wówczas dodatkowe obciążenie dla budżetu będzie rosło w tempie sześciu miliardów złotych rocznie, chyba że społeczeństwo zgodzi się, żeby emerytury spadły poniżej minimum ustalonego przez Międzynarodową Organizację Pracy! Około 2040 r. dojdziemy do sytuacji, w której wydatki budżetu na emerytury będą o 2,7% PKB większe niż w scenariuszu stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego do 67 lat.

Wyrwa w finansach publicznych nie będzie zresztą jedyną konsekwencją populistycznej zagrywki PiS. Równie groźne dla gospodarki będzie załamanie na rynku pracy, tak głębokie, że dzisiejsze niedobory pracowników będą nam się wydawały igraszką.

Co konkretnie nam grozi?

- Musimy pamiętać, że polskie społeczeństwo w najbliższych latach będzie się starzeć – i to szybciej niż społeczeństwa większości innych krajów w Unii Europejskiej. Tego już nie powstrzymamy, nie naprawimy, bo osoby które za 10 – 15 lat będą wchodzić na rynek pracy już się urodziły. I więcej ich nie będzie.  Na razie możemy tego procesu nie dostrzegać – w piramidzie wiekowej dominują jeszcze grupy wiekowe charakteryzujące się wysoką aktywnością zawodową (25 – 34 lata). Ale do 2050 r. najbardziej liczne staną się grupy wiekowe od 55 do 74 lat, w których aktywność zawodowa jest niska lub śladowa. Wszystkie dostępne dane – zwłaszcza dane za 2017 rok – pokazują, że Polacy mają w zwyczaju odchodzić na emeryturę niemalże w tym samym dniu, w którym nabywają uprawnienia. Zwłaszcza kobiety: dotychczas 82% zaczynało pobieranie emerytur dokładnie w wieku emerytalnym.

Osoby odchodzące na emeryturę mogą jednak powiedzieć: „A co nas obchodzi sytuacja na rynku pracy za ileś tam lat?!”

- Krótszy czas aktywności zawodowej bije nie tylko w gospodarkę, ale w samych emerytów. Zależność jest bardzo prosta: im krótsza aktywność zawodowa, tym niższe świadczenie. Emerytura tych, którzy w 2016 roku weszli na rynek pracy, tylko w Meksyku będzie stanowić (i to minimalnie) niższy odsetek przeciętnego wynagrodzenia niż w Polsce. Ale w Meksyku składka emerytalna jest trzy razy niższa niż u nas.

ZUS oszacował na potrzeby Rady Ministrów w 2016 r., że w horyzoncie do 2050 roku przeciętna emerytura spadnie o 12% w przypadku mężczyzn oraz o 36% w przypadku kobiet – w porównaniu do scenariusza, w którym wiek  emerytalny nie zostałby obniżony.

To właśnie przede wszystkim kobiety będą skazane na coraz niższe emerytury. Na przykład kobieta urodzona w 1974 roku, zarabiająca przez cały czas swojej aktywności zawodowej przeciętne wynagrodzenie, otrzymałaby ponad 3500 zł emerytury, gdyby jej wiek przejścia na emeryturę wynosił 67 lat. Odchodząc w wieku 60 lat dostanie tylko 2000 zł. A ona i tak będzie w stosunkowo dobrej sytuacji – bo przygniatająca większość kobiet będzie skazanych na emerytury minimalne!

W niektórych latach ponad 70% wszystkich osób odchodzących na emeryturę będzie otrzymywać minimalne świadczenie. Politycy znajdą się pod ogromną presją tej grupy, żeby podnosić relację minimalnej emerytury do przeciętnego wynagrodzenia (obecnie relacja ta wynosi około 28%). Jej podniesienie zawęzi krąg osób zdolnych opłacić w czasie swojej aktywności zawodowej kapitał emerytalny wystarczający na wypłatę emerytury i dodatkowo podniesie obciążenie dla finansów publicznych.

Żeby wypłacać emerytury, trzeba będzie podnieść składki lub podatki. Podwyżki podatków są bardziej prawdopodobne, bo w odróżnieniu od składek emerytalnych, podwyższone podatki nie dają prawa do proporcjonalnie wyższej emerytury. Młodzi ludzie jeszcze mocniej niż teraz będą wypychani do szarej strefy albo za granicę.

Przeciętny obywatel może pomyśleć: to wszystko wydarzy się za kilkadziesiąt lat. Moja emerytura jest bezpieczna.

- No to mam dla tego obywatela złą wiadomość: pierwsze, poważne koszty obniżenia wieku emerytalnego pojawią się nie za dwie dekady, ale za chwilę. Już w tym roku obniżenie wieku emerytalnego przyspieszyło problemy z niedostatkiem pracowników i, równolegle, doprowadziło do wzrostu relacji liczby emerytów do liczby pracujących. Według szacunków ZUS w bieżącym roku „deforma” emerytalna PiS zmniejszy liczbę pracujących o ponad 320 tys. Wedle prognoz TEP i WISE Europa już na początku lat 2020-tych liczba pracujących spadnie do poziomu, który bez „deformy” pojawiłby się dopiero w okolicach 2040 roku.

Co zrobić, żeby uniknąć tej katastrofy? Ponownie przywrócić późniejszy wiek emerytalny?

- Rząd PiS pokazał, że jedną ustawą można odwrócić podniesienie wieku emerytalnego. Nie ma najmniejszego sensu ponoszenie dużego politycznego kosztu, związanego z podniesieniem wieku emerytalnego, skoro każda populistyczna ekipa, która ewentualnie będzie rządzić w przyszłości, znów będzie mogła to obalić. Trzeba wprowadzić rozwiązania, które będą odporne na populistów. Nie można zakładać, że już nigdy do władzy nie dojdą osoby, którym nie zależy na pomyślności kraju. Żeby zapewnić taką odporność, ludzie sami z siebie, bez względu na wiek emerytalny, musieliby zostawać na rynku pracy.

W jaki sposób tego dokonać, skoro Polacy wolą odchodzić na emeryturę tak szybko, jak się tylko da?

- Szanse na zachęcenie Polaków do dłuższej aktywności zawodowej daje projekt ustawy, który Platforma złożyła w ubiegłym roku w sejmie. Jest on wzorowany na rozwiązaniach wprowadzonych w ubiegłym roku w Austrii. Postanowiono tam, że osoby osiągające wiek emerytalny, które nie przejdą na emeryturę, będą płacić tylko połowę składki emerytalnej, a drugą połowę opłaci za nie oraz za ich pracodawców państwo. My musimy pójść dalej, bo w odróżnieniu od Austrii, u nas zachęty do dłuższej pracy zastąpią, a nie tylko uzupełnią podnoszenie wieku emerytalnego.

Po pierwsze, chcemy zwolnić wynagrodzenia osób, które osiągnęły wiek emerytalny, a nie pobierają emerytury, z całości wszelkich składek poza składkami na NFZ, bo te w większości odlicza się od PIT.

Po drugie, całkowite zwolnienie ze składek obejmie także tę część, którą opłaca pracodawca, pod warunkiem, że podzieli się on tą oszczędnością z pracownikiem po połowie, np. podnosząc mu wynagrodzenie. W przypadku, w którym osoba objęta wsparciem podejmie nową pracę, pracodawca zostanie zwolniony ze składki, jeśli wypłaci temu pracownikowi wynagrodzenie na poziomie co najmniej płacy minimalnej powiększonej o połowę składek obciążających pracodawcę przy wynagrodzeniu na poziomie ustawowego minimum.

Po trzecie wreszcie, projekt przewiduje nałożenie na budżet państwa obowiązku opłacania za takie osoby składki emerytalnej w wysokości obciążającej przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej. Kapitał emerytalny wszystkich tych, którzy zarabiają mniej, a więc większości, będzie więc przyrastał w przyspieszonym tempie.

Jak dużo zyska osoba, która zdecyduje się na pozostanie w pracy mimo przekroczenia wieku emerytalnego?

- Wyraźnie podwyższy się jej pensja. Przy założeniu, że pracodawcy podniosą wynagrodzenia takich osób o połowę zaoszczędzonej składki (której nie będą musieli płacić), płace netto tych osób zwiększyłyby się prawie o jedną czwartą. Wzrośnie też emerytura – im dłużej pracujemy, tym większy będzie nasz kapitał emerytalny, który będziemy dzielić na krótszy czas jej pobierania. Są też inne korzyści: zmniejszą się łączne koszty ponoszone przez pracodawcę. Firmy będą chętniej zatrudniały osoby starsze.

Ile to będzie kosztować?

- Koszty pojawią się, jeśli rozwiązanie nie zadziała, tzn. nie zachęci Polaków do wydłużenia aktywności zawodowej. Nie powinny jednak przekroczyć 2,5 mld zł. Takie byłyby, gdyby żadna osoba starsza nie zrezygnowała z pobierania emerytury i nie wróciła do pracy, a z rozwiązania skorzystały wyłącznie te osoby, które wybrałyby pracę zamiast emerytury i bez zachęt.

Mamy też pomysł, jak dodatkowo zachęcić emerytów do podejmowania dodatkowych prac, równoległych z emeryturą.

Dziś polscy emeryci są mało aktywni. Dane z 2015 roku mówiły o 350 tysiącach osób w wieku emerytalnym zatrudnionych na cząstkę bądź cały etat. To mało jak na 38 milionowy kraj. Skądinąd wszędzie niewielu emerytów sobie dorabia, ale gdzieindziej ludzie nie stają się tak wcześnie emerytami jak u nas.

Żeby zachęcić więcej emerytów do podjęcia dodatkowej pracy, proponujemy „unettowienie” emerytur, a następnie zwolnienie ich z PIT. Dzięki tej prostej zmianie praca emerytów przestanie być wyżej opodatkowana niż praca innych osób. Emerytom będzie się bardziej niż dotychczas opłacało ja podjąć, bo podatek PIT zapłacą tylko od dochodów z tej dodatkowej pracy. Emeryt dorabiający w skali roku do 8000 zł, (do 667 zł miesięcznie), zyskałby łącznie 1440 zł.

A jak tu będą wyglądać koszty?

- Można je szacować na około 200-500 mln zł. Pojawiłyby się one, gdyby zawarte w projekcie zachęty do pracy nie skłoniły żadnego dodatkowego emeryta do zarobkowania, a jedynie podniosły dochody tych, którzy już teraz sobie dorabiają.

Warto zachęcać emerytów do podejmowania dodatkowej pracy. To pomoże rozwiązać problem skrajnego ubóstwa wśród emerytów. Dzisiaj biedę cierpi około 5% z nich, co jest jednym z niższych odsetków wśród państw OECD (wyższy jest on w 23 z tych krajów). Ale w przypadku osób urodzonych po 1975 roku ubóstwem zagrożonych będzie już 75%. Pod tym względem dogonimy i przegonimy Koreę Południową, w której prawie połowa osób starszych jest uboga, najwięcej wśród krajów OECD. Dodatkową korzyścią, widoczną w skali makro, będzie łagodzenie narastającego problemu niedostatku rąk do pracy. Dość powiedzieć, że w 2050 roku osoby w wieku 65-69 lat, które będą na siłach dorabiać, będą stanowić najliczniejszą grupę wiekową w społeczeństwie.

Wprowadzając projekt tej reformy nie zapomnimy oczywiście o samorządach – zrekompensujemy im ubytek dochodów z PIT wynikający z „unettowienia” emerytur.

 

*prof. Andrzej Rzońca – główny ekonomista Platformy Obywatelskiej RP