Newsletter

Wielkie nieobecne

Małgorzata Fuszara, 28.08.2017
Więcej kobiet na listach wyborczych pojawiło się dopiero po wprowadzeniu przymusowych kwot. Wiara w to, że równouprawnienie w polityce nastąpi samo z siebie, nie ma podstaw

Niska reprezentacja kobiet w polskim parlamencie jest łatwa do udowodnienia. W kraju, w którym większość osób z wyższym wykształceniem, studiujących i kończących studia dyplomem magisterskim to kobiety, wśród posłów jest ich tylko 27 procent, a wśród senatorów – jedynie 13 procent. Badania pokazują, że dzieje się tak z różnych powodów. W literaturze powody te dzieli się na „kulturowe”, obejmujące stereotypy związane z płcią, oraz instytucjonalne, związane z takim sposobem konstruowania i działania instytucji, które pozwalają na wypieranie kobiet z polityki.

Fot. Krzysztof Białoskórski/www.sejm.gov.pl

Bariery kulturowe, mające długą historyczną tradycję, są związane z takim widzeniem świata, w którym panuje dychotomiczny podział na sferę „prywatną” i „publiczną”. Tę pierwszą uważa się za właściwy obszar działania i zainteresowań kobiet, tę drugą – za sferę właściwą i niejako przypisaną do mężczyzn. Przypisanie do sfery prywatnej oznacza także obarczanie kobiet odpowiedzialnością za nią. Szereg badań socjologicznych pokazuje, że niezależnie od preferencji kobiet są one uważane za osoby, które odpowiadają za rodzinę i są zobowiązane do wykonywania ogromnej większości prac określanych jako „nieodpłatna praca domowa”. Znajduje to odbicie w badaniach opinii publicznej, gdy pytani o powody niższej reprezentacji kobiet w polityce Polacy i Polki wskazują właśnie obarczenie pracami domowymi i konieczność łączenia wielu ról jako najważniejsze przeszkody w uzyskaniu równości w tej sferze. Znajduje to też wyraz w wywiadach z polityczkami (często szczebla samorządowego), które mówią, że aktywność polityczna jest ich „trzecim etatem” – po pracy w domu i pracy zawodowej – i podkreślają, że warunkiem pozwalającym im na aktywność polityczną jest uprzednie wywiązanie się z obowiązków związanych z dwiema pozostałymi rolami.

Inny powód zaliczany do powodów kulturowych to socjalizacja, która, mówiąc najogólniej, nagradza dziewczynki za posłuszeństwo i niesprawianie kłopotów, a także wyrabia w nich lęk przed sukcesem, natomiast chłopców nagradza za aktywność i inicjatywę, nakazując wybaczać im niegrzeczność jako typowe zachowanie dla ich płci. W ten sposób w chłopcach wzmacniane są cechy ułatwiające funkcjonowanie w sferze publicznej, dziewczynki natomiast są tych cech niejako pozbawiane.

Obraz trzeba jeszcze uzupełnić o wyniki analiz treści podręczników szkolnych, które wskazują, że kobiety są w nich niedoreprezentowane, przedstawiane stereotypowo, w kontekstach życia rodzinnego, jako osoby pozbawione nie tylko władzy, ale też szerszych zainteresowań i umiejętności.

Te przyczyny, a także niecałe stulecie, jakie upłynęło od wywalczenia sobie przez kobiety praw wyborczych w Polsce, powodują, że także dzisiaj spotykamy się z poglądem, jakoby kobiety były gorszymi politykami, gdyż nie mają pewnych wrodzonych cech, które umożliwiają dobre funkcjonowanie w polityce i innych dziedzinach życia publicznego. Jak powiedział podczas wywiadu polityk lokalnego szczebla: „Na wsi ciągle jeszcze jest to, że chłop to chłop, a baba to do kuchni i dzieci i to stąd się bierze”[1].

Bariery kulturowe są szczególnie trudne do wyeliminowania, wymagają bowiem żmudnej i konsekwentnej edukacji, zmiany postaw i odejścia od stereotypów. Zwracał na to uwagę i przewidywał taki mechanizm Leon Petrażycki, który walcząc na początku wieku o przyznanie kobietom praw wyborczych, stwierdzał, że wprowadzenie równych praw nie doprowadzi jeszcze do pełnej równości, gdyż „[s]tare przesądy, egoistyczne interesy przedstawicieli płci uprzywilejowanej i inne przeszkody będą jeszcze długo, najsilniej w początkach, przeszkadzały osiągnięciu nie tylko pełnej równości i sprawiedliwości, ale nawet niejakiemu przybliżeniu do nich. Odnośne prawa osiągną faktycznie tylko stosun­kowo nieliczne kobiety, jedynie wyjątkowo dzielne i wybitne, daleko bardziej dzielne i wybitne, niż współ­zawodniczący z niemi mężczyźni – jako kandydaci na posłów i na administratorów. Reszta kobiet będzie odsuwana przez mężczyzn mniej od nich dzielnych, mniej utalentowanych, mniej od nich zasłużonych, nawet przez tych, których jedyną zasługą jest to, że są mężczyznami”[2].

Nieco łatwiej można przeciwdziałać barierom instytucjonalnym, a z pomocą przychodzą tu przede wszystkim systemy kwotowe na listach wyborczych. Kwoty na listach wyborczych obowiązują obecnie w ponad 50 krajach świata, w większości przynosząc zwiększenie udziału kobiet w parlamencie. Przykładem pozytywnego działania kwot na listach wyborczych może być także Polska, w której od 2011 roku wśród osób kandydujących każda płeć musi mieć zagwarantowane przynajmniej 35 procent miejsc, a sankcją za nieprzestrzeganie tego obowiązku jest odmowa zarejestrowania zgłoszonej listy. Przypomnijmy, że postulat wprowadzenia kwot pojawiał się od połowy lat dziewięćdziesiątych, a zanim stał się wymogiem prawnym, był realizowany przez niektóre partie polityczne. Przed wyborami w 2001 roku trzy partie: SLD, UP i UW, wprowadziły zasadę, zgodnie z którą na liście wyborczej żadna z płci nie mogła być reprezentowana przez mniej niż 30 procent kandydatów.

Nawet ta ograniczona postać systemu kwotowego, któremu towarzyszyła wówczas szeroka kampania koalicji organizacji kobiecych na rzecz zwiększenia liczby kobiet wśród parlamentarzystów, przyniosła dobre rezultaty – wtedy właśnie udział kobiet w Sejmie wzrósł z 13 do 20 procent, a w Senacie z 12 do rekordowych 23 procent. Efekt kwot można było zauważyć na listach wyborczych partii, które takie rozwiązania przyjęły – tam wzrost odsetka kobiet był najbardziej widoczny, a to przełożyło się na proporcje liczby kobiet i mężczyzn wśród osób wybranych.

Podczas pierwszych wyborów parlamentarnych, które odbyły się po wprowadzeniu ogólnie obowiązujących kwot, w zasadniczy sposób zmieniły się proporcje płci na listach wyborczych. Wszystkie partie polityczne nie tylko wypełniły obwiązek kwot, ale nawet umieściły na listach wyborczych więcej kobiet, niż wymaga ustawa. Wzrost szans kobiet na to, aby znaleźć się na listach wyborczych, okazał się ogromny.

 

Komitet wyborczy Kandydatki w wyborach w 2005 roku Kandydatki w wyborach w 2007 roku Kandydatki w wyborach w 2011 roku Kandydatki w wyborach w 2015 roku
Platforma Obywatelska 21 21 43 43
Prawo i Sprawiedliwość 21 19 40 40
Lewica 28 22 44 44
Polskie Stronnictwo Ludowe 20 19 42 42
Ruch Palikota - - 44 -
.Nowoczesna - - - 43
Łącznie procent kobiet na listach wyborczych 25 23 44 44

 

Powyższe dane pokazują kilka prawidłowości. Po pierwsze, postęp w osiąganiu równego udziału obu płci na listach wyborczych nigdy nie odbywa się w sposób, który przeciwnicy kwot określają jako „naturalny”. Między 2005 a 2007 rokiem, kiedy nie było kwot ani akcji wspierających równość płci, udział kobiet na listach kandydatów nie tylko się nie zwiększył, ale nawet zmniejszył. Wiara w to, że bez działań na rzecz równości będzie następować linearny wzrost szans na jej osiągnięcie, nie ma więc żadnych podstaw. Ponadto dane te pokazują, jak wielki, skokowy wzrost obecności kobiet na listach wyborczych nastąpił po wprowadzeniu kwot. Liczba kobiet na listach przewyższała ustawowe minimum 35 procent, obecność kobiet stała się ważną kwestią polityczną, a partie starały się pokazać, że nie ignorują oczekiwań kobiet, czyli przecież większości elektoratu.

Niestety, mechanizm kwotowy w Polsce nie przewiduje naprzemienności kobiet i mężczyzn na listach wyborczych. Jak ważna jest zasada gwarantująca równy podział najwyższych miejsc na listach między przedstawicielami obu płci okazuje doświadczenie partii, które takie zasady wprowadziły jako tak zwaną miękką kwotę, a więc taką, która nie jest zapisana w żadnych dokumentach, na przykład statucie partii. Jako pierwsza wprowadziła ją Platforma Obywatelska przed wyborami w 2007 roku: w pierwszej trójce na listach osób kandydujących musi być przynajmniej jedna kobieta, w pierwszej piątce – przynajmniej dwie. Złamanie tej zasady nie jest obwarowane żadnymi sankcjami i zdarzały się okręgi, w których jej nie przestrzegano. W pierwszych wyborach po wprowadzeniu tej zasady była ona przestrzegana w 34 z 41 okręgów wyborczych.

Z wyborów na wybory rzeczywistość jednak coraz bardziej zbliżała się do tej zasady. W 2015 roku zignorowano ją już tylko w trzech okręgach. To znacznie zwiększyło szanse kobiet kandydujących z list Platformy Obywatelskiej. Jeszcze w wyborach w 2007 roku wśród wybranych w tej partii posłów było 23 procent kobiet; w 2011 roku już blisko 35 procent, a w 2015 roku – aż 36 procent.

Miękką wewnętrzną kwotę przyjęła także .Nowoczesna. W tej partii wprowadzono zasadę, że w pierwszej trójce musi się znaleźć co najmniej jedna kobieta. Wymogu tego nie zachowano jedynie w czterech okręgach wyborczych. Kobiety umieszczono na pierwszym miejscu w 41 procentach okręgów wyborczych, w pierwszej trójce zajęły 36 procent miejsc. Ta właśnie partia wprowadziła rekordowo dużo kobiet w swojej parlamentarnej reprezentacji – aż 43 procent. Warto dodać, że posłanki .Nowoczesnej są bardzo aktywne i szybko stały się „twarzami” nowej partii.

Wprowadzane prawo zawsze ma jakieś cele ogólne, które staramy się przy pomocy danej regulacji osiągnąć. Celem kwot jest osiąganie równości kobiet i mężczyzn w reprezentacji parlamentarnej. Jednak nie wszystkie partie dążą do realizacji tego celu. Działacze polityczni, w ogromnej większości mężczyźni, w niektórych partiach wykazują się wielką pomysłowością w takim konstruowaniu list, aby szanse mieli przede wszystkim mężczyźni. Umieszczają kobiety na dalszych miejscach list, przyznając im wysokie miejsca tylko tam, gdzie partia nie ma szans na dobry wynik. Inną techniką jest umieszczanie na listach w okręgach kobiet ze słabych, mało licznych powiatów, a ponieważ powiat, z którego ktoś pochodzi, jest naturalnym elektoratem osób kandydujących, łatwo przewidzieć, że nie mogą one zdobyć odpowiedniej liczby głosów w konfrontacji z mężczyznami kandydującymi z powiatów znacznie liczniejszych. Umieszcza się po dwie kandydatki z tego samego okręgu w taki sposób, aby musiały odwoływać się do tego samego, niewielkiego elektoratu (na przykład dwie kobiety z jednego powiatu), co skutkuje konkurencją między kobietami i brakiem konkurencji między mężczyznami, wobec których takie manipulacje nie są stosowane. Zdarza się także, że kobiety znane, o dużym kapitale społecznym i politycznym, są zastępowane na wysokich miejscach list takimi, które nie mają dużego dorobku, a tym samym nie stwarzają konkurencji dla mężczyzn.

Szczególnie nieczyste chwyty wobec kobiet są stosowane podczas kampanii wyborczych, zwłaszcza w postaci „czarnych kampanii”. Co charakterystyczne, chcąc zniechęcić wyborców do głosowania na kobiety, o kandydatkach rozpowszechnia się o informacje odwołujące się do stereotypowo widzianych ról płciowych. Kobietom samotnym insynuuje się nieobyczajne zachowania dotyczące ich życia intymnego, matkom – że nie poświęcają wystarczająco dużo czasu dzieciom. Łagodniejsze, ale też bardzo skuteczne formy tworzenia barier instytucjonalnych to pomijanie kandydujących kobiet w spotach telewizyjnych, niezawiadamianie ich o spotkaniach przedwyborczych, nieumieszczanie na wyborczych plakatach. Limity finansowe są rozdzielane w sposób faworyzujący mężczyzn – niekiedy wprost, a niekiedy dlatego, że wysokie limity są przyznawane „jedynkom”, a to miejsce nieproporcjonalnie częściej zajmują mężczyźni.

Na skutek tych zabiegów wzrost liczby kobiet wybranych, chociaż wyraźny, nie jest równie znaczący jak wzrost udziału kobiet na listach wyborczych. Jest też bardzo zróżnicowany w zależności od dbałości poszczególnych partii o równe szanse obu płci. Ilustracją może być obecność kobiet na pierwszych miejscach list i wyraźnie z tym związana obecność kobiet wśród wybranych.

 

Komitet wyborczy Procent kobiet na pierwszym miejscu listy2011 rok Procent kobiet wśród wybranych2011 rok Procent kobiet na pierwszym miejscu listy2015 rok Procent kobiet wśród wybranych 2015 rok
Platforma Obywatelska 34 35 32 36
Prawo i Sprawiedliwość 24 17 29 23
Polskie Stronnictwo Ludowe 15  7 15 19
Lewica 15 15 29 -
Ruch Palikota 10 13 - -
.Nowoczesna - - 41 43
Kukiz 15 - - 15 14

 

Partie, które umieszczały kobiety wysoko na listach wyborczych, z reguły wprowadziły do parlamentu wiele kobiet. Partie stosujące „miękkie” środki wyrównywania szans, przede wszystkim odnoszące się do umieszczania kobiet na pierwszych miejscach, w pierwszej trójce i pierwszej piątce osób kandydujących, wprowadzają do parlamentu wyraźnie więcej kobiet niż te, które takich mechanizmów nie stosują. Nie ulega więc wątpliwości, że polski przykład dostarcza argumentów na rzecz tezy, że kwoty na listach wyborczych znacznie zwiększają szanse kobiet na działalność polityczną.

Jak ważny jest z punktu widzenia równości system wyborczy, pokazuje różnica w reprezentacji kobiet w polskim Sejmie i Senacie. W systemie proporcjonalnym uzupełnionym o kwoty szanse na równość płci są znacznie większe i udział kobiet w Sejmie jest ponad dwukrotnie wyższy niż w Senacie, gdzie wprowadzono większościowy system wyborczy. Trzeba więc pamiętać, że wszystkie próby wprowadzenia systemu jednomandatowych okręgów wyborczych są dewastujące dla zasady równości płci. Wskazują na to zresztą porównania międzynarodowe, gdyż kraje o takich systemach wyborczych mają – generalnie rzecz biorąc – znacznie niższy udział kobiet w parlamentach niż kraje, w których obowiązuje system proporcjonalny, zwłaszcza uzupełniony o systemy kwotowe zmniejszające instytucjonalne bariery w awansach kobiet.

Warto też zwrócić uwagę, że polskie społeczeństwo sprzyja mechanizmom wyrównywania szans kobiet i mężczyzn. Wskazują na to badania opinii publicznej. Natomiast badania prowadzone wśród polityków pokazują, że znacznie rzadziej opowiadają się oni za takimi mechanizmami. Są dwie możliwe interpretacje tej różnicy w poglądach polityków i większości społeczeństwa: albo do parlamentu, z nieznanych nam przyczyn, konsekwentnie dostają się osoby (zarówno mężczyźni, jak i kobiety) znacznie mniej sprzyjające równości płci i wyrównywaniu szans kobiet i mężczyzn niż całe polskie społeczeństwo, albo – co bardziej prawdopodobne – politycy są parytetom (50/50) i naprzemienności na listach wyborczych przeciwni, gdyż wiedzą, że ich wprowadzenie poskutkuje głębokimi zmianami w obecnej klasie politycznej i że wielu z tych, którzy dziś sprawują funkcje, mogłoby je stracić.

Na zakończenie warto wrócić do powodów, dla których kobietom aktywnym w ruchach kobiecych zależy na wyrównywaniu szans obu płci w polityce. Przemawiają za tym, co oczywiste, względy sprawiedliwości, a także świetne wykształcenie kobiet oraz poparty wieloma wynikami badań fakt, że zarządzanie przez zróżnicowane gremia przynosi znacznie bardziej trafne, korzystne dla wszystkich decyzje. Obecny atak na prawa kobiet w Polsce, wycofywanie się władz z niemal wszystkich osiągnięć, jakie w ostatnich latach udało się wypracować (na przykład atak na wolność w dziedzinie praw reprodukcyjnych, standardów okołoporodowych, in vitro, antykoncepcji awaryjnej, finansowania organizacji służących pomocą ofiarom przemocy itp.), może mieć obecnie tak szeroki zasięg między innymi dlatego, że w wąskich gremiach sprawujących realną władzę kobiet jest nieproporcjonalnie mało. Aby tę sytuację zmienić, konieczne jest przede wszystkim przywrócenie systemu proporcjonalnego w wyborach wszystkich szczebli, wprowadzenie parytetu płci (50/50) i naprzemienności kobiet i mężczyzn na listach wyborczych, budowanie poczucia sprawczości i siły (empowerment) kobiet. Kampanie prowadzone w bezpłatnym dla komitetów wyborczych czasie antenowym (co przecież znaczy, że my, wyborcy, za nie płacimy) powinny obowiązkowo uwzględniać równą reprezentację każdej płci; podobnie powinno być z dystrybucją środków finansujących kampanie. Wreszcie, tworzenie przestrzeni dla samoorganizowania się kobiet, mentoringu i wymiany doświadczeń jest tym, co powinnyśmy jak najszybciej wywalczyć.

 

Małgorzata Fuszara – profesor nauk humanistycznych, prawniczka i socjolożka. Ekspertka Rady Europy do spraw wprowadzania równości płci do głównego nurtu działań politycznych i społecznych. W latach 2014–2015 pełnomocniczka rządu do spraw równego traktowania. Autorka licznych prac i książek poświęconych udziałowi kobiet w polityce i życiu publicznym.

Od redakcji: tekst pochodzi z 12 numer kwartalnika Instytutu Idei zatytułowanego (S)prawa kobiet

 

[1] Małgorzata Fuszara, Kobiety w polityce, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007, s. 160.

[2] Mowa Leona Petrażyckiego wygłoszona w I Dumie w 1906 roku, O prawa dla kobiet, przeł. Jadwiga Petrażycka-Tomicka, Wydawnictwo Polskie, Lwów 1919, s. 6.