Newsletter

Masy na barykadach

Aleksandra Kaniewska, 14.03.2017
Miliony Polaków, które przybyły na Wyspy Brytyjskie po 2004 roku, niechcący przyczyniły się do zejścia lawiny, która może zniszczyć Unię Europejską

W 1929 roku José Ortega Y Gasset ostrzegł swoich czytelników, że oto pojawiło się „zjawisko aglomeracji, zjawisko »pełności«. Miasta pełne są ludzi. Domy pełne są mieszkańców. Hotele pełne są gości. Pociągi pełne są podróżnych. Kawiarnie pełne są konsumentów. Promenady pełne są spacerowiczów.

Fotografia: Sam/flickr.com, CC BY 2.0.

Gabinety przyjęć znanych lekarzy pełne są pacjentów. Sale widowiskowe, o ile przedstawienie nie jest zrobione »na poczekaniu«, nie jest improwizacją, pełne są widzów. Plaże pełne są zażywających kąpieli. To, co kiedyś nie stanowiło żadnego problemu, a mianowicie: znalezienie miejsca, obecnie zaczyna być powodem niekończących się kłopotów” (1).

Niemal dokładnie 80 lat później, w kwietniu 2010 roku, tuż przed wyborami parlamentarnymi, brytyjski premier Gordon Brown spotkał się ze swoimi wyborcami w Rochdale, stutysięcznym miasteczku niedaleko robotniczego Manchesteru. Od lat był to przyczółek Partii Pracy, z której Brown się wywodził. Wizyta miała więc charakter rutynowy.

Premier odwiedził między innymi lokalny sklep Tesco, gdzie przywitał się z pracownikami. Wielu z nich miało słowiańskie twarze. Później zrobił objazd miasteczka. Na ganku jednego z szeregowych, prostych bliźniaków przywitała go pani w średnim wieku. Po początkowych uprzejmościach zaczęła męczyć premiera pytaniami, co zamierza on zrobić z problemem imigracji.

„Panie premierze, tu u nas w sklepach pracują tylko ludzie z Europy Wschodniej. Mamy przez to kolejki w NHS [brytyjska służba zdrowia – przyp. red.] i lokalnym pośredniaku. To nie fair. Zróbcie z tym coś!” – narzekała, a Brown próbował dyplomatycznie odeprzeć jej atak. Partia Pracy nie pozwalała sobie wtedy jeszcze na żadną krytykę wielkiego rozszerzenia UE z 2004 roku, po którym na Wyspy przyjechał nawet milion polskich migrantów zarobkowych.

„Co za bigotka” – skwitował z pogardą Brown, kiedy wreszcie wrócił do samochodu. Nie wiedział, że mikrofon telewizji Sky News, która nagrywała rozmowę, nie został wyłączony. Słowa premiera szybko obiegły kraj. Źle odebrano je zarówno po prawej, jak i lewej stronie sceny politycznej. Tydzień później niezadowolone rzesze Brytyjczyków pokazały czerwoną kartkę Partii Pracy.

Laburzyści przegrali wybory, a u steru państwa stanął konserwatysta David Cameron. Trzy lata później obiecał on Wyspiarzom unijne referendum. Był to element politycznej gry, hazardu, który pozwolił Cameronowi wygrać kolejne wybory, w 2015 roku.

Nikt nie przewidział, że przeciętny Brytyjczyk jest naprawdę zmęczony wyszydzaniem jego lęku przed niepewną przyszłością i ignorowaniem złości na rządzących, w tym enigmatyczną z perspektywy zwykłego obywatela Unię Europejską. 23 czerwca 2016 roku 52 procent głosujących zdecydowało, że Wielka Brytania po 43 latach opuści europejski projekt.

Frekwencja w tym historycznym referendum była wysoka – 71,8 procent – choć to starsi głosujący (w wieku 65+) przeważyli szalę. Do urn wybrało się aż 90 procent uprawnionych seniorów (i zagłosowali w większości za wyjściem z UE), w stosunku do 64 procent wyborców w wieku 18–24 lata (którzy w większości głosowali za pozostaniem w UE, ale było ich zbyt mało) (2). Dane są, niestety, tylko szacunkowe, ponieważ podczas referendów, rzadkich wydarzeń w brytyjskiej polityce, nie prowadzi się dokładnych statystyk exit polls.

Pozostaje jednak główne pytanie: czy można było zapobiec Brexitowi?

Wróćmy do José Ortegi Y Gasseta. W 1930 roku wydał książkę „Bunt mas”, która wkrótce stała się bestsellerem i jedną z najgłośniejszych genez popularności ruchów totalitarnych – nazizmu i faszyzmu. Kim/czym są masy? Według Ortegi Y Gasseta jest to zjawisko psychologiczne bardziej niż statystyczne, a typowy przedstawiciel mas to człowiek przeciętny, czyli ani członek warstwy najniższej, nieuprzywilejowanej, ani elit.

Autor pisze: „W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka” (3).

Brzmi znajomo? Analiza Ortegi Y Gasseta wymienia wiele atrybutów człowieka masowego: pozorne zadowolenie z życia, przynajmniej na poziomie materialnym, względnie dobre wykształcenie, które nie idzie w parze z krytycznym myśleniem, zainteresowanie rozrywką i sportem czy dbałość o urodę.

Człowiek masowy śmieje się z intelektualistów i lubi proste wyliczenia. Filozof wskazuje też, że głównym orężem mas jest hiperdemokracja – w jej obrębie, niby poprawnie i zgodnie z literą prawa, ludzie masowi działają zgodnie z własnymi, zrodzonymi na targach i w kawiarniach, racjami. Obalają polityków i rządy, negocjują najwygodniejsze dla siebie rozwiązania.

Czy jest to krytyka człowieka masowego? W wykonaniu Ortegi Y Gasseta z pewnością tak.

Nasza współczesna kultura myślenia mocno opiera się na obrazach. Jedno zdjęcie w dzienniku „New York Times” czy wieczornych serwisach wiadomości ma moc rażenia tysiąc razy większą niż wykład akademicki czy publikacja książki. Od początku wojny w Syrii, czyli od 2011 roku, zginęło tam już ćwierć miliona osób, a kilka milionów musiało opuścić ojczyznę.

Kryzys migracyjny od kilku lat jest bohaterem mainstreamowej medialnej narracji. To głównie obrazki. Tonący statek z czarnoskórymi migrantami u wybrzeży Lampedusy. Ciało trzyletniego Aylana wyrzucone przez morze na plażę w Turcji. Dziki tłum uchodźców, głodnych, zmęczonych i zdezorientowanych, koczujących na europejskich granicach – we Włoszech, Turcji czy na Węgrzech.

Człowiek masowy ogląda te relacje z wygodnej kanapy, jakby puszczono mu wciągający film akcji klasy B. Z ekranu spływają ku niemu słowa: „kryzys”, „masowa migracja”, „zagrożenie”. Na śniadanie konsumuje bekon z jajkiem i kolejną gorzką porcję wiadomości, tym razem z wszechobecnych tabloidów: „niekontrolowany napływ imigrantów”, „obcy napadają na pociągi”, „hordy młodych uciekinierów z Afryki zagrażają naszemu porządkowi”. Napięcie narasta.

Człowiek masowy wychodzi z domu. Kłania mu się niedawno przybyły migrant z Bułgarii, który sprząta ulicę. Autobusem, który zawiezie człowieka masowego do pracy, kieruje blondwłosy Polak. W firmie, w której nasz bohater jest księgowym, musi zaś wykonywać polecenia szefa, dość aroganckiego Francuza. „Dosyć tego” – myśli człowiek masowy. „We własnym kraju nie jestem u siebie!”

Do tego dochodzi coś, co Ortega Y Gasset nazywał zjawiskiem pełności, a nawet przepełnienia. Mieszkańcy brytyjskich miast i miasteczek od lat narzekają na obłożenie systemu socjalnego, zwłaszcza służby zdrowia. Słusznie bądź niesłusznie, ale liczby nie przeczą, że Wielka Brytania osiągnęła pewien stan nasycenia.

Między 2001 a 2011 rokiem populacja Anglii i Walii wzrosła o prawie cztery miliony, w większości z powodu imigracji. Był to największy skok od 200 lat. Poza Wielką Brytanią urodziło się 12 procent osób zamieszkujących obecnie Wyspy. Szacunki mówią też, że do 2035 roku populacja kraju ma wzrosnąć z 62 milionów do 73 milionów.

Amerykański inwestor George Soros podkreślał w jednym z niedawnych wywiadów pozorną nielogiczność brytyjskiej niechęci do UE. „Brytyjczycy są racjonalistami, to prawda. Ale przecież mieli jeden z lepszych układów z Unią Europejską: byli członkami wspólnego rynku, ale nie przyjęli euro. Wynegocjowali też masę innych zniżek” (4) (między innymi zniżkę rolniczą, czyli słynny rolniczy rabat brytyjski). Warto też dodać, że Wielka Brytania nigdy nie była w strefie Schengen, czyli zachowała kontrole na przejściach granicznych.

Profesor John Gray, jeden z najbardziej znanych brytyjskich filozofów politycznych, tłumaczył niedawno w BBC Radio 4, że Brexit jest efektem lat zaniedbań, głównie braku zaufania między politykami a społeczeństwem.

„Bardzo wielu Brytyjczyków od lat czuje się zlekceważonych i niewysłuchanych. Zostawiono ich samych z ich lękami. Wbrew statystykom to nie jest kwestia braku edukacji. W Wielkiej Brytanii dyplom uniwersytetu nie znaczy dziś nic więcej, jak tylko przepustkę do ogromnego kredytu” (5).

Profesor Gray, który kiedyś był żarliwym wyznawcą konserwatyzmu Margaret Thatcher, a teraz określa się jako postmodernistyczny liberał, przyznaje, że głosował za wyjściem Wielkiej Brytanii z UE.

Nie on jeden. W gronie znanych, otwarcie lewicujących akademików popierających Brexit znalazł się też profesor socjologii Frank Furedi. „Tu wcale nie chodziło o ekonomię, głupcze. To była walka o demokrację” – mówił o przedreferendalnej debacie na Wyspach (6). Według Furediego instytucje Unii Europejskiej skoncentrowały się na dbałości o kwestie ekonomiczne, zaniedbując delikatną tkankę wartości czy różnic kulturowych.

Jedno jest pewne – nikt nie dyskutował z brytyjskim społeczeństwem o polityce multi-kulti i otwartości na kolejne fale migrantów. Napływowymi „obcymi” kiedyś byli sikhowie, później Jamajczycy, a ostatnio Polacy, Litwini, Rumuni czy Bułgarzy. Wielu brytyjskim budowlańcom przyjazd specjalistów z Polski czy Litwy popsuł szyki i zabrał pracę – bo usługi migrantów są tańsze, a tak samo dobre. „Nikt nie powiedział nam, co się dzieje.

Nie przedyskutowano z nami żadnych decyzji” – żaliła się w jakiejś telewizyjnej debacie sprzed kilku lat mieszkanka małego miasteczka pod Londynem. Dzisiaj laburzystowscy politycy przyznają, że przed 2004 rokiem powinna była odbyć się debata o otwarciu rynku pracy po rozszerzeniu UE i możliwej fali unijnej migracji. Tym bardziej że zamiast oczekiwanych w 2003 roku 15 tysięcy Polaków na Wyspy przyjechał ich nawet milion.

Profesor Gray twierdzi, że Wielka Brytania jest wystarczająco silna, by wypłynąć na szerokie wody.

Wtóruje mu sir James Dyson, brytyjski projektant urządzeń przemysłowych, wynalazca i milioner. „Wyjście z Unii wyzwoli naszą gospodarkę” (7) – twierdzi i podkreśla, że handel z UE to dla jego firmy, Dyson Ltd., zaledwie 15 procent obrotów. „Nasze dobre relacje z Europą się nie zmieniają. Ale biznesowo jest tyle innych ekscytujących kierunków na świecie”.

Większość instytucji badawczych i think tanków jest jednak mniej optymistyczna. Największe bezpośrednie straty poniósł system fiskalny – funt brytyjski zaraz po ogłoszeniu wyników referendum spadł do poziomu najniższego od 30 lat, jego kurs w stosunku do dolara utrzymuje się na niskim poziomie.

John Van Reenen, dyrektor Centre for Economic Performance w London School of Economics, twierdzi, że można też oczekiwać zahamowania wzrostu gospodarczego, głównie z powodu niepewności co do decyzji UE o warunkach opuszczenia struktur. „Rynki nie lubią ryzyka” – podkreśla (8). Inną ofiarą Brexitu na pewno staną się handel zagraniczny i produktywność. Van Reenen uważa też, że zarobki Brytyjczyków mogą spaść o 1–3 procent.

Finanse mają jednak tendencję do samoregulacji. Największym wyzwaniem mogą się okazać wstrząsy polityczne wewnątrz Zjednoczonego Królestwa. Tuż po ogłoszeniu wyników referendum stało się jasne, że Szkocja i Anglia stoją po dwóch stronach barykady, zupełnie jak w przypadku niedawnego referendum separacyjnego. Szkoci w większości (62 procent) zagłosowali za pozostaniem w UE.

Premier Szkocji Nicola Sturgeon nie wykluczała początkowo kolejnego referendum w sprawie wyjścia Szkocji z Królestwa, ale rozwiązanie to wydaje się mało prawdopodobne, bo wiąże się z ogromnymi kosztami. Prawdopodobnie jednak Szkoci w UE zostaną, zajmując miejsce po Wielkiej Brytanii, zachowując unijne przywileje, między innymi wolny przepływ osób i towarów, a także płacąc unijne składki. Stworzy to dziwny i niepraktykowany dotychczas układ i będzie trudne do prawnego ustalenia. Nie poprawi też z pewnością relacji szkocko-angielskich.

Politolodzy podkreślają jednak, że chociaż Wielka Brytania w dłuższej perspektywie czasowej powinna sobie poradzić z wyzwaniami Brexitu, to ustanowiony przez nią precedens może być trudny do przełknięcia dla Europy. Referendum unijne wzmocniło bowiem europejski nacjonalizm, dopieściło wewnątrzkrajowe resentymenty i dało paliwo populistycznym politykom i partiom między innymi we Francji, Włoszech, Danii czy Holandii.

Niewykluczone, że kryzys polityczny i finansowy oraz wciąż niespokojna sytuacja na Dalekim Wschodzie, nierozwiązany problem ISIS czy niepewny wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych mogą wynieść do władzy w Europie kolejnych populistów, na przykład z włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd.

Tak oto zbuntowane masy zabrały głos. Pierwsze kostki domina zaczęły się przewracać. Europa, jaką znaliśmy do tej pory, przestaje powoli istnieć.

Przyszłość jest niepewna, wiadomo tylko, że raz rozpoczętej zmiany nie da się zatrzymać. Bo jak mówi bohater powieści Giuseppe Tomasiego di Lampedusy Gepard: „Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko się musi zmienić” (9).

(1) José Ortega Y Gasset, Bunt mas, przeł. Piotr Niklewicz, Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2002, s. 4.
(2) Toby Helm, EU referendum: youth turnout almost twice as high as first thought, The Guardian, 10 July 2016 (dostęp 12 września 2016).
(3) José Ortega Y Gasset, Bunt mas, dz. cyt., s. 12.
(4) George Soros, Brexit and the Future of Europe, Project Syndicate, 25 June 2016 (dostęp 12 września 2016).
(5) John Gray, Britain, Europe and the World, A Point of View, After the Vote, BBC Radio 4, 13 July 2016 (dostęp 13 września 2016).
(6) Frank Furedi, It’s not the economy, stupid. It’s a fight for democracy, Spiked, 7 June 2016 (dostęp 11 września 2016).
(7) Kamal Ahmed, Dyson: EU exit will ”liberate” UK economy, BBC News, 14 September 2016 (dostęp 12 września 2016).
(8) Brad Plumer, How bad will Brexit get? Here’s what top economists are saying, Vox, 29 June 2016 (dostęp 14 września 2016).
(9) Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Gepard, przeł. Stanisław Kasprzysiak, Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2002, s. 35–36.

Aleksandra Kaniewska – absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, analityczka polityczna, w latach 2011–2014 związana z Instytutem Obywatelskim

Od redakcji: tekst pochodzi z 11. numeru kwartalnika „Instytut Idei” zatytułowanego „Europa po Brexicie”.