Newsletter

Przedstawiamy program gospodarczy Platformy Obywatelskiej

Redakcja Instytutu, 06.09.2017
500 zł na każde dziecko, ale z nowym warunkiem. Zwolnienie ze składek ZUS i NFZ młodych, wsparcie dla emerytów, zerowy deficyt budżetowy – o programie gospodarczym PO mówi prof. Andrzej Rzońca

Instytut Obywatelski: Czym jest „Dekalog gospodarczy Platformy Obywatelskiej”?

Andrzej Rzońca. Fot. Platforma.org

Prof. Andrzej Rzońca: To są ramy programu gospodarczego Platformy, które narzucają dyscyplinę w myśleniu o polityce gospodarczej. Program Platformy nie będzie zestawem niespójnych obietnic, które są albo nie do zrealizowania, albo groźne dla gospodarki.

Politykę rządu PiS da się sprowadzić do dwóch rzeczy: odchodzi od reguł, zastępując je arbitralnymi decyzjami władzy, której coraz więcej wolno. Po drugie, dzieli i konsumuje nie tylko to, co zostało wypracowane, ale i to, co jeszcze nie powstało. Wiele krajów, np. w Afryce i Ameryce Łacińskiej, już taką politykę testowało. Ostatnio np. Wenezuela. Dekalog gospodarczy Platformy ma ustrzec Polskę przed podobnym scenariuszem.

Strategicznym celem programu Platformy jest usunięcie, w perspektywie jednego pokolenia, luki cywilizacyjnej, która wciąż dzieli nas od najzamożniejszych krajów Zachodu, takich jak Niemcy.  Chciałbym zobaczyć i wierzę, że zobaczę, jak Polacy będą zarabiać w euro tyle, ile teraz zarabiają w złotych. To jest cel osiągalny, choć nie w ciągu jednej, czy dwóch kadencji parlamentu. Zwłaszcza młodsi obywatele mogą dziś nie pamiętać, że w latach 80. zarobki w Polsce były rzędu 20 dolarów. I wówczas nikt by nie uwierzył, że płaca minimalna w naszym kraju może wynosić ponad 500 dolarów na miesiąc, czyli 2 tysiące złotych, które skądinąd trudno dzisiaj uznać za kwotę satysfakcjonującą.

Warunki życia w Polsce muszą polepszać się systematycznie, w każdym kolejnym roku. Słowo „systematycznie” jest tu kluczowe. Dziś rządzący podejmują decyzje, które mają przynieść natychmiastowy wzrost poparcia w sondażach, bez oglądania się na długoterminowy koszt. Ceną za taką politykę będzie krach, gdy za granicą pogorszy się koniunktura.

Punkt pierwszy dekalogu gospodarczego Platformy mówi o zatrzymaniu nadmiernego zadłużania państwa. Dlaczego to ważne?

To jest warunek przywrócenia polskiej gospodarce stabilności. Założenie jest proste: w czasach dobrej koniunktury nie wydajemy tej części dochodów, które pojawiły się jedynie dzięki przejściowo szybszemu wzrostowi gospodarczemu – tylko odkładamy je, budujemy poduszkę finansową, z której sfinansujemy ubytek dochodów obywateli, gdy pogorszy się światowa koniunktura gospodarcza (a kiedyś na pewno tak się stanie). Taki jest sens zakazu zadłużania państwa w warunkach dobrej koniunktury, który wprowadzi Platforma. Polska musi przestać wzorować się na Grecji w finansach publicznych. Tam boleśnie się przekonano, że żeby wydawać, trzeba najpierw zarobić. PiS, zamiast finanse publiczne, zdyscyplinował panią minister, która o tym napomknęła.

Polityka PiS-u, jeśli będzie kontynuowana, skończy się katastrofą. Oto bowiem jesteśmy blisko szczytu globalnej koniunktury, tymczasem dług publiczny w Polsce rośnie i w tym roku ma przekroczyć 55 procent PKB, zamiast systematycznie spadać, jak planował rząd Platformy. W ubiegłym roku tylko w dwóch krajach UE dług publiczny wzrósł bardziej niż w Polsce. Większość Europy korzystała z dobrej koniunktury na świecie, żeby się oddłużyć. Wśród krajów, które oddłużały się najszybciej, były Holandia, Niemcy i Szwecja. Ich rządy wiedzą, że po latach tłustych w gospodarce zawsze przychodzą lata chude, na które trzeba się przygotować.

Dług, niezależnie od tego czy się go rzetelnie wykazuje, czy ukrywa – rodzi koszty i to nawet w tłustych latach. Zmniejsza majątek produkcyjny w gospodarce, bo oszczędności ludzi, w tej części, w której są pożyczane rządowi, nie finansują inwestycji przedsiębiorstw. Osłabiając zdolność państwa do łagodzenia wahań koniunktury, dług podkopuje u inwestorów przekonanie o stabilności gospodarki, a niestabilność nie sprzyja inwestycjom, które są źródłem majątku produkcyjnego. Przejawem tej niestabilności, która dodatkowo utrudnia handel z zagranicą, są wahania kursu. Po przejęciu władzy przez PiS stały się one tak duże, że przedsiębiorcy zaczęli je wskazywać jako najpoważniejszą wśród barier rozwoju, bardziej dotkliwą nawet niż niepewność, która także eksplodowała, a wcześniej w ogóle nie była wymieniana jako istotna bariera rozwoju.

Jednak pełen koszt zadłużania państwa przez PiS ujawni się dopiero wtedy, gdy koniunktura na  świecie się pogorszy. Polska gospodarka jest bardzo wrażliwa na jej zmiany, bo stoi eksportem. Jego udział w PKB zbliża się do połowy i przekracza unijną średnią. W warunkach kryzysu każdy z czynników, które dziś poprawiają stan budżetu, będzie go obciążać. Pogorszenie sytuacji na rynku pracy zmniejszy dochody państwa z PIT i składek, a zwiększy wydatki na zasiłki dla bezrobotnych oraz emerytury, na które ludzie będą masowo uciekać przed bezrobociem. Osłabienie konsumpcji obniży dochody z VAT i akcyzy. Wzrosną natomiast koszty obsługi długu publicznego, gdyż w oczach wierzycieli stanie się on mniej pewną lokatą, a osłabienie złotego zwiększy raty spłaty zadłużenia w walutach obcych; jednocześnie NBP może podnieść stopy procentowe, żeby zatrzymać osłabienie kursu i wywołany nim wzrost inflacji.

Poprzednie wstrząsy gospodarcze za granicą, takie jak pęknięcie bańki internetowej na początku lat dwutysięcznych, czy globalne załamanie finansowe w 2008 roku, skończyły się tym, że polski dług publiczny wzrastał o 9-10% PKB w ciągu dwóch lat od momentu wybuch kryzysu. Nawet jeśli w przyszłości, podczas kolejnego kryzysu, jego przyrost nie będzie większy, to sytuacja budżetu będzie dramatyczna, bo nie mamy buforu, który mieliśmy wówczas: w 2000 roku dług publiczny wynosił mniej niż 38 procent PKB, a w 2007 roku 44 procent PKB. Dziś nawet wedle krajowej definicji przekracza on 52% PKB. Przypomnijmy, że w Konstytucji ustalono limit zadłużenia na poziomie 60 procent PKB i postanowiono, że budżet nie może mieć żadnego deficytu, jeśli groziłby on przekroczeniem tego limitu. Zero deficytu!

Jak przyjdzie dekoniunktura, PiS stanie więc przed alternatywą: albo w ciągu jednego roku ograniczy deficyt do zera, czyli o kilka procent PKB (a każdy proc. PKB to prawie 19 mld zł), albo kolejny raz naruszy konstytucję, łamiąc ustanowiony w niej limit zadłużenia. Nawet kuglowanie definicją nie pomoże. Jeśli PiS złamie literę, albo choćby ducha konstytucji, tak jak to zrobił w innych obszarach, to dodatkowo podskoczy premia za ryzyko, jakiej oczekują wierzyciele pożyczający Polsce pieniądze. Obsługa zadłużenia stanie się jeszcze droższa – tak dla budżetu, jak i gospodarstw domowych i firm. Przedsiębiorcy będą rezygnować z inwestycji, a konsumenci – z poważniejszych wydatków. Wpadniemy w korkociąg.

Czy nie jest to kolejna odsłona straszenia PiS-em, które zarzuca się Platformie? Kiedy ten scenariusz miałby się zmaterializować?

Platforma nie tyle straszy, co ostrzega. Dotychczas PiS okazywał się znacznie gorszy, niż ostrzegaliśmy, a nie lepszy. Pogorszenie globalnej koniunktury jest kwestią najbliższych lat. Na świecie występują poważne nierównowagi ekonomiczne. W wielu krajach wysoko rozwiniętych zadłużenie sektora prywatnego pozostało na bardzo wysokim poziomie, a do tego doszło jeszcze  gigantyczne zadłużenie państwa. W krajach takich jak Włochy nie uzdrowiono systemu bankowego. Na wielu rynkach aktywów są symptomy bańki spekulacyjnej. Na nierównowagi ekonomiczne na świecie nakładają się jeszcze nierównowagi polityczne. Dowolna sprawa – np. eskalacja konfliktu na półwyspie koreańskim czy na Bliskim Wschodzie – może uruchomić lawinę.

Jak w praktyce Platforma zamierza ograniczyć nadmierne zadłużania państwa?

Żeby była jasność: nie da się usunąć gigantycznej dziury budżetowej, którą zostawi po sobie PiS, w ciągu jednego roku, i Platforma tego nie zapowiada. Trzeba będzie, wzorując się na Niemczech, przyjąć pewien okres przejściowy, którego długość będzie zależeć od stanu budżetu, który odziedziczymy po „dobrej zmianie”.

Żeby budżet przestał się zadłużać w warunkach dobrej koniunktury, wzmocnimy regułę wydatkową wprowadzoną w okresie poprzednich rządów Platformy. Za średniookresowy cel budżetowy przyjmiemy nie deficyt na poziomie 1% PKB, ale równowagę między dochodami i wydatkami publicznymi.

A kto będzie decydował, czy jest dobra koniunktura i zakaz zadłużania trzeba uruchomić?  

Przestrzeganie stabilizująca reguły wydatkowej doprowadzi, że będzie się to działo automatycznie. Do rozważenia jest też podniesienie znaczenia „Opinii do Ustawy budżetowej”, przygotowywanej przez Radę Polityki Pieniężnej. Jako że niezależność RPP jest chroniona przez Konstytucję, to właśnie temu organowi można byłoby powierzyć przygotowywanie oceny, czy budżet będzie realizowany w „tłustych”, czy „chudych” latach.

Powtórzę: musimy przygotować Polskę na niechybne kolejne turbulencje za granicą. I dlatego kładziemy taki nacisk na instytucjonalne ograniczenia, które zatrzymają narastanie zadłużenia. Dla Platformy wzorem w finansach publicznych będą Niemcy i Szwajcaria, a nie Grecja. Szczególnie Szwajcaria jest tu godna przywołania, bo od wielu dekad nieprzerwanie przestrzega dyscypliny w finansach publicznych. Przez poprzednie trzy dekady prawie tyle samo razy miała nadwyżkę w finansach publicznych co deficyt. Od 2012 roku ma co prawda deficyt, ale śladowy, który ani razu nie przekroczył 0,4% PKB.

Kwestie instytucjonalne są mocno wyeksponowane w „Dekalogu Gospodarczym”. Już w jego drugim punkcie zapowiada on przywrócenie w Polsce trójpodziału władzy i wzmocnienia samorządów.

Nieprzypadkowo. Trójpodział władzy i samorządność są nie tylko fundamentem demokracji. Mają też zasadnicze znaczenie dla gospodarki, czego dowodem są państwa Zachodu. Skąd bierze się niezwykła na tle innych regionów świata stabilność wzrostu na Zachodzie, dzięki której zbudował on swoje bogactwo? W dużym stopniu z tego, że tam przedsiębiorca jest chroniony przed arbitralnością władzy przez niezależny od niej system sądowniczy oraz jej rozproszenie (głównie dzięki samorządności). Mieszkańcy Zachodu nie muszą się obawiać, że władza arbitralnie odbierze im własność, albo ją zniszczy. Mogą skupić się na pomnażaniu majątku, a nie na jego ukrywaniu przed władzą.

Wróćmy jednak do Polski.

Zaprzestanie zadłużania państwa w okresie dobrej koniunktury, o którym mówiłem przed chwilą, choć konieczne, nie wystarczy do istotnego wzmocnienia wzrostu polskiej gospodarki. Do tego potrzeba w szczególności więcej inwestycji, zwłaszcza prywatnych przedsiębiorstw. Trzeba przy tym od razu zaznaczyć, że wzrost inwestycji sprzyjałby zwiększeniu zatrudnienia i płac. Do obsługi dodatkowych maszyn potrzebni są ludzie. Jednocześnie pracownicy, mając do dyspozycji więcej maszyn, więcej wytwarzają i dzięki temu mogą więcej zarabiać.

Przejęcie władzy przez PiS okazało się dla inwestycji większym wstrząsem niż globalny kryzys finansowy i kryzys zadłużeniowy na peryferiach strefy euro. Zmniejszyły się one nie tylko w porównaniu do 2015 roku, ale i 2014 roku. Ich udział w PKB spadł z 20 do 18% i jest najniższy od 21 lat, choć wicepremier Morawiecki zapowiadał systematyczny wzrost tego udziału do 22-25% za 3 lata. Szczególnie silnie spadły inwestycje w przedsiębiorstwach, mimo że wedle wszystkich prognoz z początku 2016 roku powinny wzrosnąć i złagodzić skutki dla inwestycji publicznych przechodzenia do nowej perspektywy finansowej w ramach funduszy unijnych.

Spółki państwowe inwestują około 2% PKB, przy czym sensowność tych inwestycji jest wątpliwa, bo tam nie liczy się rachunek ekonomiczny, a polityka; przedsiębiorstwa zagraniczne – około 3% PKB, zaś krajowe firmy prywatne – około 6% PKB. W Europie mniej inwestują tylko przedsiębiorstwa w Grecji, na Cyprze, we Włoszech i w Portugalii, a więc w krajach pokiereszowanych przez kryzys, oraz w Wielkiej Brytanii, która opuszcza Unię.

Żeby w Polsce było więcej prywatnych inwestycji, trzeba wyeliminować strach Polaków przed własnym państwem. Do tego właśnie są potrzebne zachodnie instytucje: trójpodział władzy i szeroka samorządność. O sukcesie albo porażce pomysłów biznesowych muszą decydować klienci za pośrednictwem swoich portfeli, a nie dojścia (albo ich brak) do polityków rządzącej partii.

W państwie PiS władza zupełnie podporządkowała sobie prokuraturę, w tym nadała sobie prawo do ingerowania w dowolne śledztwo. Zniszczyła Trybunał Konstytucyjny, czyli najważniejszy sąd. Teraz jest bliska przejęcia pozostałych sądów. Prezydent zatrzymał skok PiS na Krajową Radę Sądownictwa, ale podpisał groźną ustawę o ustroju sądów powszechnych.

W scenariusz: „cała władza w ręce PiS” wpisuje się też Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju, znana szerzej jako plan Morawieckiego. Przewiduje się w nim zasadnicze zwiększenie wpływu polityków i urzędników na kierunki inwestowania przez przedsiębiorstwa.

PiS tłumaczy że podobną politykę prowadziła np. Korea Południową.

W Korei rząd rzeczywiście ingerował w kierunki inwestycji prywatnych w latach 1960-1980. Później jednak stopniowo wycofywał się z takiej polityki. W jej miejsce horyzontalnie, czyli bez różnicowania na sektory, wspierał działalność badawczo rozwojową i wprowadzanie innowacji w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Zmiana ta była wzorowana na Tajwanie, który nigdy nie zdecydował się na politykę przemysłową, rozumianą jako polityczno-urzędnicze ingerowanie w kierunki inwestycji. Tajwan osiągnął podobne wyniki gospodarcze co Korea, w tym w zakresie uprzemysłowienia, a ustrzegł się przeinwestowania. W Korei zakończyło się ono poważnym kryzysem, w wyniku którego zbankrutowała co trzecia grupa przemysłowa.

Jak Platforma chce naprawić państwo?

Musimy nie tylko naprawić to, co zniszczył PiS, czyli w szczególności uchylić wszystkie ustawy uderzające w trójpodział władzy, ale też wyeliminować ryzyko, że działania podobne do tych, które podjęła ta partia, ktoś będzie chciał powtórzyć. Żeby usunąć taką pokusę, trzeba pociągnąć do odpowiedzialności wszystkich, którzy dopuścili się pogwałcenia Konstytucji lub podżegali do złamania prawa. Bez ukarania tych osób, konstytucyjne zabezpieczenia obywateli przed despotyzmem i arbitralnością władzy będą iluzoryczne. Tylko nieuchronność kary za łamanie Konstytucji i – ogólniej – prawa może odstraszać polityków przed powtórzeniem działań PiS-u. Platforma taką twardą deklarację rozliczenia łamania prawa składa.

Będziemy także dbali o szeroką samorządność. Chcemy przekazać marszałkom samorządowych województw większość kompetencji wojewodów. Zwiększymy dochody własne samorządów, w tym w szczególności ich udział w dochodach z PIT. Zastanawiamy się też nad poszerzeniem możliwości samorządów konkurowania między sobą wysokością podatków.

Trzecim zabezpieczeniem obywateli przed arbitralnością i despotyzmem władzy jest członkostwo w Unii Europejskiej. Tak długo, jak ono będzie realne, tak długo będziemy mieli jeszcze jedną gwarancję tego, że inwestowanie w Polsce będzie bezpieczne. Niestety, dziś nie mam wątpliwości, że nawet jeśli PiS nie wyprowadzi Polski z Unii, to wyprowadzi Unię z Polski. Uporczywe łamanie standardów europejskich przez PiS zachęca inne kraje do integrowania się z pominięciem Polski.

Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro, żeby trwale zakotwiczyć się na Zachodzie?

Polską racją stanu jest bycie wewnątrz twardego jądra Europy. Przystępując do Unii Europejskiej, Polska stała się państwem członkowskim z derogacją. Taki status formalnie oznacza zobowiązanie do przyjęcia euro. Nie jest jednak określony żaden termin na wypełnienie tego zobowiązania.

Nasz kraj powinien wejść do strefy euro dopiero po spełnieniu dwojakiego rodzaju warunków. Po pierwsze, najpierw strefa euro powinna uporać się ze skutkami kryzysu zadłużeniowego i zbudować skuteczne zabezpieczenia przed jego powtórzeniem. Bez tego trudno byłoby sporządzić rzetelny bilans kosztów i korzyści dla Polski z ewentualnego wprowadzenia euro. Po drugie, Polska musi być dobrze przygotowana na wprowadzenie euro, a Polacy w pełni do tego przekonani. Dobre przygotowanie na wprowadzenie euro nie sprowadza się do wypełnienia kryteriów konwergencji – co skądinąd byłoby samo w sobie korzystne dla naszego kraju. Polska musi być ponadto dobrze rządzona, a dzisiaj nie jest. Dobre rządzenie wymaga polityki gospodarczej, która nie osłabia odporności gospodarki na wstrząsy,  ani też sama nie generuje wstrząsów. Do wzmocnienia odporności polskiej gospodarki na wstrząsy potrzeba, oprócz dyscypliny w finansach publicznych, zwiększenia elastyczności gospodarki. Urzędniczo-politycznego ingerowanie w prywatne inwestycje, które stanowi sedno planu Morawieckiego, nie zwiększy elastyczności gospodarki, a ją usztywni. Żeby tę elastyczność zwiększyć, trzeba wzmacniać konkurencję.

Trzecim elementem dekalogu gospodarczego Platformy jest budowa wiarygodnego państwa. Jak je zbudować?

Trzeba spełnić przynajmniej dwa warunki. Po pierwsze, władza nie może traktować wszystkich przedsiębiorców jak przestępców. Stopień represyjności musi być proporcjonalny do odpowiedzialności urzędników za szkody wynikłe z podjęcia przez nich błędnych decyzji. Ponadto, państwo powinno usprawnić rozwiązywanie sporów, w tym dochodzenie należności od nierzetelnych kontrahentów. Dzięki temu przedsiębiorstwa będą miały więcej środków na inwestycje, bo ich zasoby będą rzadziej przechwytywane i marnowane przez niesolidnych dłużników. Inwestowanie stanie się też bardziej opłacalne, gdy spadnie ryzyko przywłaszczenia sobie płynących z nich korzyści przez nieuczciwych kontrahentów.

Po drugie, trzeba powstrzymać inflację złego prawa w Polsce. Obywatel, decydując się na określony rodzaj działalności gospodarczej, musi mieć pewność, że zasady nie zmienią się w tracie życia jego projektu, w horyzoncie czasowym, w którym ten projekt miał się zwrócić i przynieść zyski.

Tylko w 2016 roku rząd i parlament wprowadziły 32 tysiące stron nowych ustaw i rozporządzeń. Najwięcej w historii Polski, przy czym prawie połowa z tej liczby dotyczyła prawa gospodarczego. Żeby to przeczytać, trzeba by przeznaczyć prawie cztery i pół godziny każdego dnia roboczego. Przez cały rok! Co gorsza, w tym roku ten wstydliwy rekord zostanie najprawdopodobniej pobity. A wiele z tych zmian wywraca do góry nogami całe rynki. Przykład: przepisy „apteka dla aptekarza”, zabraniające posiadania więcej niż kilku aptek. Albo przepisy dotyczące farm wiatrowych (wiatraków produkujących energię elektryczną). Z dnia na dzień zabito opłacalność produkcji prądu z wiatraków. Nie tylko radykalnie ograniczono możliwość budowy nowych farm wiatrowych i modernizacji starych, ale zniszczono przy okazji opłacalność wiatraków, które już zostały zbudowane. W ubiegłym roku straty poniosło 70% z nich.

Platforma ma pomysł, jak inflację prawa zatrzymać. Po pierwsze, ustalimy, o ile chcemy zredukować koszty administracyjne nakładana na przedsiębiorców i obarczymy jednego ministra, wymienionego z imienia i nazwiska, obowiązkiem realizacji tego celu. W każdym roku będzie miał obowiązek skasować określoną liczbę ciężarów, np. przez sukcesywne zastępowanie licencjonowania przez nieobowiązkowe certyfikaty.

Po drugie, wprowadzimy zasadę, zgodnie z którą każdemu ewentualnemu nowemu ograniczeniu konkurencji będzie musiało towarzyszyć usunięcie co najmniej dwóch już istniejących ograniczeń (o nie mniejszym znaczeniu dla konkurencji). Po trzecie, zmienimy zasady pisania ocen skutków regulacji. Ustawy, w których ocena jest przeprowadzona nierzetelnie, po łebkach, nie będą procedowane. W tej sprawie nie czekamy na przejęcie władzy, już złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy.

Po czwarte, wprowadzimy instytucję przeglądu ustaw. To prosty mechanizm: uchwalając ustawę, zostanie jasno powiedziane, jaki efekt ma przynieść i jakie są wyznaczniki, które pozwolą sprawdzić, czy efekt jest osiągnięty. W określonym z góry terminie będzie przeprowadzona ocena. Jeśli cel nie został zrealizowany, albo pojawiły się skutki inne niż te zakładane w OSR, prawo będzie obowiązkowo uchylane albo modyfikowane.

Platforma zapowiada uproszczenie podatków. Taka obietnica była składana przez wszystkie ugrupowania polityczne, od 25 lat. Na czym polega świeżość pomysłu PO?

Polska od dawna miała skomplikowane podatki. Reguluje je 11 ustaw i 292 rozporządzenia, które zajmują łącznie prawie 6 tysięcy stron maszynopisu. Samo ich przeczytanie zabrałoby podatnikowi prawie 284 godziny, czyli ponad 7 tygodni roboczych. Ale PiS zdołał je jeszcze bardziej skomplikować, wprowadzając dodatkowe daniny: podatek handlowy, czyli podatek od zakupów (który szczęśliwie zablokowała Komisja Europejska), podatek bankowy, czyli podatek od kredytów i wreszcie podatek od firm ubezpieczeniowych (czyli podatek od polis, które kupujemy). PiS straszy też opodatkowaniem depozytów przedsiębiorców, które nazywa niepracującym kapitałem. Po przejęciu władzy, PiS dwukrotnie zwiększył tempo produkcji przepisów podatkowych. W ubiegłym roku wprowadził prawie 2 tys. (!) strony ustaw i rozporządzeń dotyczących podatków.

Porządkowanie zaczniemy od VAT. Szczególnie zagmatwany jest VAT na żywność. Uważamy, że całą żywność (z wyłączeniem napojów bezalkoholowych) można objąć jedną stawką w wysokości 5% (w miejsce obecnych trzech stawek: 5, 8 i 23%). Dochody budżetu zmniejszyłyby się o około 1,6 mld zł. To nieco ponad 1% tegorocznych dochodów budżetu. Możemy sobie pozwolić na wprowadzenie takiego ułatwienia dla przedsiębiorców i konsumentów. Platforma nie czeka z rozwiązaniem tego problemu na przejęcie władzy. Przedstawiamy projekt odpowiedniej ustawy w tej sprawie.

Drugi obszar do naprawy to podatki i składki nakładane na pracę. Minimum tego, co powinno być zrobione, to ujednolicenie podstaw różnych składek i PIT. Dziś składki na ZUS mają inną podstawę wymiaru niż składka na NFZ, która z kolei ma inną podstawę niż PIT. Dzięki ujednoliceniu podstaw  liczba działań matematycznych przy wyliczeniu składek i wysokości PIT spadłaby z 16 do 3, ograniczając ryzyko pomyłek i koszty administracyjne tak po stronie przedsiębiorców, jak i aparatu skarbowego.

Do rozważenia jest także eliminowanie różnic w oskładkowaniu różnych typów umów, na których podstawie wykonuje się pracę. Mało kto zdaje sobie sprawę, że praca o wartości 2000 zł (wysokość brutto płacy minimalnej) może być opodatkowane i oskładkowana od 9 do 54 procent, w zależności od formy umowy na podstawie, której praca jest świadczona! Często to różnice w oskładkowaniu są główną przesłanką wyboru danej formy umowy, a nie jej prawny i ekonomiczny sens.

Trzeci element do naprawy to sposób wyliczania CIT. W szczególności rozważamy rozszerzenie możliwości jednorazowej amortyzacji, czyli wliczenia w koszty, na wszystkie inwestycje w maszyny. Dziś efektywne opodatkowanie takich inwestycji jest u nas wyższe, niż efektywne opodatkowanie inwestycji w budynki i budowle, i wyższe niż we wszystkich krajach naszego regionu. Tymczasem, to ten rodzaj inwestycji a nie w skorupę, czyli budynki, najbardziej sprzyja wzrostowi gospodarki. To maszyny są głównym nośnikiem postępu technicznego. Ponieważ takie rozszerzenie skutkowałoby przejściowym spadkiem dochodów z CIT, tę propozycję zrealizujemy dopiero po wyraźnym zmniejszeniu deficytu w finansach publicznych.

PiS wprowadził możliwość jednorazowego odliczenia inwestycji w maszyny do 100 tys. złotych.

Ale nawet to słuszne rozwiązanie potrafił zepsuć! Nowe przepisy zmuszają przedsiębiorców do natychmiastowej i nieodwracalnej decyzji, czy kupując daną maszynę, dokonać jej natychmiastowego odpisu, czy też amortyzować ją przez kilka lat, a możliwość jednorazowego odpisu zachować na przyszłe inwestycje w danym roku. Dlaczego tak skonstruowano te przepisy? Pewnie nikt tego w PiS-ie nie wie, ani nawet się nad tym nie zastanawia.

Co z nowymi podatkami, wprowadzonymi przez PiS?

Platforma je wszystkie zniesie i deklaruje, że nie wprowadzi innych podatków sektorowych. Przynoszą one niewielkie wpływy w porównaniu do zniekształceń, które osłabiają wzrost gospodarczy. W szczególności, podatki te mają charakter  podobny do domiarów podatkowych.

Kolejne przykazanie gospodarczego dekalogu Platformy: odblokować wzrost firm. Co to w praktyce oznacza?

W największym skrócie: musimy doprowadzić do tego, że polskie mikroprzedsiębiorstwa będą mogły i, co najważniejsze, chciały przekształcać się w małe firmy, a małe – w średnie. Tylko wtedy sektor przedsiębiorstw w Polsce nabierze znaczenia. Dzisiaj jest relatywnie niewielki. Zatrudnia jedynie 53% pracujących w naszym kraju. W nowych krajach członkowskich UE ten odsetek jest przeciętnie o 12 pkt proc. wyższy. Niższy niż u nas, i to nie tylko w regionie, ale w całej Unii Europejskiej, jest jedynie w Rumunii. Jednak nawet tam małe, średnie i duże firmy mają większy udział w zatrudnieniu. W Polsce bowiem znacznie większą rolę niż w większości krajów UE odkrywają w sektorze przedsiębiorstw mikro-firmy (czyli przedsiębiorstwa, w których pracuje do 9 osób). Zatrudniają one 36% pracujących w przemyśle i usługach rynkowych wobec 31% średnio w UE i tylko 18% w Niemczech. A mikroprzedsiębiorstwa w Polsce znacznie mniej inwestują niż pozostałe firmy: 8 tys. zł na pracującego w skali roku wobec 30 tys. zł w pozostałych firmach (dane z 2015 r.).

Ale jak ten wzrost firm uwolnić?

Potrzeba działań dokładnie odwrotnych do tych podejmowanych przez PiS. Trzeba radykalnie uprościć system podatkowy, o czym już mówiłem, a nie wprowadzać kolejne preferencje tylko dla mikroprzedsiębiorstw, jak np. obniżony CIT. Należy też wzmacniać konkurencję, a nie ją osłabiać. To wymaga uchylenia regulacji, takich jak „apteka dla aptekarza”, które blokują rozwój najlepszych firm.

Inny przykład: polityka energetyczna. Przez to, co wyrabia PiS, polskie firmy nie będą mogły rosnąć, bo nie będą miały prądu. Zainstalowana moc elektryczna na mieszkańca jest w naszym kraju druga najniższa w UE – po Węgrzech. Tymczasem, od przejęcia władzy przez PiS mamy załamanie inwestycji w energetyce. W I półroczu br. spadły one o 18%, a w ub. roku o prawie 19%. Spółki energetyczne, zamiast inwestować, topią pieniądze w górnictwie (i nie tylko – ratują też np. dużą spółkę budowlaną) oraz  za ciężkie pieniądze przejmują od inwestorów zagranicznych aktywa węglowe. Jednocześnie, przez zmiany w prawie PiS uderza w produkcję zielonej energii. W ub. roku zmniejszyła się ona po raz pierwszy od co najmniej naszego wejścia do Unii. Realne stało się zagrożenie, że nie zrealizujemy naszego celu OZE na 2020 rok.

PiS, jak twierdzi, stawia na węgiel. Ale próbuje zataić przed górnikami, że jeśli w ogóle, to będzie to węgiel z importu. Wykręca się od przedstawienia dokumentu nt. polityki energetycznej do 2050 roku, którego oczekuje od nas Unia. Kluczy, że datą graniczną może być 2030 rok, albo w najlepszym razie 2040. Te wybiegi są tym żałośniejsze, że PiS-iewicze zatopią polskie górnictwo dużo wcześniej.

W szóstym punkcie dekalogu, Platforma deklaruje odpartyjnienie przedsiębiorstw.

Dziś mamy do czynienia ze skrajnym, największym w historii wolnej Polski upartyjnieniem. W pierwszym półroczu rządów PiS pobił swój własny rekord wymiany kadr z 2006 roku. Wymieniono praktycznie wszystkich zastanych prezesów, ale także wielu swoich, nominowanych już po listopadzie 2015 roku. Na skutek tych czystek mamy paraliż decyzyjny, którego widocznym efektem jest załamanie inwestycji w spółkach kontrolowanych przez państwo. Spadły one tam o ponad 42%.

PiS twierdzi, że partyjni nominaci sprawdzają się, bo spółki Skarbu Państwa osiągają bardzo dobre warunki finansowe.

Nie potwierdzają tego sprawozdania finansowe spółek. Wyniki tych, które są notowane na giełdzie, były w ubiegłym roku o ponad 21% niższe od średniej z okresu rządów PO-PSL, choć obejmował on globalny kryzys finansowy i kryzys zadłużeniowy na peryferiach strefy euro, a teraz mamy na świecie najlepszą koniunkturę od lat. To, że spółki paliwowe osiągnęły większe zyski, to wynik kształtowania się cen paliw na świecie oraz „pakietu paliwowego”, a nie poprawy zarządzania tymi firmami.

Jak w takim razie Platforma zagwarantuje, że spółki kontrolowane przez państwo raz na zawsze będą uwolnione od Pisiewiczów? Prywatyzacją?

Ideologicznej prywatyzacji nie będzie. Jeżeli zdecydujemy się na przekształcenia własnościowe, to tylko wtedy, gdy taka zmiana będzie korzystna dla firmy, dla jej załogi, dla jej klientów i dla budżetu państwa – w perspektywie długofalowej. Każdorazowo będzie decydować rachunek korzyści i kosztów w możliwie długim horyzoncie, a nie ideologia.

To co zmieni się najbardziej, to sposób zarządzania firmami. Rząd PiS rozproszył odpowiedzialność za spółki, w których państwo ma udziały, pomiędzy różne resorty i instytucje. Tymczasem, gdyby chciał czerpać z doświadczeń innych państw, i to o tak różnych modelach gospodarczych, jak Szwecja, czy Singapur, to wiedziałby, że należy skoncentrować nadzór nad spółkami w jednym ręku, obarczając konkretnego ministra pełną odpowiedzialnością za wyniki firm. Nie może być tak jak dziś, że do zarządu PZU powoływana jest pani Małgorzata Sadurska i nie wiadomo, kto naprawdę za tą partyjną nominację odpowiada. Jedna osoba powinna być odpowiedzialna własnym podpisem za wszystkie nominacje i, zarazem, za zmiany wartości spółek. Jeżeli do zarządu powoływana jest niekompetentna osoba, to skutki muszą obciążać konkretnego ministra. Wszędzie, gdzie nadzór właścicielski państwa był rozpraszany, mamy do czynienia z eksplozją nadużyć: wiele różnych ośrodków wstawiało swoich Pisiewiczów do spółek, budując swoją sieć klientów politycznych.

Innym wyzwaniem jest rozbijanie monopoli, zwłaszcza w sektorach sieciowych, w których nieefektywność silnie rzutuje na rozwój innych sektorów. Zważywszy na dużą rolę węgla w produkcji energii w Polsce, wśród sektorów, których demonopolizacja miałaby istotne znaczenie, jest też górnictwo. Swoją drogą jest to też szansa na jego zachowanie na Śląsku.

W siódmym punkcie dekalogu gospodarczego Platforma Obywatelska zapowiada priorytetowe traktowanie edukacji.

Bogate społeczeństwa to dobrze wykształcone społeczeństwa. Popatrzmy na Szwajcarię, państwo zamożniejsze (licząc dochód na głowę mieszkańca) od Stanów Zjednoczonych. Już w XVIII wieku praktycznie wszystkie szwajcarskie dzieci chodziły do szkoły. Co dziś wyróżnia ten kraj? Bardzo dobra edukacja wyższa. Chyba nigdzie na świecie nie ma tak wysokiego odsetka osób z wykształceniem wyższym (1/3), a na pewno nigdzie tak wysokiego odsetka z tytułem doktora. Mała Szwajcaria ma 21 laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, chemii i fizyki!

My przez ćwierć wieku demokracji i gospodarki wolnorynkowej zbudowaliśmy rzetelny system edukacji do poziomu szkoły średniej. W rankingu jej jakości sporządzanym przez OECD wyprzedza nas tylko Finlandia, Estonia i Dania. Zasadniczo zwiększyliśmy też liczbę studentów. Niestety, z jakością studiów wyższych było już gorzej. I dlatego zobowiązujemy się: odbudować po PiS-owskiej „deformie” dobrą edukację do poziomu szkoły średniej, a ponadto – zwiększyć jakość kształcenia na uczelniach wyższych.

Na marginesie, jedna uwaga: w nikogo „deforma” PiS-u, w tym w szczególności likwidacja gimnazjów nie uderza tak mocno, jak w dzieci z biedniejszych rodzin, zwłaszcza na wsi. Dzieci z bogatych rodzin sobie poradzą. Rodzice po prostu zrezygnują z posyłania ich do niszczonych przez PiS państwowych szkół. Dzieci biedniejsze nie będą miały takiej alternatywy.

Co proponuje Platforma?

Nie zamierzamy robić kolejnej rewolucji i przewracać systemu do góry nogami. Dzieci i rodzice potrzebują stabilizacji. To, co planujemy zrobić, to np. zwiększyć jakość i wydłużyć opiekę nad dzieckiem w szkole w pierwszych latach nauki. Dziecko ma zostawać w szkole dłużej w ciągu dnia – co odciąży pracujących rodziców – i ten dodatkowy czas ma spędzać na zajęciach z nauczycielami, odrabianiu zadań, a nie nudzić się w świetlicy. Docelowo rodzice odbieraliby dziecko do domu już bez żadnych zadań do odrobienia, bez konieczności wkuwania z nim czegokolwiek do późna wieczór. Bez tego aktywność zawodowa rodziców, a zwłaszcza kobiet, nadal będzie u nas mniejsza niż w najbogatszych krajach Zachodu.

Wprowadzimy wczesne i szerokie nauczanie informatyki. Bez tego Polska nie będzie miała szans na skorzystanie w pełni z rewolucji informatycznej. Już teraz w tym sektorze jest największy odsetek wakatów.

Będziemy też systematycznie rozszerzać opiekę przedszkolną. To umożliwi dzieciom lepsze wykorzystanie ich zdolności poznawczych wtedy, gdy te zdolności są największe. Owo rozszerzenie będzie przynajmniej częściową neutralizacją kosztów podniesienia wieku obowiązku szkolnego przez PiS. I znów: w kogo ta kolejna PiS-owska deforma uderzy najbardziej? Oczywiście w dzieci z biedniejszych rodzin. Bez wsparcia państwa mają one mniejsze możliwości wczesnego rozpoczęcia edukacji.

Reformując system szkolnictwa wyższego, będziemy myśleć o zwiększeniu udziału języka angielskiego zarówno w dydaktyce, jak i w pracy naukowej. To ważne, bo to angielski jest dziś językiem nauki. Kto publikuje po polsku, ten niestety praktycznie nie uczestniczy w obiegu  – dla światowej nauki takiej osoby w istocie nie ma. Żeby owo uczestnictwo zwiększyć, będziemy promować publikacje w czasopismach z bazy JCR (tzw. lista filadelfijska). Póki co, stosunkowo mało artykułów naukowych z Polski jest często cytowanych na świecie. Polskie uczelnie nie przyciągają też doktorantów spoza UE.

Tymczasem od rozwoju polskiej nauki będzie w rosnącym stopniu zależeć nasza zdolność do adaptacji coraz bardziej zaawansowanych zagranicznych technologii. Musimy o naukę dbać, jeśli chcemy mieć pewność, że maksymalnie skorzystamy z udziału w globalnej wymianie innowacji, tu i ówdzie dorzucając nasze rodzime wynalazki. Jeśli stan polskiej nauki się nie poprawi, może stać się ona barierą wzrostu.

Punkt ósmy dekalogu: ułatwić legalne zatrudnienie, zachęcać do wyjścia z szarej strefy.

W Polsce nie będzie więcej inwestycji i korzyści, które one dają, zwłaszcza wyższych zarobków, jeśli nie będzie więcej legalnego zatrudnienia. Przedsiębiorstwa nie będą miały powodów, żeby inwestować w nowe linie produkcyjne, jeśli będą miały problemy z obsadzeniem załogi do obsługi istniejących. Jednocześnie zdolność do inwestowania, w szczególności mikroprzedsiębiorstw, nie poprawi się, jeśli dalej będą zmuszone konkurować z tymi, którzy swoją działalność opierają na pracy w szarej strefie.

Demografia jest jaka jest. Liczba osób w wieku produkcyjnym przestała rosnąć w Polsce siedem lat temu. Wciąż jednak mamy rezerwę, o której mało się mówi: możemy wyciągać wielu Polaków z bierności zawodowej. W największym stopniu dotyczy to osób młodych, starszych oraz kobiet. Gdyby osoby przed 25 i po 59 roku życia, a także kobiety w wieku 25-59 były u nas równie aktywne zawodowo jak w Niemczech lub Szwecji, to przy bieżącej stopie bezrobocia liczba pracujących w naszym kraju byłaby wyższa aż o 1,8-3 mln osób, czyli o 11-19%! Na tych trzech grupach będą koncentrować się propozycje Platformy wzmacniające opłacalność pracy.

Zatrzymaniu osób starszych na rynku pracy służyłoby przyjęcie przygotowanego przez Platformę projektu ustawy, zwalniającego wynagrodzenia osób, które osiągnęły wiek emerytalny, a nie pobierają emerytury, z wszelkich składek poza NFZ. W myśl naszego projektu, to budżet państwa opłacałby składki emerytalne za takie osoby. W wysokości takiej samej, jaką odprowadza się od przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Ta zmiana spowoduje, że wynagrodzenie netto (to, co dostajemy na rękę) już dla osoby zarabiającej płacę minimalną wzrośnie o ponad dwieście złotych! Korzyść dla osoby zarabiającej więcej niż płacę minimalną będzie jeszcze większa. Za pozostanie na rynku pracy zostaną one nagrodzone od razu – w każdym kolejnym miesiącu, a nie dopiero za dwa lata, jak chciałby PiS, mgliście obiecując im bonus za 2 lat. W istocie obiecuje on ludziom w wieku emerytalnym przysłowiowe Niderlandy. Mówi: nie pobierajcie dzisiaj emerytur, płaćcie składki i PIT, my te pieniądze przytulimy, a za dwa lata następny rząd na pewno znajdzie pieniądze, żeby was nagrodzić. A co jeśli nie znajdzie?

PiS swoje obietnice kieruje właściwie tylko do tych, którzy mogą kontynuować pracę u dotychczasowego pracodawcy. Zapomina zaś o tych, którzy chcieliby pracować, ale ich dotychczasowy pracodawca nie chce lub nie może dalej ich zatrudniać.

Czy takie zachęty do pozostanie w pracy są niezbędne? Są przecież ludzie, którzy nie przeszliby na emeryturę także przy ich braku.

Takich ludzi jest niestety niewiele. W przypadku kobiet ZUS podaje, że dotychczas 82% zaczynało pobieranie emerytur dokładnie w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego, a kolejne 10% w ciągu 1 do 11 miesięcy po osiągnięciu tego wieku. Tylko nieco ponad 7% opóźniało przejście na emeryturę o co najmniej rok. Grupa, która pozostanie w pracy nawet bez zachęty to maksymalnie 190 tys. osób, czyli nieco ponad 1% pracujących.

A czy dla tych, którzy chcą połączyć pobieranie emerytury z pracą, Platforma ma jakąś ofertę?

Chcemy, żeby powyżej pewnego wieku, np. 67 lat, dorabiający sobie emeryci byli zwolnieni ze składek poza składką na NFZ. Przygotowaliśmy też projekt ustawy, która zwalnia emerytury z PIT (po ich uprzednim unettowieniu). Chodzi o to, żeby praca ludzi starszych, łączona z emeryturą, nie byłą obciążona wyższym efektywnym PIT-em niż praca pozostałych osób.

Zwolnienie emerytur z PIT miałoby konsekwencje dla samorządów – zdajemy sobie z tego sprawę. Żeby one na tej reformie nie ucierpiały, ich udział w dochodach PIT powinien być odpowiednio zwiększony. Kierując się dokładnie tą samą logiką, będziemy proponować podwyższenie odpisu od PIT dla organizacji samorządowych: z 1 do 1,5% podatku.

Ostatni punkt „Dekalogu gospodarczego” to zapowiedź urealnienia wieku emerytalnego. Platforma chce powrócić do 67 lat?

Nie. PiS pokazał, że podniesienie wieku emerytalnego da się w bardzo prosty sposób zniszczyć. Musimy na trwałe przekonać Polaków, że wydłużenie aktywności zawodowej jest nie tylko konieczne, ale też opłacalne. Jeśli tego nie zrobimy, Polska zmieni się w kraj biednych, starych ludzi. Demografia jest nieubłagana: polskie społeczeństwo jest szóstym najszybciej starzejącym się społeczeństwem w Unii Europejskiej.

Nowy rząd Platformy Obywatelskiej stworzy rozwiązanie alternatywne do podnoszenia wieku emerytalnego, takie, które dadzą ten sam efekt, ale które populistom będzie trudniej odwrócić. Podstawą będzie wspomniane zwolnienie ze składek wynagrodzeń osób w wieku emerytalnym, które nie pobierają emerytury. Mogłaby nią być także trzynasta emerytura, gdyby uzależnić jej wysokość od stażu pracy. Im dłużej dana osoba pracowała, tym wyższa będzie jej trzynasta emerytura, nawet jeśli jej praca była nisko wynagradzana.

Jak Platforma chce zaktywizować młodych?

Przede wszystkim chcemy ich zachęcić do tworzenia własnych firm. Polska tylko na tym skorzysta, jeśli damy im okazję wykazania się przedsiębiorczością, testowania pomysłów, o które w tym wieku najłatwiej. Jest to tym ważniejsze, że młodych (osób w wieku 18 – 25 lat) będzie w nadchodzących latach mniej niż dotychczas – to skutek zmian demograficznych, których już nie sposób odwrócić.

Przygotowaliśmy projekt ustawy, która spowoduje, że młode osoby (18 – 25 lat), decydujące się na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej, będą zwolnione z płacenia składek na ZUS i NFZ. Oczywiście, może się okazać, że ktoś spróbuje prowadzić własny biznes, ale uzna, że jednak woli pracować. Przewidzieliśmy taką możliwość, nie zostawimy takiej młodej osoby bez wsparcia: zgodnie z naszym projektem, jej wynagrodzenie byłoby zwolnione ze składek (za wyjątkiem składki NFZ, którą prawie w całości mogą odliczyć od PIT) także do 25. roku życia. Nieprzypadkowo koncentrujemy się właśnie na tej grupie wiekowej, 18 – 25 lat. Z dostępnych danych wynika, że aktywność zawodowa osób w tym wieku w Polsce jest niższa od unijnej średniej.

Zdajemy sobie sprawę, że w krótkim okresie koszty takiego rozwiązania będą stosunkowo duże – od 4 do 6 miliardów złotych rocznie, przy założeniu, że wszyscy młodzi ludzie zakładają własne firmy. Trzeba jednak pamiętać o korzyściach, zwłaszcza o podatkach, które zaczną płacić młodzi, których nasz program zachęci do aktywności zawodowej. Zresztą te koszty dla budżetu można ograniczyć wprowadzając zasadę, że z całości zwolnienia można skorzystać tylko w pierwszym roku, a w każdym kolejnym jest ono pomniejszane o jedną piątą.

A jak zaradzić niskiej aktywności kobiet?

Zwiększymy dostępności żłobków i przedszkoli. Platforma pokazała w czasie swoich rządów, że wie jak to robić. Ma na tym polu niezaprzeczalne dokonania. Zanim przejęła władzę, w Polsce było mniej niż 8 tys. przedszkoli, w których miało opiekę 650 tys. dzieci. Kiedy ją oddawała, przedszkoli było ponad 11 tys., a przedszkolaków ponad 900 tys.

Teraz dodatkowo trzeba się zająć, i to pilnie, dostępem do zinstytucjonalizowanej opieki nad osobami w podeszłym wieku. Ich liczba już szybko rośnie, a będzie rosła jeszcze szybciej w nadchodzących latach. Częstszemu łączeniu przez kobiety opieki nad dziećmi lub osobami starszymi z pracą zawodową pomogłyby także ułatwienia dla elastycznych form zatrudnienia i pracy na część etatu. Wreszcie, żeby opieka nad małymi dziećmi przestała być domeną niemal wyłącznie kobiet, będziemy wydłużać urlop ojcowski i odpowiednio skracać urlop macierzyński.

Platforma Obywatelska deklaruje w dziewiątym punkcie swojego „Dekalogu”, że chce zachęcać do pracy, nie do zasiłku. Co to oznacza?

Jeśli chcemy, żeby w Polsce było więcej legalnego zatrudnienia, musimy przebudować system wydatków socjalnych tak, by korzystały z nich tylko osoby, które naprawdę potrzebują pomocy, bo czy to ze względu na wiek, czy niepełnosprawność, nie są zdolne do pracy. Ludzie zdolni do pracy powinni otrzymywać świadczenia pod warunkiem, że pracują lub starają się o pracę. Świadczenia dla osób, które – choć są zdolne do pracy – nie chcą pracować, demoralizują.

Co te deklaracje oznaczają dla otrzymujących świadczenie 500+?

Platforma rozszerzy świadczenie 500+ także na każde pierwsze dziecko, ale jednocześnie usunie patologie, tzn. wyeliminuje możliwość otrzymywania tego świadczenia w rodzinach, w których rodzice porzucają pracę. Program 500+ nie może utrwalać biedy, a ona pojawia się tam, gdzie ludzie porzucają pracę. Taka bieda jest dziedziczona z pokolenia na pokolenie, bo jak dzieci mają poznać wartość i znaczenie pracy, jeśli nie dowiedzą się tego od rodziców?

Co z propozycją progów dochodowych w programie 500+? Platforma je popiera?

Nie. Nie chcemy ich wprowadzenia. Nie ma co konfliktować biednych z bogatymi. Powinniśmy jednoczyć Polaków. Taką ideą, wokół której da się to zrobić – o czym jestem absolutnie przekonany – jest właśnie praca. Większość Polaków ceni pracę. Niech program 500+ będzie formą uznania jej wartości.

Co oprócz 500+?

Platforma wprowadziła w czasie swoich rządów zasadę „złotówka za złotówkę” (świadczenie jest pomniejszane o złotówkę za każdą złotówkę zarobków przekraczających próg uprawniający do otrzymywania świadczenia). Ta zasada powinna być mocniejsza, np. 20 groszy za złotówkę – tak, żeby osoba na zasiłku miała jeszcze większą zachętę do podjęcia pracy. Praca musi ludziom się opłacać.

dr hab. prof. SGH Andrzej Rzońca – ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej. Był doradcą Prezesa Narodowego Banku Polskiego, odbył staż w Europejskim Banku Centralnym, współpracował z Bankiem Światowym. Członek Rady Polityki Pieniężnej w kadencji 2010–2016. W przeszłości związany m.in. z Towarzystwem Ekonomistów Polskich i Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). Obecnie główny ekonomista Platformy Obywatelskiej RP.