Newsletter

Lepsza Unia wielu prędkości niż dwóch

Konrad Niklewicz, 24.03.2017
Nastroje nie są szampańskie, ale 60. urodziny UE w Rzymie nie będą przypominać stypy. W europejskich państwach zwycięża przekonanie, że warto historyczny projekt naprawiać i dostosowywać do dzisiejszych oczekiwań

Europejscy przywódcy szukają pomysłu na odświeżenie Unii, ułatwienie jej codziennego funkcjonowania. Z jednej strony rządy i większość wyborców w 27 krajach nadal chcą być w Unii, na swój sposób doceniają jej wartość, ale z drugiej – różnice i oczekiwania w konkretnych sprawach są gigantyczne. Zbyt duże, by móc dłużej udawać, że ich nie ma.

Fotografia: Fréderic-Philippe Deroisy (c)

Propozycja Unii Europejskiej wielu prędkości, przygotowana przez Komisję Europejską i od razu poparta przez część rządów oraz europejską centroprawicę, jest jakąś próbą wyjścia z impasu. Pewnie niedoskonałą, ale jednak. Pomysł jest prosty: chcące tego państwa będą mogły ściślej ze sobą współpracować w tych obszarach, na których szczególnie im zależy – nie zmuszając jednocześnie innych, by do nich dołączyły.

Ryzykowne? Mniej, niż by się wydawało. Proponowana Europa wielu prędkości ma jedną, podstawową zaletę – przebija osinowym kołkiem inną koncepcję, znaną jako „Europę dwóch prędkości”, czyli Unii A i Unii B, Unii 1. klasy i Unii 2. klasy. To właśnie ten scenariusz był śmiertelnie groźny dla Polski.

Gdyby kraje „starej” Unii zdecydowały się budować centrum wokół strefy euro, z własnymi instytucjami i budżetem, Polska i kilka innych krajów wylądowałyby na peryferiach Unii nie tylko w rozumieniu geograficznym, pozostając we wspólnocie jedynie z nazwy.

W Unii wielu prędkości Polska prawdopodobnie nie będzie należała do grupy zwiększającej współpracę w zakresie polityki azylowej i imigracji, ale za to będzie mogła wykazać się przywództwem w obszarze europejskiej polityki obronnej, będącej uzupełnieniem (nigdy konkurencją!) NATO.

Innymi słowy, nowa Unia będzie się składała z nałożonych na siebie wielu różnych siatek powiązań, z twardą podstawą w postaci jednolitego rynku i kilku innych elementów, takich jak np. polityka rolna i fundusze europejskie (nawet jeśli trochę ograniczone).

Projekt Unii Europejskiej wielu prędkości ma też tę zaletę, że nie wymaga zmian traktatowych, da się go zrealizować na tych podstawach prawnych, które już istnieją.

Wiele wskazuje na to, że rok 2017 będzie rokiem przesilenia w Europie. Unia zaczynała go w ciężkim kryzysie, w fatalnych nastrojach, z perspektywą odejścia Wielkiej Brytanii i Donaldem Trumpem jako nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Kolejne „exity” wydawały się wielce prawdopodobne. Wybory w Holandii przełamały złą passę. Wybory we Francji (najpierw prezydenckie, potem parlamentarne) też mogą dać zwycięstwo kandydatom proeuropejskim. O Niemczech już dziś możemy powiedzieć, że raczej na pewno rywalizację wygra partia proeuropejska.

Rząd PiS-u ze swoimi pomysłami głębokich zmian w Unii, renacjonalizacji całego projektu i ograniczenia go li tylko do polityki gospodarczej może zostać kompletnie osamotniony. Po słynnym już w Europie starciu zakończonym wynikiem 27:1, ekipa Jarosława Kaczyńskiego nie jest traktowana przez europejskich partnerów serio.

Nierozstrzygnięte pozostaje tylko, czy pozostałe rządy Wspólnoty będą chciały przeczekać rząd PiS, czy zdecydują się na zwarcie w procedurze przestrzegania prawa. W nadziei, że nowy rząd – ten, który obejmie władzę za kilka lat – dobrze odnajdzie się w Europie wielu prędkości.

dr Konrad Niklewicz – dyrektor zarządzający Instytutu Obywatelskiego

Czytaj także: Bogdan Góralczyk, Gdzie podział się duch Wspólnoty?

oraz: Joanna J. Matuszewska, Europa: w poszukiwaniu nowej fabuły