Newsletter

Żelazna klatka konsumpcjonizmu

Tim Jackson, 30.09.2011
Musimy przestać ślepo wierzyć w technologię i wzrost gospodarczy, a spojrzeć na powiązania między stylem życia i środowiskiem

Aleksandra Kaniewska: Coraz częściej ekonomiści przyznają, że społeczny dobrobyt i szczęście nie są kwestią wzrostu gospodarczego i wysokości PKB per capita. Pana książka, „Prosperity without growth” odnosi na Wyspach ogromny sukces. Dlaczego właśnie teraz?

Prof. Tim Jackson: Recesja podkopała naszą wiarę w to, że na wzroście gospodarczym można oprzeć dobry rozwój ekonomiczny i społeczny. Wielka Brytania przeżywa teraz ogromne problemy strukturalne. Swój sukces w czasach boom’u zbudowaliśmy na usługach sektora finansowego. A to on stał się centrum globalnego kryzysu, ciągnąc nas w dół. Musimy więc przestać ślepo wierzyć w technologię i wzrost gospodarczy, a spojrzeć na powiązania między stylem życia i środowiskiem.

Postuluje Pan dobrobyt ale bez wzrostu, tzw. steady state. To możliwe?    

Warto zaznaczyć, że steady state nie jest uniwersalnym rozwiązaniem dla wszystkich krajów. W niektórych miejscach na świecie ludzie potrzebują pomocy w dostępie do żywności, mieszkań, opieki medycznej i edukacji. A do realizacji tych zadań potrzebny jest wzrost gospodarczy. Ale te największe i najbogatsze kraje zdecydowanie weszły w fazę, która wymaga wyhamowania gospodarczego.

Nie chodzi więc o to, żeby postulować brak wzrostu dla wszystkich. Należy szukać rozwoju, także ekonomicznego, który nie będzie powiązany jedynie z modelem wzrostu gospodarczego. Bo ten jest oparty na konsumpcyjnym stylu życia i stymulowaniu materialnej ekspansji. Zwłaszcza, że badania naukowe wskazują niezbicie: konsumpcja i materializm nie poprawiają jakości życia obywateli. Nie przekładają się też na deklarowany poziom ogólnego zadowolenia.

Nie pytam więc „czy warto”, ale „jak to zrobić?”

„Równowaga nie przychodzi gatunkowi ludzkiemu naturalnie”, mawia biolog-ewolucjonista, Richard Dawkins. Istnieje jednak kilka sposobów, jak osiągnąć zrównoważony rozwój. Fakt, że są, nie oznacza jednak, że łatwo je wprowadzić. Należałoby zacząć od ustalenia ekologicznych granic rozwoju, w ramach których gospodarka, i ta lokalna i światowa, będzie działać.

Po drugie, trzeba zmienić polityczno-etyczny model ekonomii, która w swoim założeniu nie powinna skupiać się tylko na wzroście gospodarczym. To kwestia zmian strukturalnych i politycznych. Na przykład, rządy nie powinny namawiać społeczeństw do ciągłego zwiększania konsumpcji.

Tę współczesną psychologię konsumpcji najlepiej pokazuje przykład popularnej w Wielkiej Brytanii strategii marketingowej „kup 2 dostaniesz 1 gratis”. Czyli w sumie masz 3!

Dokładnie. Stworzono pewien rodzaj społecznej logiki, według której „więcej” oznacza „lepiej”. Rządy, producenci i inwestorzy kuszą nas wzorcami konsumpcyjnymi, dzięki którym kupujemy i zużywamy więcej rzeczy, niż jest nam rzeczywiście potrzebne. W Wielkiej Brytanii taka była retoryka ostatnich miesięcy. Mimo recesji, podczas której konsumenci są zazwyczaj ostrożni, bombardowano nas informacjami, że kraj nie może popaść w stagnację. Że aby żyć, trzeba kupować. I że rozwiązaniem wszystkich problemów jest wzrost. Niestety, oderwanie ludzi od materialnej ekspansji nie jest łatwym zadaniem. Tak naprawdę, nie powinno chodzić o to, żeby namawiać ich do konsumowania mniej. Ale nie zmuszajmy nikogo do konsumowania więcej!

Jaka w tym rola rządów?

Wzrost, jak przekonuję w swojej książce, napędzany jest przez chęć zysku. A ta sprawia, że rozpoczynamy poszukiwania nowszych, lepszych, tańszych produktów i usług. Ta bezustanna pogoń za „więcej” zamknęła nas w żelaznej klatce konsumpcjonizmu.

I co rząd może w tej sytuacji zrobić? Ogromnie dużo. Polityka rządowa powinna wysyłać jasny przekaz – społeczna logika nie może opierać się tylko na wzroście. Stąd konieczność rozpoznania ekologicznych i ekonomicznych ograniczeń dla ciągłego wzrostu. Rząd ma przecież możliwość wprowadzania pewnych rozwiązań fiskalnych. Może również promować badania naukowe i rozwój młodych, progresywnie myślących ekonomistów, którzy będą wdrażać alternatywne kierunki rozwoju gospodarki. Powinien również wysyłać jasne sygnały do instytucji i rynków finansowych, przedsiębiorców, a także np. mediów.

Sygnały kontroli?   

Rynek reklam napędza ciągły wzrost konsumpcji. Rzeczywiście, warto spróbować go okiełznać. Dla przykładu, w 2007 roku burmistrz San Paulo wprowadził regulację, która zabraniała umieszczania reklam w miejskiej przestrzeni publicznej. Uznano, że komercyjny przekaz stał się zbyt nachalny. Istnieją też mniej drakońskie metody. Można całkowicie zabronić emisji reklam dla dzieci w pewnym wieku. Albo nałożyć podatek na branżę reklamową. Część firm na pewno by na tym skorzystała, bo zmniejszyłyby się budżety reklamowe. A media przestałyby epatować filozofią  konsumpcji.

Konsumpcja i wzrost to kwintesencja kapitalizmu. Uważa pan, że jest inny, lepszy system?

Nie wiem. Wciąż szukam na to pytanie odpowiedzi. Na pewno wiemy już, że dzisiejszy model kapitalizmu nie wspiera zrównoważenia. Musi zmienić się sposób, w jaki myślimy o zasobach naturalnych, sprawiedliwości społecznej oraz roli państwa. Wizja gospodarki, która nie rośnie, może wydawać się klątwą dla ekonomisty. Ale ciągle rosnąca gospodarka to przekleństwo ekologa. Dylemat jest taki: jak to pogodzić?

Może wprowadzając zielony kapitalizm?    

Jeśli już miałbym uzupełnić tenże o jakiś przymiotnik, to pewnie wybrałbym określenie: kapitalizm społeczny. W pewnym sensie, kryzys w Europie południowej – w Grecji, Włoszech czy Portugalii – może zmusić te kraje do poważnej restrukturyzacji. Wprowadzenie idei zrównoważonego rozwoju mogłoby być jednym z rozwiązań. Ale czy ten potencjał zostanie dobrze wykorzystany – nie wiadomo.