Newsletter

Polka wstaje z kolan

Anna Dryjańska, 04.08.2017
Czarny Protest udowodnił, że patriotyzm nie jest własnością skrajnej prawicy, lecz zbiorem symboli, do którego w walce o swoją wolność mogą się odwołać także kobiety

Na pierwszy rzut oka Czarny Protest z 3 października 2016 roku może się wydawać czymś absolutnie nieprzewidywalnym, zaskakującym i niewytłumaczalnym. Jak wyjaśnić to, że tłumy kobiet w czerni wyszły na ulice tysięcy miast, miasteczek i wsi? W społeczeństwie słynącym z wzajemnej nieufności i braku zaangażowania obywatelskiego jest to zdumiewające do tego stopnia, że po kilku miesiącach od zrywu zdjęcia tysięcy kobiet na placu Zamkowym w Warszawie nadal zapierają dech w piersiach.

Do dziś robią też wrażenie fotografie Czarnego Protestu w małych miejscowościach, w których publiczne manifestowanie poglądów, o ile nie polega na modlitwie, jest czymś niesłychanym i wymagającym wielkiej odwagi. A jednak wszystko to się wydarzyło. Dlaczego Polki masowo wyszły na ulicę? Co mówi o nich – o nas – Czarny Protest? Był jednorazową akcją czy zapowiedzią czegoś większego? Te pytania stawiają sobie zarówno ci, którzy sympatyzują ze zrywem kobiet, jak i jego przeciwnicy.

Temat przerywania ciąży to niekończąca się opowieść młodej polskiej demokracji. Od 1989 roku biskupi rzymskokatoliccy i prawicowi politycy w państwie, które przechodziło wszechogarniającą transformację, za punkt honoru postawili sobie wprowadzenie prawa delegalizującego zabieg. Pozostawiono trzy wentyle dla skrajnie dramatycznych sytuacji: dla kobiet noszących płód poważnie i nieodwracalnie uszkodzony, dla kobiet zgwałconych oraz dla kobiet ciężko chorych i umierających. Politycy i biskupi zawarli między sobą „kompromis”, który miał rzekomo nie zmuszać kobiet do heroizmu.

Logika tej argumentacji wskazuje, że zwolennicy delegalizacji aborcji noszenie przez dziewięć miesięcy niechcianej ciąży uważają za coś dla kobiety normalnego. Ten układ polityczny został nazwany „kompromisem”, choć do debaty nie dopuszczono suwerena, a zwłaszcza jego żeńskiej części. Pamiętajmy, że w czasie, gdy „kompromis” aborcyjny był konstruowany, w kraju trwały gwałtowne protesty przeciwko restrykcyjnemu, antyeuropejskiemu projektowi, a przeciwnicy delegalizacji zebrali ponad milion podpisów pod referendum. Na nic się to nie zdało. Później o uczciwą debatę też nie było łatwo. Nieraz zdarzyło się, że w szkole, na katechezie, dzieci i młodzież przekonywano o konieczności totalnej delegalizacji i tak już obwarowanego zakazami zabiegu. Do tego doszła alergia wielu rządzących polityków na edukację seksualną, a później również propaganda przeciwko zapłodnieniu metodą in vitro.

Czarny Protest to medialne określenie wielu kobiecych inicjatyw, które wypączkowały lub nabrały rozmachu w reakcji na kościelny projekt ustawy (podpisy zbierano pod świątyniami rzymskokatolickimi, często czynnymi uczestnikami zbiórek podpisów byli księża). Chodzi o projekt przegłosowany wczesną jesienią 2016 roku do dalszych prac przez posłów i posłanki PiS, zakładający całkowitą delegalizację przerywania ciąży i karanie kobiet więzieniem za sprowokowane poronienie (notabene praktyka państw Ameryki Łacińskiej dowodzi, że w wielu przypadkach jest ono nieodróżnialne od naturalnego, co ma dramatyczne konsekwencje dla kobiet, które poroniły; w obawie przed prokuratorem i wieloletnim wyrokiem unikają one kontaktu ze służbą zdrowia nawet wtedy, gdy ich zdrowie i życie są zagrożone; mówiąc wprost, w XXI wieku kobiety nadal umierają przez delegalizację aborcji). Jednak pod nazwą Czarny Protest kryje się także mnóstwo kobiecych grup i grupek, organizacji oraz indywidualnie działających osób, które włączyły się w ruch obywatelski przeciwko zaostrzeniu zakazu przerywania ciąży.

Pierwsze uaktywniły się organizacje feministyczne, które protestują przeciwko obecnej ustawie antyaborcyjnej, a tym bardziej próbom jej zaostrzania, od początku transformacji ustrojowej. Bo trzeba pamiętać, że związani z hierarchami Kościoła rzymskokatolickiego politycy niejednokrotnie podejmowali próby zaostrzenia przepisów. Niemal co roku pojawiały się pomysły zaostrzenia prawa, które – przypomnijmy to raz jeszcze! – już należy do najsurowszych w Europie. Jak dotąd zawsze ponosili porażkę, głównie dlatego, że przy dostatecznie zróżnicowanym składzie parlamentu dalsze restrykcje wobec kobiet nie miały szansy przejść. Zdarzały się jednak momenty, gdy niebezpieczeństwo zaostrzenia przepisów ustawy antyaborcyjnej stawało się realne.

Gdy wiosną 2016 roku sytuacja Polek zamiast się poprawiać, stała się dramatyczna, kobiece organizacje, tradycyjnie protestujące co jakiś czas w gronie kilkudziesięciu osób znających się z imienia i nazwiska, dorobiły się drugiego pokolenia działaczek. Na społeczną scenę wkroczyły wkurzone kobiety z internetu, które dzięki mediom społecznościowym mogły razem zabrać się do działania. Często nie miały zielonego pojęcia, jak rozwinąć skrót NGO, za to odznaczały się determinacją, siłą i energią – cechami, które w organizacjach pozarządowych w naturalny sposób z czasem słabną lub wręcz się wypalają. Na masową skalę pierwsze zaczęły Dziewuchy Dziewuchom. 1 kwietnia 2016 roku – i nie był to prima aprilis – założyły na Facebooku grupę przeciwko projektowi zaostrzenia ustawy. Ujmując rzecz precyzyjnie, grupę założyła jedna kobieta. W obliczu nieprzewidzianego powodzenia inicjatywy – grupa błyskawicznie rozrosła się do ponad 100 tysięcy członkiń – jej założycielka była zmuszona dokooptować kilkanaście innych administratorek, by opanować twórczy chaos. Obok grupy głównej powstały lokalne, organizujące się w poszczególnych miejscowościach oraz innych państwach.

To dzięki Dziewuchom na protesty z początku kwietnia przyszły tłumy. Duża w tym zasługa także Partii Razem, która między innymi zorganizowała demonstrację z wieszakami pod Sejmem (wieszak to jedno z narzędzi używanych przez kobiety do chałupniczego przerywania ciąży w krajach, w których zabieg jest nielegalny). To działaczka tego ugrupowania Małgorzata Adamczyk wymyśliła pod koniec września akcję ubierania się na czarno w proteście przeciwko projektowi, który zyskał poparcie PiS – stąd nazwa Czarny Protest. Dziewuchy nie zasypiały gruszek w popiele. Ich publiczne wystąpienia były zaledwie wierzchołkiem góry lodowej ich działalności.

Lwia część emancypacyjnej pracy odbywa się w zamkniętych grupach na Facebooku, w których kobiety zaczęły po raz pierwszy szczerze ze sobą rozmawiać. W realiach systemowej dyskryminacji, czyli nierównego traktowania w niemal każdej dziedzinie życia, od opieki zdrowotnej przez nieegzekwowane alimenty po niższe pensje, paradoksalnie wiele kobiet żywi przekonanie, że ich trudna, niesprawiedliwa sytuacja jest czymś odosobnionym, jednostkowym, a nawet zawinionym przez nie same. Tymczasem dzięki grupom Dziewuch przed takimi osobami otworzyła się względnie bezpieczna przestrzeń, w której mogą się wymienić najbardziej osobistymi doświadczeniami, dostrzec, że ich historie są niepokojąco podobne, a seksistowskie stereotypy – na przykład kobiety, która korzysta z antykoncepcji i aborcji, bo jest „puszczalska” – krzywdzące.

Część Dziewuch, która dołączyła do grupy ze stanowczym przeświadczeniem, że protestują tylko przeciwko zaostrzeniu ustawy, ale za nic nie zgodzą się na liberalizację, by „idiotki” nie mogły przerywać ciąży „dla kaprysu”, pod wpływem dyskusji zmieniła zdanie i obecnie popiera prawo na wzór europejski. Wystarczyło, by kobiety zobaczyły się w podziemiu aborcyjnym takimi, jakie są, by zaczęły rozmawiać – tylko i aż tyle. Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie dały się przekonać. Niektóre opuściły grupę, twardo obstając przy obecnej ustawie, bo uznały cel za osiągnięty.

Dziewuchy, często nieświadomie, budowały na dorobku organizacji feministycznych, a kolejna obywatelska inicjatywa ustawodawcza – Ratujmy Kobiety – budowała na potencjale Dziewuch. Efekt kobiecej synergii sprawia, że nie można oddzielić grup, osób, organizacji, środowisk i partii, które połączyły się w proteście – jedne przeciwko zaostrzeniu prawa, inne przeciwko obecnemu prawu, które musi być zliberalizowane.

Wreszcie przyszedł wrzesień 2016 roku, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości na tym samym posiedzeniu odrzucili europejski projekt Ratujmy Kobiety (rzetelna edukacja seksualna, dostępna antykoncepcja, legalne przerywanie ciąży) i skierowali do dalszych prac drakońską ustawę kościelną. W kraju zawrzało. Krystyna Janda przypomniała popularną w kręgach feministycznych opowieść o strajku islandzkich kobiet, które 24 października 1975 roku zatrzymały kraj. Marta Lempart, działaczka społeczna z Wrocławia, podchwyciła pomysł i wyznaczyła datę: 3 października. Tak narodził się Ogólnopolski Strajk Kobiet, który – choć zorganizowany z wyprzedzeniem zaledwie dwóch tygodni – zatrzymał PiS na drodze do dalszej delegalizacji zabiegu. Kobiety odniosły spektakularne zwycięstwo, i teraz tak łatwo nie zaniechają walki.

Podobno można ugotować żabę żywcem, jeśli wrzuci się ją do garnka z zimną wodą i zacznie ją podgrzewać; natomiast płaz wrzucony do wrzątku błyskawicznie wyskoczy. Właśnie tak, odwołując się do znanej anegdoty, sytuację kobiet w Polsce opisała jedna z organizatorek Marszu Godności, Marta Habior. Kobiety przyzwyczaiły się do codziennej dyskryminacji, dopiero groźba więzienia za poronienie podziałała na nie jak wrzątek. Gdy poczuły nóż na gardle, a zegar pokazał za pięć dwunasta, pozostało im wyjście na ulice. Dotychczas egzekwowały swoje prawo do kontrolowania płodności, chwytając się różnych nielegalnych metod sprowadzających się do indywidualnego kombinowania i załatwiania. Teraz musiały działać jawnie i na wielką skalę.

W zrywie pomogła paternalistyczna retoryka PiS, który nie potrafił do końca ubrać swojej pogardy dla kobiecej podmiotowości w gładkie frazesy. Mówiąc krótko, nawet dla kobiet, które nie interesowały się szczególnie życiem publicznym, było jasne, że nadchodzi polityczny odpowiednik średniowiecza. Co więcej, partia rządząca od miesięcy uwijała się przy dekonstruowaniu państwa w innych dziedzinach, jak choćby atakując Trybunał Konstytucyjny czy likwidując gimnazja i przepisując przy okazji program nauczania w duchu nacjonalistyczno-katolickim. Było wiele powodów do niezadowolenia społecznego, a projekt totalnego zakazu przerywania ciąży przewidujący karę więzienia dla kobiet okazał się kroplą wrzątku, która przepełniła czarę.

Tak jaskrawo antykobieca regulacja otworzyła Polkom oczy na rażące nierówności w innych sferach życia społecznego. Zmobilizowała je, by zamiast szukać kogoś, kto je obroni (organizacji, działaczek, publicystek), wziąć sprawy we własne ręce. Głos zabrały kobiety i dziewczyny, dla których Czarny Protest był ich pierwszą aktywnością w życiu publicznym – dyskusje toczyły się na Facebooku, Twitterze i na ulicy. Źródłem sukcesu Czarnego Protestu niewątpliwie jest internet, w szczególności media społecznościowe. Dzięki nim kobiety, które wcześniej się nie znały, połączone wspólnym celem mogły stworzyć grupy szybkiego reagowania. Po Czarnym Proteście poczuły swoją siłę, zobaczyły swoją sprawczość, nawiązały więzi z innymi kobietami – doświadczyły więc tego, z czego tradycyjnie ogołaca je patriarchat, by skutecznie trzymać je w rozproszonym ucisku. Kobietom ta nowa sytuacja się spodobała. Dotarła do nich brutalna prawda, że nie ma, nie było i nigdy nie będzie „kompromisu” z ich prawami. Nabrały śmiałości, by żądać całego życia, tak jak sto lat przed nimi robiła to Zofia Nałkowska.

Czarny Protest pokazuje, że tradycja narodowych zrywów jest nadal żywa, a umiejętność oddolnej organizacji – opanowana do perfekcji w czasach zaborów, okupacji i PRL – nie zanikła, lecz pozostawała w hibernacji. Kobiety sięgają do wzorców wypracowanych przez ich przodkinie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Udowodniły, że patriotyzm nie jest zastrzeżonym znakiem towarowym chłopców noszących wyklęte skarpetki, lecz zbiorem symboli, do którego same mogą się odwołać w walce o swoją wolność. Czarne stroje, nawiązujące do walki z zaborcą, a także znaki Pol(s)ki Walczącej i „Solidarności” na transparentach przynoszonych na czarne marsze nie były przypadkiem, lecz świadomym lub podświadomym nawiązaniem do tradycji polskiego protestu.

Za użycie każdego tych symboli niektórzy chcieli kobiety ukarać. Za czarne stroje przed komisję dyscyplinarną trafiły nauczycielki z Zabrza, a prokuratura zaalarmowana przez „prawdziwych patriotów” zajęła się nawiązaniami do ruchu oporu z czasów okupacji i użyciem znaku towarowego (sic!) „Solidarności”. Skończyło się na przesłuchaniach i groźbach represji, a nie na karach, tylko dlatego, że za namierzonymi uczestniczkami Czarnego Protestu solidarnie stanęły tysiące innych. Dużą rolę odegrały również media, które nagłośniły sprawę, oraz polityczki i politycy Platformy Obywatelskiej i .Nowoczesnej, którzy ujęli się za kobietami szykanowanymi przez państwo PiS.

Przede wszystkim jednak Czarny Protest pokazał, że wbrew pogardliwej narracji części elit kobiety nie dały się kupić za 500+ na część dzieci. Owszem, jest to ceniony element polityki socjalnej (na boku zostawmy kwestię, czy możliwie najbardziej pomocny, adekwatny i przemyślany), ale z pewnością nie jest to pisowski weksel in blanco na prawa kobiet. Masowe kobiece wystąpienia, których korzeni można szukać w pierwszej Manifie w 2000 roku, to dowód na to, że kobiety potrzebują i domagają się rozsądnej polityki socjalnej, opartej na ich podmiotowym traktowaniu.

Lata zaniedbań w tej sferze, które obciążają każdą poprzednią ekipę (choć nie każdą w równym stopniu), wywołały wybuch kobiecego gniewu podczas Czarnego Protestu. Dla Polski kluczowe będzie, czy zaprawione działaczki i energiczne debiutantki zdołają trwale się zjednoczyć oraz czy partie opozycyjne, niezależnie od pobudek, włączą się w ruch bez pretensji do jego przejęcia. Kobiety pokazały ogromny potencjał zmiany społecznej ku nowoczesności, choć nie co dzień wylegają tłumnie na ulice. Ten, kto pierwszy zrozumie kobiecą rewolucję, pracę u podstaw 2.0 na zamkniętych forach, ma szansę na polityczne zwycięstwo.

 

Anna Dryjańska – ekspertka równościowa, socjolożka, publicystka.

Od redakcji: tekst pochodzi z 12 numer kwartalnika Instytutu Idei zatytułowanego (S)prawa kobiet