Newsletter

Słodko-gorzki smak macierzyństwa

Aleksandra Kaniewska, 11.08.2017
Poza światem wygadanych blogerek i garstki kobiet w największych miastach wykonujących wolne zawody, dla większości matek Polek, zwłaszcza tych zatrudnionych na umowach śmieciowych, roczny urlop macierzyński to prosta droga do życia pełnoetatowej matki-żony-kury domowej

W 2013 roku brytyjski dziennik „Guardian” przeprowadził eksperyment, który dobrze zapamiętałam, chociaż wówczas jeszcze nie myślałam o tym, że niedługo sama zostanę matką. Dwie kobiety po trzydziestce – dziennikarka telewizyjna z Londynu i redaktorka kulturalna z Kopenhagi – zamieniły się na dwa tygodnie miejscami. Brytyjka Lucy ze swoimi dwiema córkami przejęła dom i styl życia Dunki Niny, ta z kolei wprowadziła się z mężem i trójką dzieci do niewielkiego domu w londyńskim Chiswick.

CC-BY-SA-2.0

Wnioski z eksperymentu? Dania, która od czterdziestu lat przoduje w rankingach szczęśliwości (w 2013 roku znalazła się na szczycie World Happiness Report[1]; dla porównania Polska była wówczas na 51. miejscu, Wielka Brytania na 22., Australia na 10., Kanada na 6.), ukazała się czytelnikom „Guardiana” jako oaza równości kobiet i sprawiedliwego partnerstwa, w której kobieta może mieć jednocześnie dzieci, dom i karierę. „Cenimy wspólne rodzicielstwo i uważamy, że zarówno mężczyzna, jak i kobieta mogą być jednocześnie opiekunem i finansową głową rodziny” – mówiła mi dwa lata temu Jessica Alexander, kulturoznawczyni i współautorka książki Duński przepis na szczęście[2].

Nie można z tym się nie zgodzić. W Danii, ale też Norwegii czy Szwecji, na porządku dziennym jest widok młodego ojca zmieniającego bobasowi pieluchę w kawiarnianej toalecie czy bawiącego się z nim w godzinach pracy na placu zabaw. Ojcowie zawożą dzieci do żłobków oraz szkół i odbierają je z nich, wielu chodzi na zebrania szkolne czy uczestniczy w dziecięcych zawodach i akademiach. Obecność tatusiów na zajęciach muzycznych dla niemowlaków nie jest widokiem egzotycznym. W dużej części ułatwia to prawo, a częściowo też zwyczaj. Urlop rodzicielski w Danii to hojne (jak na europejskie standardy, i tu Polska jest jednym z pozytywnych liderów) 52 tygodnie, z których 32 rodzice mogą podzielić między sobą według uznania. Najczęściej matki wykorzystują ponad połowę z tego przydziału, z resztą jest już różnie. Mimo że w porównaniu do Polski sporo ojców podejmuje się spędzenia kilku miesięcy z nowo narodzonym dzieckiem, nawet tutaj, w oazie genderowej równości, tatusiowie wykorzystują zaledwie 7 procent dostępnego dla nich wymiaru urlopu (dla porównania w Szwecji jest to 24 procent, w Islandii 33 procent). Być może dlatego, że duńscy mężczyźni zarabiają średnio 16 procent więcej niż kobiety?[3] Można więc założyć, że nawet jeśli w kraju działa dobrze skonstruowane prawo prorodzinne, macierzyństwo jest dla kobiet naturalnym spowalniaczem kariery, wpływającym negatywnie na trajektorię awansu i wysokość pensji.

Mimo że nawet w Danii to kobiety częściej zajmują się niemowlęciem, wypadając tym samym na moment z rynku pracy i zmniejszając swoją dynamikę wzrostu wynagrodzeń, Dunki dużo szybciej niż matki ze Środkowej Europy wracają po porodzie do pracy. Główny laur z tego powodu należy się duńskiemu państwu. Blisko 80 procent duńskich dzieci między pierwszym a drugim rokiem życia i 94 procent trzy-, cztero- i pięciolatków znajduje miejsce w placówce opiekuńczej subsydiowanej przez państwo[4]. Instytucja niani – tak kosztowna dla rodzin w Polsce czy Stanach Zjednoczonych – jest więc Duńczykom właściwie niepotrzebna.

Ale duński sukces ma dwa oblicza. Brytyjka Lucy, druga połowa eksperymentu londyńskiej gazety, zauważa, że w Danii dominujący paradygmat działania młodej matki, czyli szybki powrót do pracy, jest tak głęboko zakorzeniony w społeczeństwie, że każda decyzja alternatywna – czy to rezygnacja z pracy matki na rzecz spędzenia pierwszych lat życia dzieci w domu, czy też przejście w tryb pracy niepełnoetatowej – jest mocno kontestowana i opatrzona negatywnym osądem.

„Feminizm to miejsce na wolność wyboru. Nie wiem, czy w Danii miałabym odwagę poświęcić się wychowywaniu dzieci i zepchnąć na te kilka lat karierę na boczny tor. A ja w pierwszej kolejności czuję się matką” – pisze Brytyjka Lucy[5]. Nie można się z nią nie zgodzić. Miarą nowoczesności współczesnych ideologii powinna być ich elastyczność. Czyli: jeśli pasują ci rozwiązania pewnego modelu, możesz zastosować je do siebie, ale nie masz obowiązku im się podporządkowywać.

Kiedy zaczynałam przygotowywać się do narodzin pierwszego dziecka i zastanawiać się, jakie będzie moje osobiste doświadczenie macierzyństwa, wydawało mi się, że najwięcej barier i blokad będę musiała przełamać w sobie samej. Zwłaszcza tę pierwszą i zasadniczą – jak połączyć wolność własną z naturalną niewolą, w której zamyka nas potrzebujące ciągłej opieki dziecko? Po drugie, jak intelektualnie nie zwariować, kiedy nie ma się czasu ani siły przeczytać nie tylko książki czy dłuższego artykułu, ale nawet instrukcji obsługi inhalatora? Albo jak znaleźć w sobie siłę na bycie nie tylko matką, ale też partnerką, przyjaciółką, córką, obywatelką?

Wszystkie te dylematy bledną na szczęście w obliczu siły matczynej miłości. Jak w książce Matka feministka pisze Agnieszka Graff, macierzyństwo to czas nieporównywalny z żadnym innym, czas dobrego zwolnienia obrotów, zatrzymania się i pochylenia nad nowym życiem. Opisuje to doświadczenie bez owijania w bawełnę. Bycie matką to według Graff moment kompletnego braku autonomii, zarówno dziecka, które potrzebuje rodzica, ale też matki (a także, chociaż w mniejszym stopniu, ojca), która do wypełnienia swoich obowiązków potrzebuje wsparcia innych – czy to ludzi, czy instytucji[6].

Obok dylematów mentalnych szybko pojawiają się też inne, przede wszystkim natury ekonomicznej. Kiedy wrócić na rynek pracy i w jakim wymiarze? Czy nasze dziecko będzie bezpieczne w żłobku, przedszkolu, pod opieką niani? A także czy stać nas na takie rozwiązania, o ile nie jesteśmy jednymi ze szczęśliwców, którym udało się dostać do instytucji publicznej opieki? W Polsce, mimo starań i obietnic samorządowców, w wielu miastach i miasteczkach na przyjęcie do państwowego żłobka czy przedszkola czeka się rok, a nawet dłużej[7]. Za to jak grzyby po deszczu wyrastają placówki prywatne. Są świetnie wyposażone, elastyczne pod względem godzin pracy i przyjazne rodzicom. Mają jednak jeden mankament – kosztują co najmniej 1000 złotych miesięcznie (w Warszawie w placówkach uczących w modnym systemie Montessori, który stawia na niezależność dziecka, ceny zaczynają się od 2000 złotych za miesiąc).

Wysoką dzietnością od lat szczyci się Francja. W dodatku większość Francuzek, jeśli chce, bez problemu i szybko wraca do pracy. Jak udało się tego dokonać? Nieszczególnie wysokie – w stosunku do możliwych zarobków – są tam zasiłki macierzyńskie, za to niemal każdy chętny ma dostęp do świetnej jakości, właściwie bezpłatnych, przedszkoli i żłobków. We Francji 60 procent rocznych i dwuletnich dzieci chodzi do państwowego żłobka, a aż 99 procent trzylatków uczęszcza do przedszkola! Do tego pracujących rodziców wspierają rejestrowane opiekunki. Państwo opłaca za nie większość składek na ubezpieczenia społeczne i w znaczący sposób dokłada się do pensji niani. Proste? Bardzo. Zarówno Francja, jak i Dania na rodzinę przeznaczają 3,7 procent PKB[8], dwa razy tyle, co Polska. Dzięki temu w tych krajach nie tylko rodzi się więcej dzieci, ale też wydaje się tam mniej na zasiłki dla bezrobotnych kobiet, gdyż duża część szybko wraca do pracy po urodzeniu dziecka.

Czytając blogi młodych polskich matek, widzę wciąż ten sam problem: kobiety zostawiono samym sobie. Program 500+ jest pomocą połowiczną. Owszem, wiele rodzin doraźnie korzysta z tej formy pomocy finansowej, ale dla licznej grupy beneficjentów programu, zwłaszcza w miejscach z wysokim bezrobociem, stał się on zachętą do niepracowania. Większość matek-blogerek, nie mogąc liczyć w kwestii opieki nad dziećmi na ofertę państwową, wykorzystuje własną kreatywność i zaczyna zarabiać, pracując w domu. To oczywiście godne pochwały, ale nie chodzi przecież o to, żeby każda matka po urlopie macierzyńskim robiła karierę blogową.

Poza światem garstki wygadanych blogerek i działających w segmencie produktów dla dzieci młodych przedsiębiorczyń (do nich należą na przykład podbijające świat autorki polskich szumiących misiów, które wspierają sen niemowlaków), dla dużej części matek Polek, zwłaszcza tych bezrobotnych lub zatrudnionych na umowach śmieciowych, roczny urlop macierzyński jest wstępem do życia pełnoetatowej matki-żony-gospodyni, czyli osoby, która w gospodarstwie domowym jest odpowiedzialna za wszystko, ale według systemu emerytalnego „nie pracuje, bo siedzi z dziećmi w domu”.

Na przykład dziewczyna, która przed porodem pracowała na umowę o dzieło w agencji reklamowej, kończy roczny urlop macierzyński. Przez rok dostawała od państwa zapomogę w wysokości 1000 złotych miesięcznie – zasiłek dla matek niepracujących, czyli „kosiniakowe”, dostępne dla Polek od stycznia 2016 roku. Rok się skończył, młoda matka chciałaby wrócić do pracy. Jej miejsce w agencji już dawno zajął ktoś inny, dlatego swoje poszukiwania zaczyna od nowa. Ale jest dziecko i jego codzienne potrzeby. Roczny maluch nie stał się w magiczny sposób bardziej niezależny od noworodka. Od jego narodzin skomplikowała się jednak sytuacja osobista matki – rozstała się z ojcem dziecka. Jest sama. Składa wniosek do kilku żłobków publicznych, w ciągu dnia zajmuje się dzieckiem, a wieczorami, kiedy maleństwo śpi, rozsyła po znajomych i nieznajomych swoje CV. Po kilku dniach okazuje się, że na miejsce w państwowym żłobku nie ma co liczyć. Jest sto siedemdziesiąta na liście. Jej maile do pracodawców pozostają bez odpowiedzi. Ma umówione jedno spotkanie w agencji rekrutacyjnej, ale wyznaczone na godzinę dwunastą, a ona nie ma z kim zostawić dziecka. Dziadkowie mieszkają w odległości 200 kilometrów i wciąż pracują. W końcu podrzuca synka koleżance, ale na spotkaniu dowiaduje się, że praca jest zmianowa – czasem w grę wchodzą nocne dyżury.

Dziewczyny nie stać ani na prywatny żłobek (1000–1500 złotych miesięcznie), ani na nianię (20 złotych za godzinę). Po dwóch miesiącach kapituluje. Zostanie z dzieckiem w domu, dopóki ono nie dostanie się do żłobka albo przedszkola (obowiązek przedszkolny zaczyna się w Polsce od piątego roku życia dziecka). Dopiero po kilku latach będzie więc gotowa wrócić na rynek pracy. Tylko jak w CV wygląda ta przerwa zawodowa? Agnieszka Graff w Matce feministce podsumowuje to tak: „Bieda i związany z nią brak wyboru wpędza młode matki w wieloletnią zależność od najbliższej rodziny (równie często od dziadków, jak od ojców dzieci)”[9].

A wystarczyłaby większa dostępność publicznej opieki żłobkowo-przedszkolnej. Jeśli zaś państwo nie może szybko zbudować wystarczającej liczby żłobków, niech składa się z rodzicami na opiekę prywatną. We Francji pensje niań są subsydiowane. W Australii rodzice mogą liczyć na zwrot połowy kosztów poniesionych na opiekuńcze instytucje prywatne. To duża ulga dla kieszeni, zwłaszcza tych rodzin, w których kobieta zarabia mniej od mężczyzny. Kalkulacja finansowa rodziców działa według zasady: to z nas, które zarabia mniej, zostaje w domu z dziećmi, inaczej się nie opłaca. Kto wtedy traci? W większości przypadków kobiety.

Jednym z elementów macierzyństwa, o którym stosunkowo mało mówi się publicznie, jest początkowa nadpodaż wolnego czasu. Niemowlę śpi nawet 16–20 godzin na dobę. Młoda matka ma więc do wykorzystania co najmniej kilka godzin dziennie: może spędzić ten czas, wykonując zaległe obowiązki domowe, ale najczęściej zdrowiej, dla niej i dla dziecka, jest wyjść na spacer. To zasłużona chwila relaksu, ale też możliwość załatwienia ważnych spraw: zakupów czy wizyt w urzędach.

I tu pojawia się kwestia planowania przestrzennego. Większość współczesnych polskich miast od lat była planowana z pominięciem potrzeb rodzin z dziećmi czy osób mniej mobilnych. Wysokie krawężniki, brak ławek, coraz bardziej zabudowane skwery, wycinane masowo drzewa czy odległe parki, podgryzane przez rozrastające się osiedla deweloperskie – to wszystko składniki miasta, które profesor architektury Dolores Hayden w swoim słynnym eseju What Would a Non-Sexist City Be Like? Speculations on Housing, Urban and Human Work (Jakie mogłoby być nieseksistowskie miasto? Rozważania o budownictwie mieszkaniowym, miejskim życiu i ludzkiej pracy)[10], nazwała seksistowskim. Innymi słowy, to przestrzeń, która nie dba o obywatelskie potrzeby kobiet, a także ich dzieci.

Od kiedy zostałam matką, podróżującą wszędzie z wielkim wózkiem wypełnionym rzeczami niemowlaka, zaczęłam patrzeć na moje miasto nowymi oczami. Czy zdołam podejść z dzieckiem do każdego okienka w urzędzie? Czy dotrzemy sami na główny dworzec w mieście komunikacją miejską, czy będę musiała skorzystać z samochodu? Jak najszybciej dostać się do najbliższego parku? Czy znajdę tam ławkę, na której będę mogła nakarmić dziecko, a później toaletę, w której dokonamy koniecznych czynności higienicznych? Przed matkami otwiera się cały szeroki świat wyzwań, o których przemieszczający się szybko po mieście inni użytkownicy przestrzeni nie mają pojęcia. Wsiadanie do tramwajów, autobusów i pociągów, lęk przed tym, czy płaczące dziecko nie zdenerwuje współpasażerów, konieczność karmienia – czasem piersią, później jedzeniem w najróżniejszych formach – w przestrzeni publicznej. Matki z dziećmi są specyficznymi klientami urzędów, instytucji czy kawiarni. Ciągnie się za nimi bałagan i hałas, częściej potrzebują pomocy niż inni obywatele. Czy miasta i pracujący w nich ludzie mają tego świadomość? Dolores Hayden, bez ogródek krytykuje amerykańskie miasta i ich coraz bardziej komercyjny design: „Współcześnie planowane osiedla, dzielnice i miasta ograniczają kobiety, które zajmują się domem – ograniczają je fizycznie, społecznie i ekonomicznie”[11].

Interesujący jest zwłaszcza ten ostatni punkt – ograniczenia ekonomiczne. Polskie miasta bardzo się zmieniają, coraz częściej na lepsze. Część z tych zmian to efekt rynkowego zapotrzebowania na przestrzeń przyjazną rodzinom. Kawiarnie z kącikami zabaw dla dzieci i przewijakami w toaletach są już w Polsce normą. Ale zauważam też negatywny trend znany mi z kultury anglosaskiej (Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii): komercjalizację przestrzeni publicznej. Coraz więcej jest miejsc, w których nie da się spędzać wolnego czasu za darmo. Znikają za to miejsca otwarte i całkowicie niekomercyjne. Są place zabaw, ale jesienią i zimą świecą pustkami. W dużych miastach, na przykład Warszawie, jest sporo parków, ale coraz mniej osiedlowych skwerów, likwidowanych na potrzeby deweloperów, przez co dojście do przestrzeni zielonych na niektórych osiedlach zajmuje sporo czasu. Rolę miejsca przyjaznego rodzinie przejmują w miastach galerie handlowe, w których matki mogą godzinami spacerować po sklepach, bez konieczności kupowania czegokolwiek, a jeśli stać je na zakupy, mogą zostawić swoje dziecko w basenie wypełnionym kolorowymi kulkami i oddać się przyjemności nabywania dóbr materialnych, jedzenia lodów i picia kawy.

„Galerie handlowe faktycznie zastępują miejsca trzecie i przestrzenie publiczne miast. Co więcej, robią to bardziej efektownie i efektywnie, sądząc z porównań frekwencji w dowolnym centrum polskiego miasta do frekwencji w centrum handlowym w tym mieście”[12] – pisze socjolożka miast Katarzyna Kajdanek. Z kolei Bohdan Jałowiecki komentuje brutalnie: „Mall jest protezą miasta, który zaspokaja zredukowane potrzeby użytkowników”[13].

Projektowanie miast z myślą o grupach wrażliwych: niepełnosprawnych, seniorach i właśnie matkach z dziećmi, to ważny postulat, wciąż jeszcze zbyt mało głośny w przestrzeni publicznej. Być może dlatego, że matki to jedna z mniej jednorodnych grup społecznych, podzielona przez ideologię, możliwości finansowe czy nawet oczekiwania. Przez to jednak cierpią jej potrzeby. Dlaczego każdy urząd nie miałby konsultować swoich nowych pomysłów infrastrukturalnych z przedstawicielami rodzin z małymi dziećmi? Nie chodzi o zwiększanie roszczeniowości, ale o adresowanie codziennych problemów. Te problemy nie spowodują wprawdzie, że ludzie nie zdecydują się na posiadanie dzieci, ale mogą sprawić, że młode rodziny pozostaną tylko przy jednym dziecku albo wybiorą emigrację, a to już są rozwiązania katastroficzne dla polskiej demografii.

Oczekując kolejnego dziecka, zadaję sobie proste pytanie: czy są takie środki – prywatne lub publiczne – dzięki którym koszty macierzyństwa, zarówno czysto ekonomiczne, jak i psychologiczne, stałyby się niższe, zwłaszcza dla kobiet? Zdaje się, że jak zawsze najlepsza byłaby synergia rozwiązań. Na pierwszym miejscu umieściłabym rozsądne i przemyślane polityki prorodzinne państwa (wychodzące poza wypłatę zasiłków finansowych jako jedyne działanie), wzorujące się na sprawdzonych modelach skandynawsko-francuskich. Na drugim – intensywne kampanie społeczne, które promowałyby aktywne rodzicielstwo ojców, zwłaszcza wykorzystywanie przez nich znaczącej części urlopu rodzicielskiego (w Polsce skrótowo nazywanego macierzyńskim, mimo że może dotyczyć obojga rodziców). Ważna jest też ogólnonarodowa dyskusja o roli opiekuńczej osób, które zostają w domach z dziećmi, a także długofalowe rozwiązania zapewniające tym osobom względne bezpieczeństwo finansowe, emerytalne i zdrowotne. Profesor Dominika Maison w badaniu Dlaczego Polki nie chcą mieć dzieci tak podsumowuje oczekiwania polskich rodziców: „zdaniem większości, potrzebne są rozwiązania systemowe: ludziom musi się »żyć lepiej i normalniej«. Rozwiązaniem nie jest jednorazowa pomoc (jak np. becikowe czy płatny urlop dla ojca), ale działania długofalowe: wyższe zarobki (61% Polaków), systematyczne dodatki do pensji za każde dziecko (45%), stabilizacja na rynku pracy (44%) oraz systemowe ułatwienia dla pracujących matek (34%)”[14].

A tak naprawdę chyba jednak warto przyznać, tak jak w 2012 roku w głośnym artykule w „The Atlantic”[15] ogłosiła Anne-Marie Slaughter, że „po prostu kobiety (zwłaszcza matki) nie mogą mieć wszystkiego”. Niezależnie od tego, jak idealny będzie publiczny system wspierania rodzin, nie zdoła on rozwiązać wszystkich problemów rodzicielskich. Część z nich zależy przecież od nas, od partnerstwa i współdziałania młodych rodziców, ich relacji z dziadkami czy ścieżki zawodowej. Na każdej porodówce powinna więc znaleźć się informacja: świadomość konieczności kompromisów jest niezbędnym elementem szczęśliwego macierzyństwa.

 

Aleksandra Kaniewska – japonistka i dziennikarka, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Od redakcji: tekst pochodzi z 12 numer kwartalnika Instytutu Idei zatytułowanego (S)prawa kobiet

[1] John Helliwell, Richard Layard, Jeffrey Sachs, World Happiness Report 2013, http://unsdsn.org/wp-content/uploads/2014/02/WorldHappinessReport2013_online.pdf (dostęp 10 marca 2017).

[2]Aleksandra Kaniewska, Popełniaj błędy, płacz i ciesz się życiem. Szczęśliwy jak mały Duńczyk, Wyborcza.pl, http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,18517534,popelniaj-bledy-placz-i-ciesz-sie-zyciem-szczesliwy-jak-maly.html (dostęp 8 marca 2017).

[3] C. Nathan Ober, Paid Leave for Fathers Is Good for Everybody, New Republic, 3 September 2015, https://newrepublic.com/article/122700/paid-leave-fathers-good-everybody (dostęp 8 marca 2015).

[4] Tamże.

[5] Lucy McDonald, Nina Kragh, Is it better to bring up kids in Denmark?, The Guardian, 1 January 2011, https://www.theguardian.com/lifeandstyle/2011/jan/01/uk-denmark-children-family-swap (dostęp 8 marca 2017).

[6]Agnieszka Graff, Matka feministka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.

[7]Dorota Smoleń, Dostępność żłobków w Polsce, Onet.pl, 16 lutego 2015, http://kobieta.onet.pl/dziecko/male-dziecko/dostepnosc-zlobkow-w-polsce/51k4y (dostęp 18 marca 2017).

[8] Karen McVeigh, UK spends more on families than most OECD countries, The Guardian, 27 April 2011, https://www.theguardian.com/politics/2011/apr/27/uk-spends-more-families-oecd (dostęp 8 marca 2017).

[9] Agnieszka Graff, Matka feministka, dz. cyt., s. 18.

[10] Dolores Hayden, What Would a Non-Sexist City Be Like? Speculations on Housing, Urban Design, and Human Work, „Signs” 1980, Vol. 5, No 3, „Supplement. Women and the American City”, s. 170–187, https://nextgenhousing.wikispaces.com/file/view/Hayden+-+Non-Sexist+City.pdf (dostęp 8 marca 2017).

[11] Taż, The Non-Sexist City, Theory and The City, 23 October 2006, http://theoryandthecity.blogspot.com.au/2006/10/non-sexist-city.html (dostęp 8 marca 2017).

[12]Katarzyna Kajdanek, Zróbmy sobie miasta, Instytut Obywatelski, 20 marca 2014, http://www.instytutobywatelski.pl/20192/lupa-instytutu/zrobmy-sobie-miasta(dostęp 8 marca 2014).

[13]Bohdan Jałowiecki, Społeczny język architektury od gotyckiej katedry do hipermarketu, [w:] Przemiany miasta. Wokół socjologii Aleksandra Wallisa, red. Bohdan Jałowiecki, Andrzej Majer, Marek S. Szczepański, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2005, s. 35.

[14] Dominika Maison, Dlaczego Polki nie chcą mieć dzieci?, Tajniki polityki, 23 lutego 2015, http://tajnikipolityki.pl/dlaczego-polki-nie-chca-miec-dzieci/ (dostęp 18 marca 2017).

[15] Anne-Marie Slaughter, Why Women Still Can’t Have It All, The Atlantic, July–August 2012,  https://www.theatlantic.com/magazine/archive/2012/07/why-women-still-cant-have-it-all/309020/ (dostęp 8 marca 2017).