Newsletter

Unia Europejska: scenariusze i rzeczywistość

Joanna Matuszewska, 07.06.2017
Wraz z wyborem Emmanuela Macrona rewitalizacja tandemu francusko-niemieckiego jest bliższa niż kiedykolwiek. Nowy prezydent Francji nie chce Unii rozwodnionej. Koniec z opieszałością na poziomie instytucjonalnym

Komisja Europejska w swojej białej księdze opublikowanej w marcu 2017 roku zaproponowała pięć scenariuszy dla przyszłości UE.

Fot. French Embassy in the U.S./flickr.com, CC BY-NC 2.0

Po pierwsze, kontynuacja tego, co jest (a w perspektywie: zastój i marginalizacja krajów takich jak Polska).

Po drugie, skupienie się na wspólnym rynku (zawężenie pól potencjalnych konfliktów, technokratyzacja).

Po trzecie, szeroko otwarte drzwi do współpracy nad konkretnymi projektami, ale nieobowiązkowo (czytaj: romans bez zobowiązań).

Po czwarte, zdecydowana koncentracja na kilku dziedzinach ( rozwijanie dwóch prędkości).

Po piąte, głęboka integracja (małżeństwo, czyli federalizacja).

Położenie na stole tych wersji przyszłości Unii jest zachętą Komisji wobec państw członkowskich i obywateli do rzetelnej i głębokiej dyskusji nad przyszłością tego, co chcemy osiągnąć, i jak dalece chcemy iść. Albo razem, albo osobno.

Z drugiej strony ruch ten może być odbierany jako swoista abdykacja Komisji. KE daje do zrozumienia, że wobec coraz dramatyczniejszego rozdźwięku w łonie Unii i odtwarzającego się starego podziału geopolitycznego, jest w stanie zaakceptować zróżnicowaną – a nawet wykluczająca się – paletę rozwiązań. Od tego, co jest teraz – czyli przepychanek politycznych i niezgody względem celów w kluczowych sprawach takich jak migracja – aż po pełną federalizację.

Jest oczywiste, że pierwsze trzy scenariusze już się dzieją. Czwarty wymaga determinacji, ale może być wdrożony w miarę szybko. Za to piąty jest praktycznie tylko pewną wizją przyszłości. I jego wprowadzenie musiałoby zmienić strukturę Unię – praktycznie stworzyć ją na nowo.

Pytanie: czy nawet przy najszlachetniejszych intencjach przeniesienia dyskusji na poziom narodowy i obywatelski sygnał Komisji, że każda opcja jest do przyjęcia, nie puści dyskusji na żywioł i nie zaowocuje inercją? No bo skoro możemy zaakceptować status quo, to jeżeli taki będzie finał, to rozbraja to determinację i mobilizację dla reform. Bo one przecież biorą się z niezgody na status quo.

Niektórzy komentatorzy dostrzegają owo niebezpieczeństwo zredukowania wizji Unii Europejskiej i powstania warunków dla przyspieszenia degradacji budowanego od ponad 60 lat projektu przez nasilające się w Europie tendencje eurosceptyczne. W podobnym tonie na łamach dziennika „El Pais” pisał Javier Solana, były sekretarz generalny NATO i były sekretarz generalny Rady Unii Europejskiej.

Hiszpański polityk zaapelował, aby nie porzucać wiary w silną Unię (co docelowo oznacza scenariusz piąty). Jego zdaniem brak mocnej Wspólnoty może nasilić widoczne na świecie tendencje do izolacjonizmu, międzynarodowego protekcjonizmu, nacjonalizmu oraz ekstremizmu.

Dla weteranów integracji europejskiej takich jak Solana scenariusze Komisji abstrahują od przewodnich idei jako wyznacznika dyskusji o przyszłości. Zbyt lekko akceptują narastającą geopolityczną dywersyfikację, podziały polityczne niczym te z lat zimnej wojny (Wschód –Zachód). Godzą się z coraz częstszym wypaczaniem idei demokracji oraz odrzucaniem nowoczesności i postępu jako konstytutywnych cech europejskiego projektu.

Dla zwolenników projektu europejskiego rozumianego jako czynnik historycznej zmiany program zawarty w scenariuszu drugim jest w ogóle nie do przyjęcia. Unia jako li tylko wspólny rynek byłaby znaczącym cofnięciem się i historyczną kapitulacją. A akceptacja scenariusza pierwszego oznacza pokaz bezradności i, w dłuższej perspektywie, oddanie pola siłom populistycznym.

Z kolei nieco bardziej eurosceptycznie nastawieni komentatorzy, uważają, że choć Komisja zdaje się preferować scenariusz piąty, to wykazuje się realizmem, dopuszczając inne możliwości. Przy zachowaniu tzw. non-negotiables takich jak demokracja czy wolny rynek każda formuła może być akceptowalna, od rozluźnienia aż do federalizacji.

W sytuacji niepewności realne wydaje się włączenie szybkiego biegu w strefie euro (operacjonalizacja scenariusza nr 5). I przyzwolenie na powolniejsze ruchy poza strefą. To tak jakby podzielić szkołę na klasę prymusów, olimpijczyków i pozostałych. W pewien sposób odpowiada to preferencjom niektórych rządów (tworzonych przez PiS w Polsce czy FIDESZ na Węgrzech) – i pewnie też tym, którzy chcą się uwolnić od obecności niesfornych dzieciaków w klasie o poziomie uniwersyteckim.

Takie wyrozumiałe podejście KE, jakkolwiek może być wygodne krótkookresowo dla niektórych, jest bardzo niebezpieczne dla Polski. Zmaleją nasze szanse, by dostać się do klasy olimpijskiej. Może to skutkować przepołowieniem Unii na strefę euro i mało atrakcyjną „unijną resztkę”. To nie przypadek, że w czasie wizyty w Berlinie Emmanuela Macrona mówiło się o Europie i strefie euro, a nie o „Unii”.

Jeżeli zrealizuje się scenariusz czwarty – co najbardziej prawdopodobne – to „Europa” istnieć będzie jako strefa wspólnych wartości, koherentnej polityki i pieniądza, oraz „Unia Europejska” jako czyściec dla tych, którzy z własnej woli nie dostali się „nieba” (poprzez odrzucenie europejskich wartości, niechęć do wspólnych politycznych przedsięwzięć i nieprzyjęcie wspólnej waluty).

Wraz z wyborem Emmanuela Macrona rewitalizacja tandemu francusko-niemieckiego jest bliższa niż kiedykolwiek. Nowy prezydent Francji nie chce Unii rozwodnionej. Można powiedzieć: od teraz koniec z opieszałością na poziomie instytucjonalnym.

Macron wspiera też reformę Parlamentu Europejskiego w kierunku stworzenia elektoratu paneuropejskiego i przygotowania przynajmniej częściowej listy transnarodowej w następnych wyborach. Jego prezydentura ma szansę stać się istotnym krokiem w kierunku powstania europejskiego demosu. Do tej pory jest to dla Unii najtrudniejsze wyzwanie, bo nie miało wielkiego wsparcia państw członkowskich. Francja i jej nowy prezydent dają szanse na przełamanie tej niemożności.

Jeżeli Francja i Niemcy zdecydują się na przynajmniej wstępne kroki w kierunku federalizacji Europy (jeśli jeszcze nie jako małżeństwa, to przynajmniej trwałego „związku partnerskiego”), to interesujące będzie obserwowanie, jak Komisja Europejska zareaguje na politykę dwóch stolic.

Tak jak to wiele razy w historii bywało, przyszłość często nadchodzi niespodziewanie, „jak złodziej w nocy”, używając biblijnej metafory.

Joanna J. Matuszewska – doktor nauk politycznych