Newsletter

Twitter w wyborczej walce

Marcin Mycielski, 09.05.2017
Żadne procedury, algorytmy czy mechanizmy nie są w stanie w pełni zabezpieczyć nas przed zalewami fałszywych informacji. Najlepiej zabezpieczyć możemy się sami: edukując i ujawniając prawdę

Dziś już wiemy – z niemałą przewagą głosów wybory prezydenckie we Francji wygrał centrysta Emmanuel Macron. Ale jeszcze w piątek, mimo sondaży dających Macronowi pewne zwycięstwo, twarze jego proeuropejskich zwolenników zalał zimny pot. Otóż na francuskim Twitterze furorę robił hasztag #MacronLeaks („przecieki Macrona”), a wraz z nim link do dziewięciu gigabajtów wewnętrznych dokumentów, maili i zdjęć, wykradzionych przez hakerów ze sztabu wyborczego kandydata.

Alvaro Tapia, flickr.com, CC BY-NC-ND 2.0

Jak się okazało, większość danych była mało interesująca, a część fałszywa – prawdopodobnie spreparowana przez amerykańskich „alt-prawicowców” z popularnego wśród nich serwisu 4chan. Ponadto wiele „niby-tajnych” danych było umyślnie podłożonych przez sztab kandydata, żeby zmylić hakerów. W połączeniu ze znalezionymi śladami ingerencji rosyjskiej cały wyciek okazał się burzą w szklance wody i ostatecznie – jak twierdzą eksperci – nie wpłynął na wybór Francuzów.

Godny uwagi jest jednak mechanizm, który pozwolił na tak niebezpieczny rozwój sytuacji. Sytuacji, dodajmy, która teoretycznie mogła skończyć się jak w USA – przegraną kandydata w wyniku działań rosyjskich hakerów i współpracujących z nimi użytkowników Twittera.

#MacronLeaks zaczęły się od jednego użytkownika Twittera o wątpliwej reputacji. Jack Posobiec jest młodym dziennikarzem radykalnej, amerykańskiej prawicy, czyli „alt-right”. Pracuje w kanadyjskiej firmie specjalizującej się w produkowaniu prawicowych, propagandowych materiałów wideo. Jak przyznał w wywiadzie udzielonym „The New Yorker”, jest „dziennikarzem-aktywistą” – lubi sam prowokować sytuacje, które potem opisuje.

Tak też było z #MacronLeaks. Cała afera zaczęła się właśnie od jego tweeta, w którym podał linka do materiałów opublikowanych anonimowo na forach 4chan. Materiałów, na które – jak przyznał – sam nawet nie spojrzał. Żeby zaś informacja rozeszła się sprawniej, wymyślił odpowiedni hasztag: #MacronLeaks.

I tutaj pojawia się wspomniany mechanizm, który doskonale wykorzystywany jest przez populistów, zwłaszcza po skrajnie prawej stronie sceny politycznej. „Fake news” (fałszywa część materiałów), czy też „nie-news” (część zupełnie nieciekawa) bez najmniejszej nawet próby sprawdzenia źródła lub też prawdziwości danych błyskawicznie zyskał status sieciowego trendu we Francji i na świecie. Jak wykazała analiza Digital Forensic Research Lab, konto Posobiec’a na Twitterze, z ledwo 110 tysiącami obserwujących, oraz retweetujące go (podające dalej wpis – red.) – prawdopodobnie rosyjskie – tzw. boty (programy), były drugim głównym źródłem ruchu w sieci dla hasztagu #MacronLeaks.

Choć na pierwszym miejscu uplasował się profil WikiLeaks, który również tweetował link do wykradzionych materiałów, nie jest to dziwne – ma on blisko 5 milionów obserwujących.

Zasada działania była ta sama, którą widzieliśmy kilkukrotnie w kampanii Donalda Trumpa. „Skandaliczna” informacja, jakkolwiek niezweryfikowana, ale niezwykle chwytliwa i boleśnie uderzająca w liberalnego (czy też, powiedzmy to jasno, antyrosyjskiego) kandydata, pojawia się znikąd, zazwyczaj anonimowo umieszczona w kręgach skrajnej prawicy. „Alt-prawicowcy” rzucają się na ten podrzucony im „prezent”, i nie patrząc darowanemu koniowi w zęby dystrybuują go w swoich kręgach. Dodają przy tym oczywiście odpowiednio chwytliwy hasztag.

W tym momencie temat przechwytują trolle będący na garnuszku rosyjskich służb (tak, tych samych, do których prowadzą ślady w wykradzionych dokumentach), i z pomocą armii botów, czyli automatycznych kont w social mediach, posyłają szokujący news w świat. Następnie podchwytują go mainstreamowe media, i – jak to mówią – ciąg dalszy to historia.

Na przemyślaną celowość tych działań wskazuje również  czas, w którym taka informacja się pojawia. W przypadku wyborów w USA skandale uderzały w Hillary Clinton zawsze wtedy, kiedy czarne chmury zbierały się nad Trumpem. #MacronLeaks wypłynęło zaś w piątek, przy sondażach dających liderowi ruchu En Marche! 63 proc. poparcia, tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej. Jego sztab zdążył jedynie wydać krótkie oświadczenie informujące, że część z opublikowanych dokumentów była fałszywa, wyprodukowana w celu „siania wątpliwości”.

Jak się później okazało, sztab Macrona był przygotowany na podobny atak i specjalnie podłożył hakerom nieinteresujące i fałszywe informacje. Decydujące było też to, co miało być siłą ataku – podczas trwania ciszy wyborczej kandydat nie mógł wprawdzie się bronić, ale tak samo mainstreamowa prasa nie mogła przecieku nagłośnić.

Powyższy mechanizm trafnie opisał w ubiegłym tygodniu europoseł Michał Boni podczas swojego wystąpienia w panelu „Walka z populizmem w social media”, zorganizowanym przez Wilfried Martens Centre for European Studies oraz Instytut Obywatelski na konferencji „Net@Work” w Brukseli. Zauważył, że w obecnie każdy użytkownik mediów społecznościowych – z nim samym włącznie – jest w stanie za pomocą jednego tweeta czy hasztagu dotrzeć z informacją – również tą fałszywą i szkodliwą – do milionów odbiorców.

Takie możliwości mogą być wykorzystywane do niecnych celów, jak w przypadku #MacronLeaks, ale mogą też stać się narzędziem dla oddolnych ruchów i zwykłych obywateli, których słuszny głos inaczej nie zostałby usłyszany. Dlatego, jak zauważył poseł Boni, odpowiedzią w żadnym wypadku nie jest cenzura. Potrzebne są sprawniejsze mechanizmy zgłaszania i usuwania fałszywych bądź nielegalnych treści. Jest to jeden z tematów, nad którymi aktywnie pracuje Unia Europejska, rozważająca zmiany w dyrektywie o e-handlu z 2000 roku.

Żadne procedury, algorytmy czy mechanizmy nie są w stanie w pełni zabezpieczyć nas przed kolejnymi zalewami fałszywych informacji i sztucznych skandali, napędzających (i inspirowanych przez) populistyczne siły. Najlepiej zabezpieczyć możemy się sami: edukując, ujawniając prawdę i podnosząc świadomość współużytkowników sieci.

Żaden fałszywy news czy kłamliwa grafika nie „rozejdą się” po internecie, jeśli użytkownicy będą czuli potrzebę samodzielnego sprawdzenia ich przed kliknięciem „retweet”. Jeśli nie dla spokoju własnego sumienia, to chociaż dla uniknięcia stygmatu frajera, który daje z siebie zrobić narzędzie putinowskiej propagandy.

Sam niedawno miałem satysfakcję powstrzymania takiego „fake newsa” w zarodku. Po „prawicowym Twitterze” zaczął krążyć mem ze zdjęciem nazistowskiego oficera i podpisem, iż jest to młody George Soros – słynny filantrop finansujący wiele prodemokratycznych, liberalnych organizacji. Jednak wyguglowanie obrazu, wymagające dokładnie dwóch kliknięć myszką w przeglądarce, wskazało od razu, że to fałszywka.

Po mojej publicznej interwencji pod oryginalnym tweetem, podanym dalej sześć razy tylko w przeciągu pierwszych minut, skrajnie prawicowy użytkownik uczciwie wziął na siebie winę i – chcąc uniknąć dalszej kompromitacji – usunął wpis. Całość tej „akcji” zajęła może trzy minuty, a była to przecież aktywna interwencja. Sprawdzenie i powstrzymanie się przed samym podaniem takiej informacji dalej zajęłoby jeszcze mniej.

Zamiast skarżyć się na działania hakerów i rosyjskich trolli, czy też obśmiewać głupotę co bardziej naiwnych użytkowników, weźmy więc sprawy w swoje ręce. Kto wie, może trzy minuty lub dwa kliknięcia wystarczyłyby, żeby prezydentem „wolnego świata” nie został Donald J. Trump.

Marcin Mycielski – działacz społeczny i komentator polityczny. Brukselski korespondent Gazety Wyborczej oraz założyciel międzynarodowego KODu – KOD International. Skończył dyplomację i stosunki międzynarodowe na uniwersytecie w Madrycie, był szefem gabinetu posła do PE oraz, pracując dla MSZ, współorganizował polską prezydencję w Radzie UE.