Newsletter

Z gruntu feministyczne postulaty

Renata Kim, 14.06.2017
Po „czarnych protestach” już wiadomo, że Polki myślą jak rasowe feministki

Większość naszych rodaczek – zarówno dziewczyny, młode matki, jak i babcie – doskonale wie, czego chce od państwa. I równie dobrze wie, czego sobie nie życzy. Nie ma znaczenia, że tuż za nimi kroczą kobiety, którym bliżej jest do ojca Rydzyka i białych marszów organizowanych w proteście przeciwko czarnym.

8 marca 2016 roku w Rybniku Jolanta Jackiewicz stała na scenie na placu Jana Pawła II, tuż przy bazylice, i wzywała kobiety, by stanęły obok niej w imię godności, wolności i równości. Żeby zaprotestowały przeciwko pogardzie i przemocy, przeciwko łamaniu praw, które kobietom się przynależą. Przeciwko wszelkiej dyskryminacji.

Jackiewicz zakończyła swoje przemówienie po śląsku: „My som solą tej ziemi. My som skałom. My som łogniem i wodom, i luftym. I żodyn rzond, żodyn farorz, żodyn polityker nie bydzie nom godoł – a już tym bardzij nakozywoł – jak momy przoć, wychowywać, kaj momy i z kim chodzić…. Bo my wiymy!!!” (My jesteśmy solą tej ziemi. My jesteśmy skałą. My jesteśmy ogniem i wodą, i powietrzem. I żaden rząd, żaden ksiądz, żaden polityk nie będzie nam mówił – a tym bardziej nakazywał – jak mamy kochać, wychowywać, jak się prowadzić… Bo my wiemy!).

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Jolanta Jackiewicz, Ślązaczka od pokoleń, mająca 57 lat, trzy córki i sześcioro wnucząt, wcześniej angażowała się politycznie. Ale nigdy jej się to nie zdarzyło, a już na pewno nie organizowała demonstracji, nie zagrzewała nikogo do protestów.

Zaczęła w październiku. Wkurzyła się, kiedy Prawo i Sprawiedliwość wyrzuciło do kosza projekt liberalizujący ustawę aborcyjną, a zaczęło procedować niezwykle restrykcyjny projekt Ordo Iuris, który przewidywał wsadzanie do więzienia zarówno kobiet, które dokonały aborcji, jak i lekarzy, którzy im w tym pomogli. Jackiewicz z córką zorganizowały więc w Rybniku „czarny protest”. Nie było łatwo, bo to małe miasto, człowiek nie jest tu anonimowy jak w Warszawie czy Krakowie. A trzeba było ujawnić twarz, jasno pokazać swoją niezgodę na to, co rząd robi w sprawie kobiet, czyli na forsowanie całkowitego zakazu aborcji (Jackiewicz jest przekonana, że politykom PiS właśnie o to chodzi), na decyzję, że antykoncepcja awaryjna, czyli pigułka „dzień po”, znowu będzie na receptę, no i jeszcze na rezygnację z dofinansowania in vitro.

Co gorsza – uważa Jackiewicz – w każdej chwili można się spodziewać kolejnego pomysłu ograniczającego prawa Polek. Bo że będą kolejne, nie ma wątpliwości. Dlatego założyła w Rybniku kilkunastoosobową grupę. Nazwali się „Niezasypialni”, bo ich zdaniem czasy nastały takie, że nie wolno spać, trzeba czuwać.

Takich kobiet jak Jolanta Jackiewicz są w całym kraju tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy. 8 marca wyszły na ulice blisko stu polskich miast i się policzyły. Ale także pokazały, że nie życzą sobie, by ktoś im mówił, jak mają żyć, w co wierzyć i jakim wartościom hołdować. By ktoś ograniczał im wolność, zabierał z trudem zdobyte i wciąż tak nieliczne przywileje.

Tego dnia Polki pokazały również, czego chcą od rządu. Niosły te postulaty na sztandarach, banerach, ręcznie rysowanych kartonowych plakatach. Krzyczały, że domagają się pełni praw reprodukcyjnych: utrzymania standardów opieki okołoporodowej (i nie zgadzają się, by decydował o nich osławiony profesor Chazan), dostępu do nowoczesnej, bezpłatnej antykoncepcji i zabiegów sterylizacji, do bezpiecznego przerywania ciąży, dofinansowania in vitro i badań prenatalnych najnowszej generacji.

Żądały wdrożenia i stosowania konwencji antyprzemocowej, a także przesunięcia finansowania budżetowego z Kościoła na organizacje zajmujące się walką z przemocą domową, bezwzględnego ścigania jej sprawców, podobnie jak gwałcicieli. I ścigania mowy nienawiści, którą uznają za źródło przemocy.

Na sztandarach, banerach i plakatach widniał też postulat poprawy sytuacji ekonomicznej kobiet. Organizatorki i uczestniczki marszu rozpisały go na konkretne, od lat niezałatwione kwestie: emerytur dla kobiet, które większość życia spędziły w domu, pracując nieodpłatnie na rzecz swoich rodzin; realnej, a nie udawanej pomocy dla rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi; skutecznego ściągania alimentów przez państwo i karania dłużników alimentacyjnych. Wreszcie, domagały się równości płac, bez względu na płeć.

No i jeszcze żądanie, by Polska była państwem wolnym od zabobonów. Żeby władze zapewniły wszystkim uczniom rzetelną edukację seksualną, ale także edukację szkolną zgodną z najnowszą wiedzą naukową, a nie czyimiś przekonaniami religijnymi. Żeby zlikwidować tak zwaną klauzulę sumienia dla lekarzy, aptekarzy i nauczycieli. Żeby przenieść lekcje religii ze szkół z powrotem do parafii i żeby płacił za nie, jak dawniej, Kościół. I żeby powstała niezależna komisja do spraw pedofilii w Kościele, a sprawcom i osobom, które ich kryły, wymierzano bezwzględne kary.

Wszystko to są z gruntu feministyczne postulaty.

Można by oczywiście uznać, jak natychmiast po 8 marca zrobili to politycy PiS i przyklaskujący im zawzięcie prawicowi dziennikarze, że protestowały nieliczne grupki radykalnych feministek, którym bliska jest cywilizacja śmierci, które bezwstydnie przyznają się, że chciałyby mordować swoje nienarodzone dzieci, i jeszcze innym dają takie prawo. Można by tak uznać, gdyby nie to, że 8 marca Polki wyszły na ulice blisko stu miast – nie tylko tych największych i średnich, ale także niewielkich, jak Gołdap, Giżycko, Czarnków. Takich, w których pokazywanie swojej twarzy to akt odwagi i determinacji, symbol gotowości do poniesienia konsekwencji za głoszenie feministycznych i wolnościowych postulatów.

Bo Ogólnopolski Strajk Kobiet – wbrew temu, co chcieliby nam wmówić politycy PiS i zawzięcie im przyklaskujący prawicowi dziennikarze – nie był protestem antyrządowym. To był protest kobiecy, z całkowicie feministycznymi postulatami, podobnymi do tych, jakie tego samego dnia, o tej samej porze, skandowały kobiety na całym świecie. W Polsce czyniły to może tylko nieco głośniej i z większą determinacją, bo też praw zdobyły mniej, za to groźba ich utraty za czasów rządów polityków PiS, zbyt blisko zblatowanych z Kościołem katolickim, znacznie wzrosła.

8 marca w tych wszystkich dużych, średnich i całkiem małych miastach protestowały nie tylko radykalne feministki i rasowe aktywistki, takie jak Marta Lempart, która po raz pierwszy wyprowadziła Polki na ulice 3 października, w Czarnym Proteście, a teraz skrzyknęła dziewczyny z całego kraju. Wszystkie je zna z internetu, a jest ich tak dużo, że nie potrafi ich zliczyć. Protestowały babcie, takie jak Jolanta Jackiewicz, matki, ale także całkiem młode dziewczyny, jak licealistka Nikola Jóźwikowska z Lęborka, dzięki której tamtejsze Dziewuchy Dziewuchom trzymają się razem. Choć Nikola ma niespełna 19 lat, w październiku razem z mamą zorganizowała Czarny Poniedziałek. Za własne pieniądze wydrukowały ulotki, roznosiły je wieczorami, a za nimi jak cień kroczyli ludzie z konkurencyjnego białego protestu. Nazywali je czarnymi myszkami, morderczyniami.

8 marca protestowała też trzydziestopięcioletnia Lana Dadu, Litwinka mieszkająca w Krakowie, która została nawet polskąłączniczką na kraje wschodnie. A przecież ona też nigdy wcześniej nie udzielała się społecznie, w żaden sposób, Czarny Protest w Krakowie zorganizowała właściwie przypadkiem: nie było chętnych do zgłoszenia protestu w urzędzie miasta. Ktoś w końcu zapytał, czy mogłaby to zrobić. Z nerwów nie spała całą noc, a potem załatwiła wszystkie formalności. Przyszło 20 tysięcy osób.

Na proteście w Krakowie była też Alicja Szczepańska, czterdziestosiedmioletnia emerytowana policjantka, która przez całe zawodowe życie patrzyła na gwałcone, bite i poniżane kobiety. Czuła straszną bezsilność, że prawo ich nie chroni. Nikt nie dba o takie ofiary, nikt ich nie edukuje. Poszła więc na demonstrację w geście solidarności z tymi wszystkimi kobietami, którym kiedyś nie mogła pomóc.

Takich jak one były w całej Polsce dziesiątki tysięcy. I choć pewnie nie wszystkie z entuzjazmem podpisałyby się pod hasłem „aborcja na życzenie”, nie wszystkie wystąpiłyby w Chórze Wkurwionych Kobiet, a być może nawet wstydziłyby się zanucić jego piosenki, wszystkie były zgodne, że nie chcą, by ktokolwiek, a już na pewno nie władze, dyktował im, jak mają żyć. By groził całkowitym zakazem aborcji, regulował dostęp do badań prenatalnych, za to wywierał presję, żeby rodzić nie tylko dzieci z zespołem Downa, ale także zdeformowane płody, które nie mają szansy na przeżycie. Nie są gotowe poświęcić prawie całego życia na opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem i nie chcą być przez to oskarżane o egoizm. I tak już uwierzyły, bo przez lata im to wmawiano, że przerywając ciążę, zabijają dziecko.

Za to wszystkie chcą od polityków i od państwa tanich żłobków i przedszkoli. Chcą gwarancji, że po urlopie macierzyńskim będą mogły wrócić do pracy, że nikt nie zlikwiduje ich stanowiska, nie przesunie na niższe. Od rynku chcą równych płac, a od swoich mężczyzn partnerstwa w domu i opiece nad dziećmi.

Pod tymi feministycznymi postulatami pewnie mogłyby się podpisać także te Polki, które nie wzięły udziału w październikowym Czarnym Proteście ani w strajku 8 marca. Pewnie bliskie im jest także hasło, by wszystkim dzieciom zapewnić dobrą opiekę, dać dobrą edukację. I zapewne nie protestowałyby, gdyby ich firma ogłosiła, że od tej pory będzie płacić kobietom dokładnie tyle samo, ile mężczyznom zatrudnionym na takich samych stanowiskach. Bo na razie płaci średnio 10 procent mniej.

Być może nie protestowałyby przeciwko tym hasłom nawet te kobiety, które w październiku w Lęborku jak cień chodziły za Nikolą Jóźwikowską i jej mamą i obrzucały je wyzwiskami. Gdyby tylko ktoś im przypomniał (a może po raz pierwszy powiedział), że feminizm to walka o równe prawa kobiet i mężczyzn, ale także o kobiecą godność i wolność. O to, by nikt kobiety nie gwałcił i nie podnosił na nią ręki. Żeby nikt jej nie mówił, jak ma żyć.

Bo feministyczne postulaty dotyczą wszystkich kobiet.

Renata Kim – dziennikarka „Newsweek Polska”, wcześniej „Wprost” i „Dziennika”. Przez
wiele lat pracowała także w różnych rozgłośniach radiowych, między innymi w Polskiej
Sekcji BBC.

 Od redakcji: tekst pochodzi z 12 numer kwartalnika Instytutu Idei zatytułowanego (S)prawa kobiet