Newsletter

Gdzie podział się duch Wspólnoty?

Bogdan Góralczyk, 24.03.2017
Kryzysy, w tym gospodarczy i migracyjny, podważyły obowiązujące i zadeklarowane w unijnych dokumentach podstawowe wartości: chęć współpracy, dialogu, solidarności, subsydiarności i wzajemnej pomocy

Gdy 25 marca przywódcy państw członkowskich Unii Europejskiej zbiorą się w Rzymie, będą mieli równie dużo powodów do świętowania, co do refleksji i zadumy.

Unikatowy proces integracji europejskiej, zapoczątkowany dokładnie przed 60 laty właśnie w Rzymie, przyniósł ze sobą bezprecedensowe osiągnięcia. Były nimi: kilka dekad pokojowego współistnienia i współpracy, zapewnienie prosperity płynącej ze stale rosnącej kooperacji i wymiany – najpierw 6, a ostatnio aż 28 państw. To dzięki temu UE stała się gospodarczym gigantem (21-22 proc. światowego PKB), z własnym dorobkiem prawnym i znaczącym miękkim oddziaływaniem (soft power) w sferze kultury i demokratycznych rozwiązań.

Z federacji do renacjonalizacji

Szkoda tylko, że pierwotna koncepcja budowy ponadnarodowego podmiotu na scenie międzynarodowej, czyli jakiejś formuły federacji, już dość dawno się załamała i ma teraz na kontynencie niewielu przekonanych wyznawców (np. Guy Verhofstadt) oraz znikome szanse wprowadzenia ich w życie.

UE pogrążyła się w kryzysach. Ma kłopoty wewnętrzne i niespokojne granice. Zamiast federalizacji, mamy renacjonalizację. Metoda współpracy międzyrządowej zdaje się na każdym kroku pokonywać ponadnarodową, co przekładając na realia oznacza dominację stolic największych państw członkowskich nad instytucjami unijnymi, począwszy od Komisji i Parlamentu Europejskiego.

Sama sekwencja zdarzeń – groźba Grexitu, czyli opuszczenia strefy euro, a nawet UE przez Grecję, brytyjskie referendum ws. Brexitu, a potem zwycięstwo niosącego tak inne treści we współpracy transatlantyckiej Donalda Trumpa w USA – słusznie kazała stawiać pytania o przyszłość Unii i całego procesu integracyjnego. Tym bardziej, że w 2017 roku aż w trzech kluczowych państwach założycielskich: Holandii, Francji i Niemczech, zapowiedziano wybory parlamentarne z trudnym do przewidzenia wynikiem.

We wszystkich trzech krajach, choć w rożnym stopniu, odnotowuje się wyraźny wzrost tendencji odśrodkowych i nacjonalistycznych. Tymczasem, co warto przypomnieć, to właśnie referenda we Francji i Holandii wiosną 2005 r., w wyniku których odrzucono przygotowaną już wspólną konstytucję europejską, rozpoczęły ten, niestety, niezahamowany dotąd proces erozji unijnych wartości (zwanych „kopenhaskimi”) i współpracy.

Wybory w Holandii mamy już za sobą i wiemy, że Geert Wilders, budujący swój program na wartościach antyunijnych i narodowych, nie wygrał. Kluczowe jednak będą wybory kolejne, we Francji i Niemczech, a więc państwach, od których cała integracja się zaczęła. Dopiero po nich, jak można się spodziewać, zacznie się jakiś nowy etap.

Nowe scenariusze

1 marca przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przedstawił pięć scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji na kontynencie i wewnątrz UE. Paleta jest szeroka: od UE bez zmian, po ograniczenie współpracy (czyli w istocie powrót do pierwotnej strefy wolnego handlu, utworzonej w 1957 r. właśnie w Rzymie), aż po dziś wręcz utopijną federalizację.

Dwa z przedstawionych pięciu scenariuszy – UE wielu prędkości oraz współpraca w ramach twardego jądra – mają realne szanse wejść w życie. Oba z perspektywy Warszawy i naszego regionu są groźne. Niejako automatycznie spychają nas do drugiego, a nawet trzeciego rzędu – zwłaszcza w kontekście obecnej polityki rządu PiS, budującego na opozycji wobec Berlina i Paryża, o otwarcie nielubianej Brukseli już nie mówiąc.

Oczywiście nie wiemy, jak takie „twarde jądro” mogłoby ostatecznie wyglądać. Czy będzie to tylko pierwotna szóstka, która proces integracyjny zainaugurowała, czy może członkowie strefy euro (obecnie 19 państw), czy czwórka: Francja, Niemcy, Włochy i Hiszpania, której przywódcy spotkali się 6 marca w Wersalu, dając otwarty sygnał dla dalszej współpracy o różnorodnej prędkości.

Wiemy, że ta ostatnia koncepcja już od dawna, czyli od lat 70. ubiegłego stulecia, była forsowana przez Niemcy, gdzie się narodziła. Ostatnio jej otwartym wyznawcą jest kanclerz Angela Merkel. Pamiętajmy, że chodzi przecież o kraj wyrastający na hegemona na kontynencie, co wielu się nie podoba.

Gdyby ten scenariusz od jesieni 2017 roku miał być realizowany, to na kontynencie może z łatwością odtworzyć się, znana nam już niestety z przeszłości, oś Wschód – Zachód. Dołączyłaby ona do innego zauważalnego pęknięcia, na bogatą i mającą mniej problemów Północ i nękane trudnościami Południe – od Grecji po Włochy (mówi się nawet o Italexit). Znawcy rynków tej miary co George Soros czy noblista Joseph Stiglitz porównują tę sytuację do relacji wierzyciel – kredytobiorca.

UE nie jest obecnie w najlepszej kondycji, to wiemy. Listę kryzysów, problemów i mankamentów można mnożyć. Nie o to jednak chodzi. Przesłanie jest jasne: po 60 latach udanej kooperacji, chcąc ją nadal utrzymać potrzebna jest kolejna ucieczka do przodu.

Sęk w tym, że nie wszyscy są na tę ucieczkę gotowi. Chce jej chociażby wspomniana „czwórka wersalska”. Inni, w tym obecne władze w Warszawie, zamieniają się w hamulcowych. Chciałyby, choć ich stanowisko wobec UE nie jest do końca jasne i sprecyzowane, a to powrotu do strefy wolnego handlu, a to współpracy suwerennych państw w duchu Charlesa de Gaulle’a. Tyle tylko, że to koncepcje anachroniczne, na które nie pójdą przywódcy innych zachodnich państw. No chyba że we Francji wygra Marine Le Pen…

Polska wsiada do drugiej klasy?

Rzeczywistość, z jaką musimy się obecnie zmierzyć, już jest trudna, a może być wręcz brutalna. Kryzysy takie jak gospodarczy, bezpieczeństwa, „deficyt demokratyczny” (a więc oderwanie się elit od społeczeństwa), czy nawet aksjologiczny (by spojrzeć na zachowania Viktora Orbána i nie tylko jego, na scenie wewnętrznej) podważyły obowiązujące i zadeklarowane w unijnych dokumentach podstawowe wartości. Wymienić tu by trzeba chęć współpracy, dialogu, solidarności, subsydiarności i wzajemnej pomocy.

Nastąpiła wyraźna erozja ich wszystkich razem, a na plan pierwszy wysuwają się narodowe i jednostkowe egoizmy. W miejsce forsowanego niegdyś ducha życzliwości wkraczają wzajemne uprzedzenia, stereotypy i niechęć, rosnące ze zwiększoną prędkością ostatnio, gdy w 2015 r. napłynęła na nasz kontynent bezprecedensowa fala migrantów i uchodźców, przede wszystkim z Bliskiego Wschodu i o muzułmańskiej proweniencji.

Brakuje chętnych do dialogu i kompromisu, każdy zaczyna forsować swoje racje i interesy. Preferowany od zarania integracji duch wspólnotowości gdzieś się ulotnił, słabszych – jakkolwiek ich rozumiemy – już tak mocno się nie broni. Państwa silniejsze znowu zaczynają narzucać swoje rozwiązania słabszym, co u tych ostatnich jedynie dolewa wody na młyn dla polityków wykorzystujących silne zjawiska i procesy kryzysowe do swych celów, dzielących krajowe sceny i podważających spójność.

Tak oto dochodzi do segmentacji i szatkowania kontynentu, a instytucje unijne okazują się w tych procesach albo za słabe, albo zbyt powolne i za mało asertywne. Jak je wzmocnić, by nie pojawił nam się znowu na horyzoncie jakiś „dyrektoriat”, czy inny scenariusz znany z historii, zwany koncertem mocarstw, który w kontekście prezydentury Trumpa wydaje się być prawdopodobny?

Integracja europejska, UE i jej instytucje wymagają teraz poważnej debaty nad ich stanem i położeniem – nie tylko jubileuszowych uroczystości. Tymczasem na krajowym podwórku zdajemy się zachowywać tak, jakby te tektoniczne napięcia i niebezpieczne wiry wokół akurat nas nie dotyczyły.

Owszem debata mocno się ożywiła i nabrała rumieńców przy okazji ponownego wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Ale to chyba tylko dlatego, że chodziło o personalia i ostry konflikt między politykami. Tymczasem jak najszybciej powinniśmy się zająć debatą prawdziwie merytoryczną, by znienacka nie wpaść do pociągu drugiej albo nawet i trzeciej klasy, który to scenariusz w obecnych realiach niestety nie może być w przypadku Polski wykluczony.

Do tego jednak potrzebna jest dobra wola i chęć kompromisu – a tych brak.

prof. Bogdan Góralczyk – dyrektor Centrum Europejskiego UW

Czytaj także: Konrad Niklewicz, Lepsza Unia wielu prędkości niż dwóch

oraz:

Joanna J. Matuszewska, Europa: w poszukiwaniu nowej fabuły