Newsletter

Francja wybrała, schody się zaczynają

Bogdan Góralczyk, 08.05.2017
We Francji scena polityczna pęka na dwie części: zwolenników liberalizmu i otwartych rynków oraz nacjonalizmu i budowania murów. Zwycięstwo Macrona nie zmienia faktu, że nacjonaliści rosną w siłę

Druga tura wyborów prezydenckich we Francji nie przyniosła niespodzianek i potwierdziła sondaże. Wygrał, i to wyraźnie, młody (39 lat), proeuropejski liberał Emmanuel Macron, wydobywając oddech ulgi w Brukseli, Berlinie i wielu innych stolicach – choć niekoniecznie w Warszawie i Budapeszcie. W kampanii bowiem Macron ostro potraktował liderów politycznych Polski i Węgier, zestawiając ich z Władimirem Putinem.

Te wybory nie dość, że miały wysoką stawkę, to jak w soczewce pokazały problemy, z którymi styka się teraz Unia Europejska oraz wiele jej państw członkowskich. Nagromadzone kryzysy, w tym przede bezpieczeństwa (socjalnego, zewnętrznego i wewnętrznego) oraz migracyjny, już doprowadziły do Brexitu i przesunięcia na prawo, ku nacjonalizmowi. Także we Francji, co udowodniły te wybory.

Bój o wartości

Marine Le Pen, symbol owego nacjonalistycznego nurtu na skalę daleko przekraczającą granice swego kraju, radziła bowiem sobie w tych wyborach nadzwyczaj dobrze. Jej ostateczny wynik każe otwarcie stawiać pytanie o dalsze skuteczne rządzenie państwem. Tym bardziej, że Macron nie ma jeszcze własnego obozu politycznego (duży elektorat to jednak nie to samo), ani nawet szerokiego zaplecza ekspertów.

Kto wie, czy nie trudniejsze niż wybory prezydenckie będą dla Macrona nadchodzące – i to już w czerwcu – wybory parlamentarne. Na scenie francuskiej, jak wielu innych w UE, mamy do czynienia z wyraźnym pęknięciem: na siły liberalizmu, współpracy i otwartych rynków oraz siły zamknięcia własnych granic, nacjonalizmu i budowania murów wokół siebie.

To starcie liberalizmu z illiberalizmem, by tak go nazwać, zaczyna przybierać niepokojące wymiary, nierzadko zimnej wojny domowej. Ba, zmierza – jak na Węgrzech i w Polsce, choć na szczęście nie we Francji, przynajmniej na tę chwilę – ku wyraźnie widocznym działaniom na rzecz porzucenia liberalnej demokracji.

Mamy do czynienia z wyraźnym pęknięciem oraz kompletnie odmiennym wizjami naszej przyszłości. Wbrew wspólnym kryteriom i dotychczas wyznawanym wartościom zapisanym w traktatach unijnych, kombinacja trzech czynników: migracji, groźby terroryzmu i wysokiego rozwarstwienia socjalnego doprowadziły do podważenia nadrzędnych wartości: solidarności, empatii dla innych, poszanowania praw mniejszości. Wielu obywateli UE godzi się nawet na odejście od zasad państwa prawnego, na rzecz zagrożonego ich zdaniem bezpieczeństwa, indywidualnego i zbiorowego, co politycy tacy jak Marine Le Pen skrupulatnie wykorzystują do swoich celów.

Ci ostatni pod znakiem zapytania stawiają też demokrację liberalną, a więc nadrzędne zasady funkcjonowania UE, którą należy rozumieć nie tylko jako dobrze funkcjonujący podział władz (z organami wykonawczymi, ustawodawczymi i sądowniczymi), ale też silne społeczeństwo obywatelskie oraz niezależne od innych, przede wszystkim od rządu, samodzielne media.

Nowe osie podziału

Niedawno, w obszernym wywiadzie dla kanału „RT” precyzyjnie zdefiniował te tendencje węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó mówiąc, że ucieleśnieniem interesów społecznych nie są wcale jakieś NGO, sponsorowane nie wiadomo przez kogo (np. filantropa George’a Sorosa, będącego synonimem globalizacji i dominacji rynków), lecz silny rząd, który otrzymał mandat w wyborach.

Na taką definicję „dobra publicznego” z pewnością przystałaby i Marine Le Pen, i wszyscy ważniejsi przedstawiciele „narodowo-patriotycznego” nurtu. Z tym właśnie wyzwaniem będzie sobie musiał radzić Macron, konsekwentnie stygmatyzowany przez liderkę Frontu Narodowego jako bankier i przedstawiciel rynków finansowych – a więc ucieleśnienie złowrogiej globalizacji i dominacji pieniądza. Po tych wyborach Francja pozostaje jeszcze bardziej podzielona, niż była przed nimi.

Dla Unii wybory nad Sekwaną były być albo nie być. W przypadku triumfu pani Le Pen cała konstrukcja integracji europejskiej ległaby w gruzach. Nie legła, ku uciesze wielu, ale nadal trzeszczy, a rysy są poważne, czemu wyraziście dała wyraz szefowa francuskiego Frontu Narodowego, przewidując w debacie telewizyjnej z kontrkandydatem, że „ktokolwiek zwycięży, będzie to kobieta” – ona lub pani kanclerz Merkel. Grając na delikatnej, a społecznie nośnej nucie, Le Pen dała do zrozumienia, że nowy prezydent będzie wisiał na pasku u Niemców i ich przywódców. To zaś dumnych, a często wyniosłych Francuzów mocno boli. Boli ich tym bardziej, że Niemcy, owszem, mają kłopoty z migrantami, ale gospodarczo wręcz kwitną. Inaczej niż Francja.

Na oś podziału „bogatą Północ” versus „borykające się z trudnościami Południe” podczas francuskiej kampanii wyborczej dość wyraziście nałożyła się nowa linia – groźba powrotu do źle wspominanej osi Wschód – Zachód. Państwa naszego regionu, szczególnie wyszehradzkie, trzymają wspólny antymigracyjny front, nie chcą u siebie migrantów i uchodźców, straszą nimi własną opinię publiczną, a nawet, jak Węgrzy, stawiają płoty i zasieki. Co budzi wściekłość nie tylko instytucji unijnych, ale też wielu polityków na Zachodzie, stawiających skądinąd słuszne pytanie: czemu my, mieszkańcy centralnej i wschodniej Europy, nie pamiętamy, że jeszcze niedawno to przedstawiciele naszych państw byli migrantami, a wielu z nich ma taki status nadal, co zresztą już w sporej mierze wpłynęło na głosowanie nad Brexitem?

Czas refleksji i trudnych decyzji

To wszystko powoduje, że agenda nowego prezydenta Francji będzie szersza – nie tylko francuska, ale też europejska. Integracja się nie wywróciła, czego niektórzy się obawiali, ale jest mocno podminowana. Jeśli Emmanuel Macron nie będzie sobie należycie radził, to jego przeciwnicy, nie tylko polityczni, lecz przede wszystkim ideowi, mogą jeszcze pokazać, co potrafią – będą czyhać na każde potknięcie politycznie mało doświadczonego prezydenta.

Francuska scena polityczna będzie odtąd inna. Kto wie, czy nie najważniejszą cechą wyróżniającą minionych wyborów było to, że do drugiej tury nie przeszli kandydaci dwóch największych partii od dziesięcioleci, praktycznie od czasów Charles’a de Gaulle’a trzęsący Francją, czyli socjaliści i republikanie. A niemal wszyscy kandydaci, z Macronem włącznie, grali na antyestablishmentowych hasłach. To znaczy, że mamy do czynienia z głębokim politycznym, programowym i ideowym zakrętem, z którego nowy prezydent Francji jeszcze nie wiadomo w jakim wyjdzie stanie. Potencjał ma, młodość i entuzjazm także, ale czy to wystarczy?

Emmanuel Macron wykazał się też swoistą odwagą, do końca stawiając na unijne flagi i proeuropejskie hasła, wyraźnie grając tym na nosie opozycji oraz jakże często ksenofobicznie nastawionym i wsobnym politycznym przeciwnikom (pamiętajmy o znakomitym rezultacie w pierwszej turze skrajnie lewicowego Jean-Luca Mélenchona). Trzeba mu jednak tej odwagi, jak też wyobraźni życzyć na lata, bo wyzwania przed nim, podobnie jak przed Francją i całą UE są ogromne. Czas na wyciąganie wniosków.

Jest niemal pewne, że po kolejnych wyborach, w Anglii, a szczególnie w Niemczech (i Włoszech) musi nadejść czas głębokiej refleksji nad stanem Unii i integracji. Macron stawia na powrót do korzeni, czyli odbudowę osi Paryż – Berlin. Czy to się uda – i czy to wystarczy? A jeśli się uda, to kto wokół tej osi będzie budował swą przyszłość? Cała Unia, czy też tylko jakieś twarde jądro wewnątrz niej? Znajdziemy się, my tu w Warszawie, Pradze czy Budapeszcie, blisko centrum, czy też wypadniemy do drugiej, a nawet trzeciej ligi?

Co będzie, jeśli Macron pozostanie wierny francuskiemu pomysłowi integracji „koncentrycznych kręgów”, gdzie my niemal z definicji za swoje nieliberalne pomysły automatycznie lądujemy na peryferiach Unii?

Wiele znaków zapytania przed nami. Wybory we Francji zakończone, ale największe problemy i wyzwania ciągle przed nami – wchodzimy na schody. Czy nowy prezydent Francji grający na tak innej od poprzedników nucie, pomoże nam wyjść z potężnego zakrętu, czy też zapętlimy się jeszcze bardziej, dając ponowną szansę Marine Le Pen i politykom jej pokroju? Chcąc, by tak się nie stało, trzeba natychmiast zakasać rękawy i brać się do politycznej pracy. To nadrzędne zadanie dla Emmanuela Macrona oraz wszystkich tych, którzy mu dobrze życzą.

prof. Bogdan Góralczyk – dyrektor Centrum Europejskiego UW