Newsletter

Europejska gospodarka: potrzeba zaufania

Witold Orłowski, 01.02.2017
W Europie brakuje ducha przedsiębiorczości i innowacyjności. Marzeniem większości młodych ludzi nie jest zakładanie firm i poszukiwanie nowych pomysłów biznesowych, ale znalezienie bezpiecznej pracy

W jakiej kondycji jest obecnie europejska gospodarka? Odpowiedź na to pytanie ma dalekosiężne konsekwencje, również polityczne i społeczne.

Narastająca frustracja

Przypomnijmy, że w drugiej połowie XX wieku to właśnie współpraca gospodarcza stała się kluczem do sukcesu Europy. Dzięki współpracy pojawiła się nadzieja, że na zrujnowanym przez dwie wojny kontynencie uda się zapewnić pokój, bezpieczeństwo i dobrobyt: najpierw w zachodniej części, a po upadku komunizmu – w całej Europie. Jednocześnie zaczęto żywić przekonanie, że nadszedł czas, by w ślad za integracją gospodarczą nastąpiła również ściślejsza integracja polityczna.

Dziś panuje opinia, że Europa nie radzi sobie z wyzwaniami współczesnego świata. Wzrost gospodarczy kuleje, utrzymuje się wysokie bezrobocie, a przedsiębiorcom brakuje dynamiki, odwagi i ducha innowacyjności, który ożywia firmy z Azji i Północnej Ameryki.

Południowa część UE tkwi w głębokim kryzysie zadłużeniowym. Stosunkowo niezła sytuacja gospodarcza i finansowa Niemiec – największej unijnej gospodarki – nie tylko nie pomaga wyjść z kryzysu krajom zadłużonym, ale wzbudza silne negatywne emocje w społeczeństwach tych krajów.

Wschodnia część UE rozwija się szybciej od zachodniej, głównie dzięki procesom przenoszenia produkcji wewnątrz Europy, ale też nie pozostaje wolna od społecznej frustracji, a dodatkowo jest wystawiona na ryzyko demograficznego drenażu.

Nawet kryzys finansowy, choć wywołany latami niefrasobliwości na rynku amerykańskim, dotyka Europę znacznie silniej niż Amerykę. Nic dziwnego w sytuacji, gdy walka z kryzysem wymaga umiejętności podejmowania szybkich i zdecydowanych działań, a mechanizmy decyzyjne UE i strefy euro są sparaliżowane przez niekończące się spory i brak zdolności do osiągania kompromisu.

Wszystko to prowadzi do głębokiej frustracji znacznej części społeczeństw europejskich, a w skrajnych formach do otwartego kwestionowania sensu globalizacji, integracji europejskiej i zjednoczenia Europy po roku 1990.

Oczywiście ma to już swoje konsekwencje polityczne i społeczne. Najbardziej jaskrawym przykładem jest głosowanie w sprawie Brexitu, ale równie dobrze można wskazać na sukcesy populistów i wzrost nastrojów antyimigranckich (to oczywista konsekwencja frustracji wywołanej chronicznymi kłopotami gospodarczymi) albo zagrożenia dla solidarności europejskiej, widoczne choćby w niepowodzeniach prób stworzenia wspólnej polityki bezpieczeństwa energetycznego (co jest odbiciem wzrostu nastrojów protekcjonistycznych).

Narasta też poparcie dla rozwiązań skrajnych: z jednej strony propozycji wycofania się z dotychczasowych zdobyczy integracji i ograniczenia funkcjonowania UE, z drugiej strony propozycji znacznie ściślejszej integracji gospodarczej i politycznej europejskiego „jądra”, z odcięciem od głównego nurtu procesów integracyjnych krajów, które się w nim nie zmieszczą („jądro” mogłoby obejmować strefę euro, a w bardziej radykalnej formie – wąską grupę krajów skupionych wokół Niemiec i Francji).

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że do głównych przegranych w przypadku realizacji którejkolwiek z tych skrajnych propozycji należałyby kraje wschodniej części UE, na czele z Polską.

Frustracji wynikającej z wieloletnich kłopotów gospodarczych nie wolno lekceważyć. Jeśli gospodarka europejska nie stanie ponownie solidnie na nogi, nie zacznie skutecznie wykorzystywać ogromnych atutów, którymi dysponuje nasz kontynent, nie odzyska dynamiki niezbędnej dla zapewnienia obywatelom poczucia ekonomicznego bezpieczeństwa, przyszłość Unii może być zagrożona, a wraz z nią przyszły pokój, bezpieczeństwo i dobrobyt Europy.

Unia nie nadąża za światem

Niskie oceny unijnej gospodarki wynikają z trzech głównych przesłanek.

Po pierwsze, w czasie kryzysu jasny stał się problem wad konstrukcji instytucjonalnej UE, braku zdolności do podejmowania trudnych decyzji na szczeblu wspólnotowym i braku rzeczywistej współpracy krajów członkowskich w przeciwdziałaniu kryzysowi.

Po drugie, w minionej dekadzie zachwianiu uległa pozycja finansowa UE – wybuch globalnego kryzysu finansowego obnażył ogromne nierównowagi, które skumulowały się w Europie w latach poprzednich, a w szczególności doprowadził do groźnego kryzysu zadłużeniowego krajów Południa, potencjalnie podważającego stabilność wspólnej waluty.

Po trzecie wreszcie, od dwóch dekad Europa rozwija się stosunkowo wolno, stopniowo traci udział w gospodarce globalnej, z trudem walczy o utrzymanie pozycji konkurencyjnej w stosunku do rywali. Nie jest w stanie skutecznie zmniejszyć luki technologicznej między nią a Stanami Zjednoczonymi, nie daje sobie rady z problemami bezrobocia.

Problemy pierwszy i drugi są bolesne i wymagają natychmiastowych działań. Ale to problem trzeci – niska dynamika gospodarcza – ma charakter najbardziej fundamentalny i zmuszający do głębokiej refleksji. Bo bez dostatecznie szybkiego wzrostu trudno rozładować ładunek frustracji, pokonać problemy i przekonać Europejczyków do sensu integracji.

Od wybuchu kryzysu w UE trwają prace nad reformami, które miałyby przeciwdziałać tym wszystkim zjawiskom i na nowo zapewnić Europie wysoką dynamikę gospodarczą. Jak wiele udało się do tej pory osiągnąć?

Integracja europejska zaczęła się sześć dekad temu od sześciu krajów. Do wyboru były dwa modele integracji.

Pierwszy – Stany Zjednoczone Europy, do których wzywał Winston Churchill, a więc wspólne państwo, w którym decyzje podejmuje się zgodnie z wolą większości. Drugi – rodzaj stowarzyszenia, w którym decyzje podejmuje się w sposób jednomyślny, ucierając kolejne kompromisy w mozolnych negocjacjach.

Wybrano drugie rozwiązanie – żadna naprawdę ważna decyzja w UE nie zapada wbrew woli jakiegokolwiek kraju. Jak ognia unika się głosowania większościowego nawet tam, gdzie jest ono możliwe.

Taki mechanizm działania dawał uczestniczącym w integracji narodom poczucie sporego komfortu i jakoś przez dekady działał, choć niejednokrotnie wypracowanie kompromisu było prawdziwą drogą przez mękę. Im większa i bardziej skomplikowana stawała się UE, im więcej sprzecznych interesów narodowych musiała pogodzić, tym bardziej taki system stawał się ryzykowny.

Innymi słowy, rozwój instytucjonalny – rozumiany nie jako rozwój biurokracji, ale jako tworzenie sprawnych mechanizmów podejmowania decyzji i działania – nie nadążał za potrzebami.

Dziś system instytucjonalny UE jest poddany surowemu testowi. Od kiedy świat znalazł się w sytuacji kryzysowej, wymagającej szybkiego podejmowania decyzji, UE radzi sobie coraz gorzej.

Zaczęło się od kryzysu finansowego w 2008 roku – UE nie była w stanie podjąć żadnej wspólnej akcji. Poszczególne kraje działały na własną rękę. Potem przyszedł kryzys zadłużeniowy krajów Południa – ponownie, zamiast szybkiej decyzji, mieliśmy kilkuletni spektakl próby sił i dramatycznie wolnego ucierania kompromisów.

Obecnie borykamy się z kryzysem imigracyjnym. I znowu – UE nie potrafi podjąć żadnej decyzji, a poszczególne kraje nawzajem oskarżają się o brak gotowości do współpracy.

Unia wciąż tkwi więc w głębokim kryzysie instytucjonalnym – kryzysie niezdolności do podejmowania decyzji w sytuacjach nagłych i nieprzewidywalnych, typowych dla XXI wieku.

Naprawiać UE, czy nie?

Można oczywiście zgodzić się ze stwierdzeniem, że obecnego stanu nie da się utrzymać, bo instytucje unijne nie potrafią radzić sobie z problemami, z którymi mają obowiązek sobie radzić przy tak wysokim stopniu zaawansowania procesów integracyjnych. W grę wchodzą więc dwa rozwiązania.

Pierwszym jest brak zgody na usprawnienie funkcjonowania UE – wówczas może się okazać, że nie do utrzymania jest również część osiągnięć integracyjnych i należy się z nich wycofać. Ofiarą takiej decyzji może paść na przykład swoboda podróżowania w ramach systemu Schengen, a może nawet wspólna waluta.

Drugim rozwiązaniem jest zgoda na wyposażenie instytucji unijnych w odpowiednie kompetencje, umożliwiające sprawne podejmowanie decyzji i zarządzanie unijną gospodarką. Innymi słowy, albo wycofujemy się z części osiągnięć integracyjnych, albo integrację wzmacniamy.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że w tej kluczowej dla przyszłości UE sprawie nie podjęto dotychczas żadnej poważnej decyzji. Czy katalizatorem zmian okaże się Brexit?

Na kryzys finansowy w UE (a właściwie w strefie euro) można patrzeć jak na naturalną konsekwencję niedoskonałości mechanizmów stworzonych przez Traktat z Maastricht.

Pierwszym nierozwiązanym problemem strefy euro jest niespójność: wspólnej polityce pieniężnej towarzyszą nieskoordynowane polityki fiskalne krajów członkowskich. Było to grzechem pierworodnym strefy euro, wynikającym ze sposobu jej powstania.

Przez długie lata Niemcy żądały, by wspólna waluta ukoronowała proces ścisłej integracji gospodarczej i finansowej. Inne kraje (zwłaszcza Francja) chciały, by wprowadzić ją jak najszybciej, jako narzędzie integracji.

Ostatecznie euro wprowadzono w drodze politycznego kompromisu, wymuszonego na Niemczech po ich zjednoczeniu. Sformułowano wprawdzie wiele kryteriów, które musiały zostać spełnione przez kraje pragnące przyjąć wspólną walutę. Jednak okazały się one stosunkowo łatwe do spełnienia. Nie obejmowały one całości zagrożeń związanych z nadmiernym zadłużeniem (zwłaszcza problematyki nadmiernego zadłużenia sektora prywatnego). Wreszcie, nie zapewniały przestrzegania zasad ostrożności finansowej po przyjęciu euro.

Słabość mechanizmów dyscyplinujących finanse krajów używających euro spowodowała, że zrealizował się scenariusz, którego obawiały się Niemcy. Kraje Południa nadmiernie się zadłużyły, a kraje Północy musiały ratować je przed bankructwem, godząc się również na swobodniejszy dodruk pieniądza, grożący w przyszłości inflacją.

Choć zadłużenie narastało głównie w nieobjętym unijną kontrolą sektorze prywatnym, w sytuacji kryzysowej część jego ciężaru musiało przejąć państwo. W rezultacie w trudnej sytuacji znalazły się zarówno obciążone gigantycznymi długami publicznymi rządy, jak i europejski system bankowy narażony na ryzyka związane z możliwą niewypłacalnością prywatnych i publicznych dłużników.

Sprawę skomplikował brak jasnych reguł określających, co właściwie znaczy niewypłacalność jakiegokolwiek kraju strefy euro dla jej pozostałych członków.

Okazało się też, że wspólną walutę wprowadzono w krajach fundamentalnie różniących się filozofią finansową. Kraje Południa były przyzwyczajone do lekkiego traktowania problemów zadłużenia i podtrzymywania konkurencyjności w drodze systematycznej dewaluacji waluty. Oczekiwały więc, że odpowiedzią na problemy powinno być radykalne rozluźnienie polityki Europejskiego Banku Centralnego i dodruk pieniędzy. To z kolei było całkowicie sprzeczne z niemieckim spojrzeniem na finanse i pieniądz.

Mimo mozolnego i trudnego procesu negocjacji w sferze finansów udało się w końcu osiągnąć kompromisowe porozumienie. Zgodzono się dodrukować pieniądze w zamian za zaostrzenie zasad kontroli finansów publicznych krajów i objęcie nią również długu sektora prywatnego poprzez wspólnotowy nadzór nad sytuacją w sektorze bankowym (unię bankową).

Jak się wydaje, problem potencjalnego podważenia stabilności finansowej UE został w ten sposób rozwiązany, choć przyszłe konsekwencje masowego dodruku pieniądza pozostają nieznane, a skuteczność mechanizmów dyscyplinujących musi zostać przetestowana.

Pozostał jednak problem największy. Od trzech dekad Europa jest najwolniej rozwijającym się kontynentem. Czynnikami decydującymi okazały się: stosunkowo słaba przedsiębiorczość obywateli, niska innowacyjność, nadmiernie rozwinięte i niedostosowane do wymogów współczesnego świata instytucje państwa opiekuńczego.

Z jednej strony ich istnienie wiąże się z ogromnymi kosztami, przekładającymi się na wysokie podatki, które płaci większość Europejczyków, z drugiej zaś nadmiernie rozbudowane państwo opiekuńcze może zabijać inicjatywę swoich obywateli, składając niemożliwe do zrealizowania obietnice pełnego rozwiązania za nich znacznej części problemów i zapewnienia pełnego bezpieczeństwa socjalnego.

Jak naprawiać?

Na czym polegają zatem prawdziwe problemy? Jest ich niewątpliwie kilka. Po pierwsze, we współczesnej globalizującej się gospodarce trudno o miejsce na lubiany przez wiele krajów kontynentalnej Europy protekcjonizm.

Jeśli chce się wyhodować u siebie ekspansywne, wydajne, wielkie ponadnarodowe koncerny, trzeba stworzyć do tego odpowiednie warunki. Sprzyjające są sprawne, działające bez nadmiernej biurokratycznej interwencji, zliberalizowane i otwarte w skali całej UE rynki. W niektórych dziedzinach udało się osiągnąć poprawę, ale na kluczowym dla współczesnego rozwoju polu usług rynek unijny wciąż jest posegmentowany i podzielony barierami.

Po drugie, całkowitej przebudowie i modernizacji powinien ulec system europejskiego państwa opiekuńczego, zbyt kosztowny (poprzez wysokie podatki uderza w konkurencyjność), zniechęcający do poszukiwania pracy, oferujący ludziom niemożliwe do spełnienia obietnice.

Głównym problemem jest niezdolność polityków do powiedzenia swoim narodom: europejskiego państwa opiekuńczego w obecnym kształcie po prostu nie da się utrzymać, ludzie muszą się z tym pogodzić i wziąć większą część odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo ekonomiczne w swoje ręce.

Problem trzeci jest związany z demografią. Europa się starzeje i potrzebuje nowych pracowników. Skoro tego problemu nie da się rozwiązać bez imigracji, należy nauczyć się zgodnie żyć w społeczeństwie zróżnicowanym kulturowo.

Otwartość na imigrację jest ograniczona z jednej strony czynnikami społecznymi, potęgowanymi obecnie strachem przed „wojną cywilizacji”, z drugiej zaś sposobem funkcjonowania państwa opiekuńczego, które zachęca do poszukiwania szans turystyki socjalnej. To czyni wielką różnicę w stosunku do Stanów Zjednoczonych: tam imigranci przyjeżdżają głównie po to, by pracować, i nie stają się obciążeniem dla budżetu. W Europie natomiast imigracja budzi również strach związany z jej kosztami.

Problem czwarty jest być może największy. W Europie rzeczywiście brakuje ducha przedsiębiorczości i innowacyjności, a marzeniem większości młodych ludzi w licznych krajach nie jest zakładanie własnych firm i poszukiwanie nowych pomysłów biznesowych – jak w Stanach Zjednoczonych – ale znalezienie bezpiecznej, dobrze płatnej pracy w korporacjach lub sektorze publicznym.

Odpowiedzią na ten problem nie mogą być tylko naiwne propozycje agendy lizbońskiej, zachęcające do zwiększania państwowych nakładów na badania naukowe. Europa potrzebuje gruntownych zmian w strategii edukacyjnej, głębokich reform sektora wiedzy i prawdziwych zachęt do szybkiego rozwoju innowacyjności i przedsiębiorczości.

Wszystkie te problemy w gruncie rzeczy czekają na rozwiązanie. Bez tego trudno o trwały postęp w europejskiej gospodarce.

Jest o co walczyć

Nie ma wątpliwości, że Europa nie jest gospodarczym rajem. Wiele rzeczy może budzić niepokój i niezadowolenie. Wiele obserwowanych we współczesnym świecie trendów zmierza w kierunku niekorzystnym dla naszego kontynentu. Wielu odziedziczonych z przeszłości gwarancji bezpieczeństwa socjalnego nie da się utrzymać.

Ale jednocześnie Europa w wielu dziedzinach jest potęgą, zdolną walczyć o czołowe miejsce w świecie, a poziom i jakość życia przeciętnego obywatela są pod licznymi względami znacznie wyższe niż gdziekolwiek na kuli ziemskiej.

Jeśli UE zdobyłaby się na reformy niezbędne dla przywrócenia wysokich zdolności wzrostu gospodarczego, lepszego wykorzystania posiadanego potencjału ludzkiego i zmaterializowania potencjalnej siły politycznej, obserwowany w ostatnim ćwierćwieczu proces stopniowej degradacji kontynentu mógłby ulec odwróceniu.

Do tego potrzeba jednak przede wszystkim zdecydowania, wiary we własne siły i w sens integracji. Tych cech chyba Europejczykom dziś brakuje.

Witold M. Orłowski – rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula

Od redakcji: tekst pochodzi z 11. numeru kwartalnika „Instytut Idei” zatytułowanego „Europa po Brexicie”.