Newsletter

Konwencja jak niepodległość

Anna Dryjańska, 16.01.2017
Konwencji antyprzemocowej należy bronić z tego samego powodu, z jakiego broni się Konstytucji

Po co walczyć o konwencję antyprzemocową w państwie, które de facto nie ma już Konstytucji? Jakie znaczenie ma prawo, skoro poseł Jarosław Kaczyński rozmontowuje egzekwujące je instytucje – nawet nie jedną po drugiej, ale wszystkie naraz? Czy jest sens, by kobiety wraz z sojusznikami broniły przed PiS dokumentu, którego zapisy decyzją rządu i tak w większości istnieją wyłącznie na papierze?

Konwencja antyprzemocowa to dokument międzynarodowy, który dba o prawa kobiet i innych ofiar przemocy zarówno w czasie pokoju, jak i konfliktu zbrojnego. Dostrzega, że u podstaw przemocy wobec kobiet leży wielowiekowa dyskryminacja płci, uważanie ich za mniej wartościowe od mężczyzn, oraz stereotypy, które usprawiedliwiają bicie i gwałcenie kobiet, a także inne formy przemocy (psychiczną i ekonomiczną).

To dzięki konwencji gwałt jest wreszcie ścigany w Polsce z urzędu, a nie na wniosek. Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej zobowiązuje państwa, które ją podpisały, do bardzo konkretnych rzeczy: m.in. edukacji antyprzemocowej chłopców i mężczyzn (profilaktyka), kampanii społecznych, uruchomienia schronisk oraz całodobowego telefonu dla ofiar przemocy. Teoretycznie przyjęcie i przestrzeganie konwencji powinno być „oczywistą oczywistością” dla każdego państwa, które deklaruje szacunek wobec kobiet. Jednak praktyka jest zupełnie inna.

W Polsce na wojnę z konwencją poszli biskupi Kościoła rzymskokatolickiego, którzy głoszą, że niszczy ona tradycyjną rodzinę. Ratyfikacja konwencji przez rząd PO-PSL była długim i bolesnym procesem, w którym atakowano równość płci nieraz w zupełnie absurdalny sposób. W końcu jednak prezydent Bronisław Komorowski postawił kropkę nad i, a konwencja weszła w życie 1 sierpnia 2015 roku.

Wydawało się, że sprawa jest już załatwiona. Nic bardziej mylnego.

Gdy do władzy doszedł poseł Kaczyński okazało się, że wokół konwencji antyprzemocowej zaczynają się różne dziwne ruchy polityków PiS. Balonów próbnych oraz szumnie ogłaszanych i wycofywanych tez było już wiele. Sytuacja jest dynamiczna, co kilka tygodni następuje zwrot akcji.

Jeszcze 8 listopada 2016 r. minister Elżbieta Rafalska na pytania dziennikarzy odpowiedziała, że rząd PiS nie pracuje nad wypowiedzeniem konwencji antyprzemocowej. Czy aby w tym czasie w Ministerstwie Sprawiedliwości nie trwały prace nad rzeczonym projektem? Wiadomo, że ministerialny projekt trafił do innych resortów niemal trzy tygodnie później, 28 listopada. Wiemy to z datowanego na 23 grudnia pisma Adama Lipińskiego, Pełnomocnika Rządu ds. Równego Traktowania, do Rzecznika Praw Obywatelskich. Pełnomocnik uprzejmie zapewnił, że do końca roku, czyli przez następne osiem dni (sic!), rząd nie będzie pracował nad tym, by wyrzucić konwencję do kosza.

10 stycznia pismo Adama Lipińskiego obiegło media. W internecie zawrzało. Kobiety skupione wokół Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i „Czarnego protestu” zaczęły się mobilizować. Jeszcze tego samego dnia pełnomocnik Lipiński wysłał do RPO kolejne pismo, w którym uspokajał, że rząd nie pracuje i nie zamierza pracować nad wyrzuceniem konwencji do kosza.

Czy to znaczy, że Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt wypowiedzenia konwencji dla zabawy? A może rząd PiS przestraszył się siły wkurzonych kobiet, czyli „parasolek”? Bardziej prawdopodobne jest to drugie.

Jarosław Kaczyński dobrze zapamiętał bolesną lekcję, jakiej na początku października udzieliły mu kobiety, nad którymi wisiał totalny zakaz przerywania ciąży. I tak jak wtedy PiS błyskawicznie pozbył się fundamentalistycznego projektu, za którym sam wcześniej podniósł rękę, tak teraz rząd zapewnia, że konwencji antyprzemocowej nic nie grozi. Istnieje jednak wiele powodów, by nie wierzyć w zapewnienia partii, która kluczy i kombinuje, zamiast postawić sprawę jasno.

Czy jednak warto kruszyć kopie o konwencję, skoro pod rządami PiS nawet Konstytucja ma charakter teoretyczny? Przecież państwo nie uruchamia schronisk ani telefonu antyprzemocowego, a Ministerstwo Sprawiedliwości wręcz odbiera dofinansowanie organizacjom, które pomagają „tylko” kobietom, wobec których stosowana jest przemoc. Ma usta pełne frazesów, a ofiary przemocy odbijają się od drzwi do drzwi.

Konwencji antyprzemocowej należy bronić z tego samego powodu, z jakiego broni się Konstytucji. Oczywiście żaden papier nie ochroni obywatela przed nagą siłą państwa, które skręca w kierunku autorytaryzmu, ale jednak lepiej go mieć, niż pogodzić się z jego utratą.

To podstawa prawna do tego, by rozliczać rząd z tego, czy i jak chroni kobiety i inne ofiary przemocy – zwłaszcza wtedy, gdy tego nie robi. To instrument, dzięki któremu społeczność międzynarodowa może pytać, dlaczego Polska łamie swoje zobowiązania i zostawia kobiety na pastwę przemocy. To deska ratunku dla dochodzenia swoich praw przez pokrzywdzone kobiety, którym władze dają tylko slogany, zamiast realnej pomocy.

Rządy PiS się skończą, a konwencja antyprzemocowa i Konstytucja RP pozostaną. Stanie się tak jednak tylko wtedy, gdy społeczeństwo będzie ich bronić. Nie przyjdzie to łatwo w czasach, gdy każdy dzień to powód do protestu.

Mataczenie PiS w sprawie wypowiedzenia konwencji jest dowodem na to, że partia ta nie ma odwagi, by otwarcie wystąpić przeciw kobietom. W końcu już raz się sparzyli. Ważne, by opozycja broniła konwencji z równą determinacją, co kobiety, które po „Czarnym proteście” nie zawahają się użyć swojej nowo odkrytej siły do walki o własne prawa.

Anna Dryjańska – ekspertka równościowa, socjolożka, publicystka